piątek, 6 września 2013

KAROL W AZJI - PRZYGOTOWANIA


Dla tych, którzy mnie nie znają, albo dołączyli do tego bloga niedawno - mam na imię Karol, mimo iż mój narząd mowy przetwarza to imię na słowo, którego nie ma w języku polskim, czyli Dadoł. Moje nazwisko to Pełka, ale podobnie jak z imieniem wymawiam je trochę inaczej. Tym razem słowo to istnieje w naszym języku. Pipa - tak mówię, jeżeli ktoś zapyta mnie o nazwisko. Dadoł Pipa. Oryginalnie, mimo iż niektórzy twierdzą że śmiesznie.

Jestem aktualnie prawie dwulatkiem, który pełen świadomości swojej egzystencji rośnie w domu dwojga bardzo śmiesznych ludzi - moich rodziców - którzy od czasu do czasu sprawiają mi duże niespodzianki. Jedną z nich jest właśnie zbliżającą się podróż, o której, jak już pozwoliłem sobie napomknąć - dowiedziałem się last minute. Czyli na końcu.

Mam wrażenie że przepływ informacji w naszej rodzinie, a właściwie kolejność dowiadywania się o rzeczach ważnych, jest liniowo uzależniona od wzrostu członka rodziny. A ja mimo swojej jeszcze niewielkiej wysokości jestem pełnoprawnym uczestnikiem rodziny i powinno się ze mną konsultować ważne decyzje. Powiem o tym rodzicom jak już będę w stanie wypowiedzieć słowo "konsultować" tak, żeby rodzice wiedzieli, iż użyłem tego właśnie zabiegu leksykalnego świadomie. Bo jestem dowodem na to, że teoria głosząca, jako że dzieci w pełni rozwijają zdolności oratorskie jeszcze w stanie prenatalnym, jest prawdziwa. Ja tylko nie potrafię tego powiedzieć, bo język nie jest zbyt giętki. Ale to co pomyśli głowa jest jasne i klarowne. Dlatego już po raz kolejny siadam za klawiaturą i chcę wylać na elektroniczny papier, to czego jeszcze nie umiem opowiedzieć. Choć przyznam, że w porównaniu z wyjazdem do USA, którą to wycieczkę rodzice zafundowali mi w zeszłym roku, to moje zdolności w kwestii mówienia są daleko, daleko dalej. Nie będę się na nich skupiał, bo mimo wszystko jest mi wstyd, że cały czas nie potrafię powiedzieć krioterapeutyczny czy acetylosalicylany, ale pracuję nad tym.

Jest jeszcze jedna teoria, o której muszę tu wspomnieć, bo inaczej czytelnik może pomyśleć, iż to wcale nie ja piszę tego bloga, bo przecież klikanie w klawiaturę to trudne zadanie, a poza tym nie jest możliwe, żebym znał tyle trudnych słów, składni etc. Szanowni Państwo - dziecko na prawdę dziedziczy po rodzicach nie tylko wygląd czy charakter, ale także słownictwo. To tak jakby ktoś zrobił aktualizację systemu operacyjnego młodego człowieka wygrywając mu zasoby systemów obydwojga osobników wstępnych. Darwin to czuł, ale nie potrafił tego wytłumaczyć.

Co do pisania - jeżeli dziś potrafimy laparoskopowo zoperować serce 24 tygodniowego maleństwa nie wyjmując go z mamy, jeżeli są tacy, którzy potrafią innym wmówić, że Elvis żyje, albo że mgła była sztuczna, to jestem pewny, iż wytłumaczenie jak udało mi się dostać do komputera Taty i pisać to wszystko jest dziecinnie łatwe. Technologia może dziś zdziałać cuda. Pozostawię więc tę zagadkę nierozwiązaną. A może ktoś z was wie? Najciekawsze odpowiedzi nagrodzę ręcznie wykonanymi prezentami. Piszcie na adres tu.karol.pelka@gmail.com

Ale wracając do samej podróży. Dowiedziałem się ostatni, nie dano mi się spakować porządnie, nie mogłem wziąć mojego ulubionego kota, wbito mi dwie igły w ramiona, bo że niby muszę mieć żóltaczkę A i jakieś Meningo Kotki ( jakbym w ogóle o to prosił!). Czyli wszystko zaczęło się znów chaotycznie, bez dobrego przygotowania ( czy ktoś wziął smoczek? Czy ktoś pamiętał o nocniku? Czy ktoś wie, że bez butelki z dużą dziurką kaszki jadł nie będę?)

A potem pobudka o 5 rano i jazda na lotnisko. Żeby tylko to poświęcenie z mojej strony było warte tego co zobaczę. Więc tym bardziej będę uważnie obserwował i pisał. Duzo pisał.

Czuwaj.
Dadoł Pipa