poniedziałek, 16 września 2013

KAROL W AZJI - GEORGETOWN - prawie jak Europa



Straszne jest to, że przez wiele lat przed moim urodzeniem ludzie najeżdżali innych ludzi po to, żeby czerpać z tego korzyści. Wywoływał wojny, żeby przejąć czyjeś ziemie, na których albo rosło jakieś dobro, albo było pod nią jakieś dobro, albo można było wykorzystać tę ziemię jako czasowy magazyn dla jakiegoś dobra.

GEORGETOWN należy do grupy miast, mieszczących się w tej trzeciej kategorii. Ponieważ leży dokładnie pomiędzy Indiami a Chinami, a podczas rządów Brytyjskich w Indiach potrzebowano portu, który stałby się półmetkiem między długą trasą pomiędzy, Brytyjczycy zwyczajnie wylądowali na wyspie Penang i zajęli miasto. Ciekawe jak by się czuli, gdyby Chińczycy wymyślili sobie, że Londyn to świetna stacja przesiadkowa w podróży między Pekinem a Nowym Jorkiem i zaczęli sobie budować pagody nad Tamizą.

Nie mniej jednak na początku IXX wieku statki brytyjskie często zawijały do tego portu. Dzięki czemu miasto stało się skrzyżowaniem 4 kultur. Bo najechane wcześniej przez muzułmanów było do tej pory opanowanie przez islam, fajfokloki przywiozły smak kultury kolonialnej, Hindusi, pracujący na statkach zainstalowali Wisznu i Sziwę a Chińczycy dodali coś od siebie. Tak uformowało się miasto, które do dziś na jednej ulicy mieści świątynię hinduską, meczet, chiński kościół, anglikańską katedrę, budynki rodem z IXX wiecznej Hiszpanii czy Portugalii, a na dodatek podobno gdzieś niedaleko jest cmentarz żydowski.

Podobało mi się tam, bo tak bardziej jakby w domu byłem, ale biorąc pod uwagę ile osób musiało się z powodu tego miasta pokłócić, a może nawet pozabijać, to coś mi się tak widzi, że skórka nie była warta wyprawki.

GEORGETOWN to miasto portowe, więc zaraz po przyjeździe poszliśmy odwiedzić nomen omen port. Stały tam duże statki transportowe, mniejsze barki przewożące ludzi i samochody oraz ogromny prom, prawdopodobnie chiński, o czym świadczyć mogły napisy na nim, który wyglądał na taki, co ma więcej niż trzy baseny na wszystkich swoich ponad 10 piętrach. Widać Chińczycy lubią tu przypływać, bo jest ich wizualnie dużo, poza tym miasto to może stanowić cel bardzo przyzwoitej wycieczki, jako że baza hotelowa jest tu dobra, jedzenie przednie i tanie a i pogoda w miarę, bo od morza troche chłodu zawsze się przyciągnie.

My do tego miasta przyjechaliśmy dla odmiany małym busem, który przez dżunglę dzielącą jedno wybrzeże od drugiego przedarł się znakomicie. Jak to zrobił nie pytajcie, gdyż ja większość trasy przespałem u mamy i taty na kolanach. Znaleźliśmy hotelik na skraju chińskiej dzielnicy i ruszyliśmy eksplorować ten kulturowy kocioł.

Hotelik, w którym się zatrzymaliśmy był dopiero co otworzony, o czym świadczyły gratulacyjne wieńce z kwiatów ustawione na sztalugach zaraz przy wejściu głównym. Maszyna z ciepłą woda potwierdzała pochodzenie właścicieli, przecież bez zaparzonej świeżo herbaty dzień może być pechowy, a na pewno nie będzie tak dobrze smakował jak z filiżanką zielonego naparu w ręku. Korzystałem z tej maszyny popijając ciepłą wodę, prawie za każdym razem kiedy wychodziliśmy z hotelu. Może i w domu powinniśmy sobie takie coś zainstalować? Muszę pogadać z tatą.

Przed naszymi frontowymi drzwiami, wieczorem, kiedy już zapadał zmrok, na ulicę wylegali specjaliści od chodnikowej kuchni, szefowie ruchomych palników i maestro przenośnych z zestawów w Wokiem w roli głównej, którzy dawali upust swojej kulinarnej fantazji. W wersji chińskiej, bo jak wspomniałem mieszkaliśmy na obrzeżach ChinaTown. Kluski, ryż, zupy wszelakie, sos sojowy oraz ostre papryczki znikały w jamochłonach przechodniów, którzy na chwilę lub na dłużej zatrzymywali się przy zaimprowizowanych stoiskach i pokazywali palcem co chcieli by tym razem zjeść. W atmosferze unoszacego się dymu i zapachu ziół oraz naparów ludzie przemykali od jednego stoiska do drugiego i chłonęli, bo jedzeniem tego masywnego procesu nazwać - to zbyt mało. I wszystko było pyszne. Nawet ośmiornica, której nogi tata dał mi do pogryzienia. Choć najbardziej przypadły mi do gustu kluseczki z ciemnym, nie za słodkim sosem. Cały od tego jedzenia co prawda byłem brudny i lepki, ale wartość doznaniowa była niemierzalna żadną ze znanych mi skal.

Zastananawiam się znów, czy dzieci, jako istoty dość proste i nieobarczone jeszcze tysiącem ograniczeń oraz nieposiadający tak wielkiej skali porównawczej, nie smakują świata głębiej? Czy nie jest tak, że biorąc do ust kluski z sosem po prostu cieszą się ich smakiem nie starają się rozgryźć z czego ów smak się składa. Czy pijąc kwaśne zwyczajnie pozwalają aby kubeczki smakowe przekazały tę prostą informację do mózgu zamiast szukać analogii do wcześniej smakowanego już mango lassi dochodzić do wniosku, że tamto było lepsze? Pewnie dowiem się tego jak dorosnę. A na razie zbieram bazę smaków i czerpię z tego podstawową radość. Bo to wszystko jest takie dobre.

GEORGETOWN polecam smakoszom i fanom mieszaniny kulturowej. Amen.