niedziela, 21 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - TYGRYSY I DINOZAURY

No dobra, nie są tacy straszni. Zabierają mnie od czasu do czasu na fajne wyjścia. Prawdopodobnie zżarło ich sumienie po tym musicalu i doszli do wniosku, że pozostawianie mnie w domu jest słabe przynajmniej z trzech powodów:
Mama nie ma kogo karmić w najmniej oczekiwanym miejscu (amerykanie nie bardzo lubią widoku kobiety z małym ssakiem przyczepionym do piersi. Publicznie. Fuj!)
Rodzice nie mogą spokojnie wysiąść na stacji, gdzie jest winda tylko muszą wybrać dowolną, gdzie są tylko schody. I muszą łazić w górę i dół. A to męczy.
Oboje nie mają czego wnosić po schodach (mam na myśli mój wózek) na stacjach, gdzie muszą wysiąść a nie ma windy.
Dlatego właśnie prawdopodobnie dlatego tym razem zabrali mnie ze sobą. Oczywiście tata jak zwykle marudził, że paluszek (tak o mnie mówią rodzice - amerykanie mają taki fajny zwrot, kiedy ktoś do nich powie coś, czego nie lubią albo nie rozumieją. Jak zacznę mówić, to powiem im właśnie to co mówią lokalesi. Paluszek Yourself!) nic nie będzie rozumiał i najlepiej jak przyjedziemy tu za kilka lat to mi tata wszystko opowie. Mądrala, a może nie będę chciał słuchać?

No dobra, bez nerw, bo mnie jeszcze nie wezmą - pomyślałem i usiadłem wygodnie w moim ( dla przyzwoitości muszę to powiedzieć - nie moim, tylko pożyczonym od kuzynki Sophie) wózku i dałem się w spokoju powieźć do American Museum of Natural History.
Muzeum jest wielkie. Ma cztery piętra i na każdym można spędzić pewnie pół dnia. Mówię poważnie. Zaraz po wejściu, na wysokość wszystkich 4 pięter stoi ogroooooomna kula ( która jest przy okazji kinem 360 stopni), która symbolizuje słońce i jeżeli przyjąć, że to rzeczywiście jest słońce to kula ziemska miała rozmiary piłki, na której w domu skaczę z tatą w dużym pokoju. Teraz już rozumiem, jak wielkie jest słoneczko, bo skoro ziemia na której żyję wydaje mi się nieskończenie wielka to ono musi być po prostu ogromne. Tak, właśnie tak bym to nazwał.

Na pierwsze piętro wiodą strzałki na podłodze mówiące o tym, że tam jest tygrys. I rzeczywiście w jednej z gablot stał wielki kocur i w ogóle się nie ruszał. Poprosiłem o podjechanie do niego i wyjęcie mnie z wózka. Zapukałem raz, ale się nie ruszył. Uderzyłem ręką po raz drugi, ale też nie miało to efektu w postaci nawet drgnięcia okiem czy wąsem. Szczerzył tylko kicior kły i nic. Normalnie po takim zagajeniu to się ludzie do mnie uśmiechają, a ten zwierzak nic. Więc trochę ponosili mnie rodzice wokół i straciłem zainteresowanie tym podobno strasznym zwierzem. Nuda. Normalnie nuda.
Za to zupełnie nie nudno było w sali, gdzie podwieszono pod sufitem wieloryba o naturalnej wielkości. Tak, to zrobiło na mnie wrażenie, bo taka ryba to normalnie jest gigant. Też się trochę mało ruszała, ale uznałem, że skoro wisi pod sufitem to pewnie się boi ruszyć bo może spaść. Ludzie siedzieli sobie pod nią i patrzyli na jej brzuch. Był imponujący. Większy nawet od brzucha mojego taty! Sala z rybami miała jeszcze kilka fascynujących okazów, ale wszystkie były jakieś takie nieruchome. Doszedłem do wniosku, że to jakaś wystawa dla starszych ludzi, bo oni muszą mieć wszystko powoli, ale ja przecież jestem mały, żywy i lubię jak rzeczy się ruszają. A tutaj jedynymi ruszającymi się postaciami byliśmy my - czyli ludzie.
Żeby być zupełnie szczerym był jeden moment, którym zwierzaki się ruszały, ale nie były prawdziwe tylko sfilmowane. Akurat miałem złapać poobiednią drzemkę, kiedy mama i tata zdecydowali się pójść do zlokalizowanego na pierwszym piętrze kina. Na film o słonikach i małpkach. Jak to zwykle z nimi bywa, wymyślili sobie plan, który tak naprawdę nigdy nie miał prawa się dać zrealizować. Ułożyli mnie w wózeczku na końcu sali, nakryli kocykiem, żebym na pewno nic nie widział i usiedli kilka rzędów przede mną. Naiwni rodzice, jak mogliście pomyśleć, że dam wam obejrzeć ten prześmieszny film beze mnie. Pamiętacie dźwięk syreny straży pożarnej, o którym mówiłem wcześniej? Moi rodzice świetnie pamiętali.
Tata zabrał mnie szybko z kina, ale właściwie nie o to mi chodziło, więc szybko przekształciłem podkówkę w banana na ustach i zacząłem machać rękami na znak, że jestem ok i że śmiało można mnie zabrać do sali kinowej.
Tak na marginesie, dorosłym strasznie długo zajmuje zanim nauczą się języka, którym mówimy do nich my - małe dzieci. A to takie proste. Przecież krzyczę nie po to, żeby ich wkurzyć, tylko żeby powiedzieć, że coś mnie dręczy, coś bym chciał. I ja przecież dokładnie pokazuję co bym chciał, ale mam wrażenie, że oni najpierw panikują a dopiero potem starają się zrozumieć. Tak jak w tym wypadku. Zacząłem płakać, bo nie widziałem filmu. Gdyby posadzić człowieka na miejscu przed ekranem a następnie ktoś zawiesiłbym prześcieradło przed jego oczami, to po zwróceniu uwagi temu kto to zrobił nie wyprowadzono by go z kina, tylko usunięto prześcieradło. To takie naturalne. A mnie wyniesiono.

Zażegnałem jednak kryzys i tata wszedł ze mną z powrotem do sali, gdzie było ciemno a na wielkim ekranie malutkie małpki piły z butelek.
- jakie one podobne do mnie, tylko jakby bardziej owłosione - pomyślałem, kiedy jedna z nich ssała butelkę zamykając powoli oczka. To były orangutany, które nie miały swoich domów, jakaś bardzo miła Pani od 30 lat mieszkała w dżungli i zajmowała się nimi. I były jeszcze słoniki. Słoniki już nie były do mnie podobne, bo od razu ważyły 80 kilo, a ja dopiero 8 ważę. Czyli można powiedzieć, że byłem do nich 10krotnie mniej podobny. No i nie mam na nosie tego długiego czegoś, czym można podkradać jabłka. W sumie to szkoda.
Po filmie poszliśmy tam gdzie były dinozaury i te gady dopiero mnie zainteresowały. Wielkie, zębate i przerażająco bez skóry. Jeżeli tak kościście wyglądały jak żyły, to nie dziwne że wymarły z zimna jak przyszedł lodowiec.
Były Dino-ryby, Dino-ptaki i Dino-mamuty. Spokojnie mógłbym się zmieścić do brzucha takiego potwora, ale mama powiedziała, że nie wolno tam wchodzić.
Właśnie - zauważyłem w moich rodzicach pewną zmianę. Od jakiegoś czasu pojawia się w ich ustach słowo - nie wolno. Kiedy sięgam po coś do stołu, mówią "nie wolno", kiedy biorę do buzi, coś co się nawinie mówią "nie wolno". Ja bym to zrozumiał, ale jeżeli nie idzie za tym wytłumaczenie dlaczego nie wolno, to wkurza mnie mnie to i pewnie jak będę starszy będę buntował się przeciw zakazom. Bo, że nie powinno się zrzucać ze stołu jedzenia, to wiem, ale z drugiej strony to nie czynię zbyt dużej krzywdy nikomu, a rozwijam zmysły, jak wkładam coś do buzi to chcę poznać nowe smaki, jak pcham paluszki w nieznane miejsca, to chcę je poznać. To, że przy okazji trochę nabrudzę i będzie trzeba prać, to nie jest wielka szkoda, tylko wygoda moich rodziców. Dlatego apeluję - rodzice, dajcie mi się rozwijać, stawiajcie bariery tam, gdzie rzeczywiście musicie, a nie gdzie wam wygodniej. Chcecie, żebym szybko się uczył? - nie zabraniajcie mi. Na dzień dzisiejszy według was to co robię to bałaganienie, a według mnie - to nauka. Rzekłem.
Wchodzenie do brzucha dinozaura byłoby niezłą lekcją wf-u, biologii i archeologii, ale w tym wypadku zgadzam się z mamą - nie powinienem tam wchodzić. Widzicie - ja nie mam zamiaru przekraczać niepotrzebnie granic. Rozumiem was bardziej, niż wy rozumiecie, że was rozumiem.
Muzeum historii natury było super. Szkoda, że mieliśmy tak mało czasu, bo nie zobaczyliśmy nawet jednej piątej tego co tam jest, nie mówiąc już o tym, że to co widzieliśmy to tylko tak po łepkach, nawet dobrze opisów nie przeczytaliśmy. Ale było warto a tata obiecał, że jak będę większy (chyba dlatego, że teraz nie sięgałem do gablot i nie wiele widziałem, jeśli nie wziął mnie na ręce) to mnie zabierze tu ponownie i przejdziemy wszystko od początku tak jak to powinno być. Polecam to miejsce, bo poza wszystkimi atrakcjami jest bardzo przyjazne dziecku. Przewijaki w męskiej toalecie, windy itp. Piątka z plusem.