wtorek, 16 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - WIECZORNE ATRAKCJE

Niestety nie wzięli mnie. W sumie to zrozumiałe, ale z drugiej strony fakt, że mam dopiero 6 miesięcy nie powinien mnie dyskryminować w żadnym względzie, prawda? Bo żebym nie wiedział, że coś szykują, to może i nawet bym się nie wkurzył, ale ponieważ wrednie, dzień przedtem, poszli niosąc mnie na swoim własnym brzuchu do budki, gdzie sprzedaje się bilety na musical i zapytali o możliwość kupienia biletu na Chicago, to wiedziałem wszystko. Owszem, mówili po angielsku ale jaka to dla mnie różnica, przecież tak samo dobrze mógłbym rozumieć Chiński. Mniejsza o to. Zrozumiałem co zamierzają i już wiedziałem co się święci kiedy w nocy, w czasie gdy normalnie śpię usłyszałem monotonny szum laktatora, który śpiewał piosenkę pt. Mama zostawi Cię w domu, tata zostawi Cię w domu... Taka kołysanka dla paluszka. Jak słyszę ten dźwięk, to jestem pewny, że coś planują. Coś nie nie uwzględnia mnie. A ja chciałbym zobaczyć musical, chciałbym w nocy pochodzić po mieście i ujrzeć na właśnie oczy wieczorne życie Nowojorczyków. Co to, ja gorszy jestem?
I oto siedzę w domu, wszyscy śpią, rodziców jeszcze nie ma, bo jednak musical to musi trochę potrwać i zastanawiam się co by było, gdybym z nimi poszedł. Gdyby tylko doszli do wniosku, że jednak jestem godzien. Zamykam oczy i widzę...

Była godzina 8:00 wieczorem. Wszyscy weszli do teatru, ubrani jak na musical przystało, czyli ładne sweterki dla Panów ( czasem marynarka, ale klubowa) a Panie w sukienkach quasi wyjściowych z butami na średnio wysokim obcasie. Ja ubrany jak na co dzień, taka niewymuszona elegancja europejska (znaczy bodziak w paseczki i pajacyk w kolorze Lylla Roosh). Siedliśmy w ostatnim rzędzie, bo za późno kupiliśmy bilety, a do tego nie dostaliśmy wspólnych miejsc, z tego samego powodu. Mama ulokowana za Tatą, a ja w wózku obok nich. Widać było wszystko, bo Chicago jest robione tak, że orkiestra siedzi na scenie i wypełnia jej głębokość a meritum dzieje się w pierwszym planie. Tak więc z dowolnego miejsca na widowni wygląda to pięknie i brzmi pięknie.
Podniosła się kurtyna i Pani zaczyna śpiewać pięknym głosem kończąc każdą frazę pięknym vibrato. To ona jest główną bohaterką. Nie jest dobra, bo zabija swojego kochanka a potem trafia do więzienia. Na szczęście ma dużo poczucia humoru i dobrego męża (czytaj głupawego), który płaci za prawnika - najlepszego w mieście. To tak w skrócie, nie ma co się rozwodzić nad treścią, bo w musicalach (choć jeszcze w sumie żadnego nie widziałem, ale coś mi mówi, że tak to jest) na równi z treścią, a czasem nawet ważniejsza jest forma. A na Broadway'u to gdzie jak gdzie, ale forma jest fantastyczna.
Zespół był dobrany tak, żeby ci którzy śpiewają mieli głosy doniosłe, potężne, ciekawe, To tworzyło mieszankę, która przez 2 ponad godziny są w stanie przytrzymać publikę na miejscach a jeszcze do tego zachęca do silnego klaskania na koniec.
Chcicago jest musicalem, który jest jednym za najdłużej wystawianych przedstawień w NY, co nie zmienia faktu że nikt struny głosowej nie żałuje, na widowni jest zawsze pełno lokalesów i turystów, a atmosfera jest przednia. Tak około połowy spektaklu zaczęło mi się nudzić. Bo tak, Pani ciągle śpiewała, że chce być gwiazdą, druga Pani okazała się być Panem a Pan, który grał główną rolę mówił, że dla niego najważniejsza jest miłość, a za bycie prawnikiem niewinnej przecież ( tak cały czas mówiła - czemu jej nie wierzyć) głównej bohaterki życzył sobie majątek. Nawet dziecko by zrozumiało, że coś tu nie tak. Zacząłem się wiercić i powoli dawać znaki, że czas nagli i może nam uciec ostatnie metro. Rodzice nie dawali za wygraną i wsadzili mi smoczek w buzię. To tym bardziej mnie wkurzyło, bo ja chciałem iść a nie ssać. Gdybym chciał ssać, to bym przecież powiedział "ehmn". Tak jak zwykle. Przecież to jasne, nie?
Skutek żaden, więć przypomniałem sobie, jak moi rodzice zareagowali na dźwięk przejeżdżającej straży pożarnej, kiedy dzień przed wędrowaliśmy po Manhattanie. Ten dźwięk składał się z dwóch elementów. Jeden o modulacji sinusoidalnej, od bardzo niskich częstotliwościach (takich drapiących wręcz po łydkach) aż po prawie ultradźwięki przy czym cały czas słyszalne - bardzo słyszalne. Druga składowa to dźwięk o ciągłej naturze, tak jak kilka klaksonów podbitych estradowym wzmacniaczem. Taki właśnie sygnał włączyłem zaraz przed antraktem. Zadziałało natychmiast. Pani ze sceny powiedziała, że ona w takich warunkach pracować nie może, dyrygent rzuciła we mnie batutą, a obsługa zmuszona przebiegiem wypadków zadzwoniła po Policję....
Obudziła mnie mama, która weszła do pokoju. Po cichu ale nie wystarczająco po cichu. Pożyła się obok mnie i pocałowała w czoło. Obrzydliwy zwyczaj. A bakterie?
Nie otworzyłem oczu, żeby nie robić jej przykrości. Przysunęła do mojego ucha usta i powiedziała:
- Wiesz paluszku, byliśmy dziś na musicalu Chicago. Siedzieliśmy w ostatnim rzędzie i w dodatku osobno, bo kupiliśmy bilety w ostatniej chwili....
Kiedy skończyła pomyślałem, że w przyszłości najlepiej będzie mi zarabiać jako jasnowidz. Chciałem tylko zapytać, czy jakieś dziecko przerwało spektakl przeraźliwym płaczem, ale nie wiedziałem jak w ich języku jest "przeraźliwy płacz". W moim to brzmi jak "obpa pto". Ale nie zrozumieli by. Więc nie zapytałem.
Mama opowiedziała mi też, że wracając do domu przeszli z tatą na przez Times Square późnym wieczorem i zrobiło to na nich duże wrażenie. Ale o tym nie umiem powiedzieć za wiele bo mnie tam nie było. Znalazłem jednak kilka zdjęć w aparacie taty. Powinny wystarczyć za opis.

I mały filmik na koniec