niedziela, 7 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - POZNAJEMY NOWY JORK


Okolica w jakiej mieszka moja Ciocia kojarzy mi się trochę z Norwegią. Znów pewnie powiecie, że nie mogę przecież wiedzieć jak wygląda Norwegia bo nigdy tam nie byłem, a ja znowu powiem, że są na ziemi i niebie takie rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły i pozostawię to w niedomówieniu. Więc Norwegia. Niskie zabudowania z sidingiem imitującym drewno albo z cegły, porządne dachy i uliczki doprowadzające do parkingów. Z okna widać jakby dolinę, ale to tylko złudzenie, bo przestrzeń jaka widoczna jest z dużego pokoju (gdzie często siedzę, stąd moja obserwacja) to lotnisko w Newark. Ale na tyle daleko, że nie słychać samolotów a widać w oddali światła portu lotniczego. Staten Island to miejsce spokojne, ciche i fantastyczne na rozpoczynanie długiej podróży po Stanach. Taki bufor adaptacyjny.

Chyba zadziałał, bo trzeciego dnia podróży obudziłem się na godzinkę o 4:00 rano, ale zaraz potem zasnąłem sobie smacznie obok mamy oraz taty i spałem do 8:00. Ale to wszystko może też dlatego, że poprzedniego dnia było emocjonująco, pierwszy raz widziałem Brooklyn i to nie ten z przewodników, nie te wszystkie miejsca, o których pisze lonely planet, tylko takie, które są prawdziwie oryginalne, używane przez tubylców i rzeczywiście smaczne. Dlaczego mówię smaczne? Bo jako 6 miesięczny już człowiek mam na tyle rozwinięte kubki smakowe, że najszybciej i najgłębiej poznaje świat przez smaki. A do tego nasz przewodnik, czyli mój wujek Michał jest szefem kuchni w restauracji i wszystko co nam pokazywał krążyło wokoło spraw jedzeniowych. Ja wiem, że jedząc tylko mleko mamy będzie mi ciężko podyskutować na tematy niuansów kulinarnych, ale zdaję się tu na moją intuicję oraz jednak łut szczęścia, że rodzice zaczną mi dawać normalne jedzenie. W końcu mam już 6 miesięcy!
Michał z moją kuzynką Sophie ( o niej jeszcze pisał nie będę bo mało się poznaliśmy - ona nieśmiała jest) wsadził nas w swój wielki samochód marki BUICK i przejechaliśmy fantastyczne miejsca na brooklynie. Chodziło o to, aby zobaczyć rzeczywistość nie zadeptaną przez turystów i gapiów. Tak jak w Paryżu chodzi się małymi uliczkami, gdzie bistro jedno przy drugim wypełnione jest Paryżanami, a nie obwieszonymi tysiącem i jednym aparatem Japończykami, tak tutaj jechaliśmy przez uliczki dystryktów, które zamieszkane były przez Włochów, a to Rosjan, a to Chińczyków a to znowu ludność czarnoskórą etc. Tak jak powiedział wuj Michał - brooklyn w tym regionie jest piękny bo co 5 bloków zaczyna się wręcz inny kraj, inne kolory, inne napisy na szyldach, inny odcień skóry na twarzy a to wszystko na tak małym areale. Jak taki żywy organizm składający się malutkich żywych organizmów, które dzięki matce naturze koegzystują perfekcyjnie mimo swojej różności kulturowej. Ale mają wspólny mianownik - żyją na brooklynie i Ci który potrafią to zrozumieć i docenić, mają wielkie szczęście, bo mogą w pełni z tego korzystać (mówię tu o poznawaniu skrajnie obcych kultur, które są za płotem) a Ci, którzy zamykają się w obrębie 4 ulic cierpią na lokalną klaustrofobię.

My na szczęście przyjechaliśmy tam, żeby rzez chwilę poczuć się, jak Ci którzy potrafią docenić tę różnorodność i nie dając właściwie nic od siebie wziąć dla siebie na tyle dużo, na ile Brooklyn pozwoli.
Wujek Michal po opowiedzeniu co nieco o jego historii związanych w Brooklynem zabrał nas do tradycyjnej brooklyńskiej włoskiej restauracji, gdzie kiedyś pracował. Takich restauracji jak ta pewnie jest w NY tysiące, ale wujek powiedział, że ona właśnie ma coś takiego w sobie, co ściąga dziesiątki osób każdego dnia. I rzeczywiście.
Jadąc ulicą wijącą się pod naziemną częścią nowojorskiego metra i wyglądająca jak tunel bez ścian, zbliżyliśmy się do parkingu, na którym absolutnie nie było miejsca. Czekanie nic nie dawało, więc zdecydowaliśmy się zrobić rundkę wokół jednego bloku i wrócić, może coś się w tym czasie zwolni. Znowu ulica pod torami ułożonymi na stalowej konstrukcji z lat 40-50, trochę przerdzewiała i kojarząca się ze scenami filmów kręconych w Chicago.
Tym razem udało nam się zaparkować i dziarskim krokiem weszliśmy do restauracji o wystroju takim, jak się można spodziewać we włoskiej knajpie na Brooklynie. Nie elegancko, ale z klimatem. Widać, że Włosi którzy prowadzili ten przybytek to nie byli ludzie, którzy dopiero co przyjechali z Toskanii, tylko właściwie już amerykanie włoskiego pochodzenia. Na ścianie przygasający neon z napisem "we are open" mniej więcej oddawał klimat miejsca.
Usiadłem wygodnie w foteliku i w oczekiwaniu na jedzenie (miało się wtedy okazać, czy lubię włoskie żarcie) zacząłem się głębiej zastanawiać nad doniosłością faktu, że właśnie w tej chwili mojego życia znalazłem się w Nowym Jorku. Mekce i Medinie kulinarnych wycieczek, Betlejem smaków i zapachów, Salt Lake City różnorodności jedzenia. Ponieważ ja dopiero zaczynam poznawać co to jest smak, co to jest dobre pożywienie, trafiła mi się nie lada gratka, żeby móc rzucić się na głęboką wodę organoleptycznych doznań już od samego początku. To jakby Vasco da Gama wsiadł do Appolo13, albo Lessie zadekował się w kapsule do podróży w czasie, to jakby Jagiellonia Białystok wygrała Ligę Mistrzów. Ta świadomość spowodowała błogi uśmiech na mojej twarzy. Nowy Jorku, jestem gotowy na to, abyś mnie nauczył czym jest smak. Otworzy mój umysł poprzez moje szeroko otwarte usta.