niedziela, 8 września 2013

KAROL W AZJI - ZNÓW SAMOLOT


Poranek rodzice zgotowali mi dość szybki. Kiedy kładłem się do łóżka jeszcze nie byli do końca spakowani, robili coś na komputerach w dużym pokoju, więc uznałem, że nie będę im przeszkadzał, a wiedząc o jak nieludzkiej porze mieli zamiar mnie zerwać, szybko zasnąłem.

Śniło mi się, że na lotnisku wita mnie szpaler na zielono ubranych stewardes i każda z nich w ręku trzyma szklaneczkę soczku oraz kajzerkę, chrupiącą i świetnie wypieczoną bułeczkę, która przekrojona na pół posmarowana jest do tego masełkiem. Każda z pań zachęca mnie do sięgnięcia po specjał właśnie z jej tacki i uśmiecha się do mnie niczym modelka z pierwszej strony gazety Poradnik Domowy.
Idę szerokim korytarzem stewardes i trochę onieśmielony bogactwem wyboru finalnie nie biorę ani jednego kubeczka z napojem i nie korzystam z maleńkich jak moja piąstka wytworów przemysłu piekarnianego. Co może oznaczać ten sen, jak się skończy? Nie wiem, ponieważ został brutalnie przerwany przez mojego tatę, który ciepłym głosem, o godzinie 5:30 orzekł, że czas wstawać i że zaraz polecimy do Singapuru. Tak jakbym nie wiedział, że mamy właśnie tam lecieć. Nie mniej jednak godzina przed szóstą przestała być moją ulubioną porą (kiedyś sam lubiłem wpaść do rodziców i zrobić im apel w tym właśnie czasie) i uznałem, że Singapur jest na tyle zaawansowany technologicznie i urbanistycznie, że nie ucieknie jak poleżę sobie jeszcze 15 minut.

Tata był innego zdania i nalegał. Kłótnia nie była długa, gdyż obiecał, że w samolocie będzie soczek i bułka z masłem. Skąd mógł wiedzieć o moim śnie? Moi rodzice są jeszcze nierozgryzioną przeze mnie zagwostką, stąd wolałem nie negocjować z kimś, kto wiedział o czym przed minutą śniłem. Trochę mnie to zmroziło, przyznam.

Cały zmrożony wyszedłem z rodzicami na podwórko, gdzie wbrem mojemu zmrożeniu rozpoczynał się słoneczny i zapowiadający się ciepło dzień. Rodzice spakowali się w dwa plecaki (Tata tym razem chyba nie wziął nic, bo widziałem ile było moich rzeczy, a plecaki z gumy nie są [wziąłem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, czyli 5 kg bagażu - komentarz taty]) i szybko dojechaliśmy na lotnisko. Ono już zawsze będzie się mi kojarzyło z takim śmiesznym panem o gługich włosach i garbatym nosie. Z takim panem, który grał na fortepianie.

Nasze lotnisko już znam, więc śmiało uderzyliśmy do sklepu duty free, gdzie wydawało mi się, że wszyscy mnie już kojarzyli więc uśmiechom nie było końca. Potem szybki lot do Kopenhagi, nic nadzwyczajnego, bo Embreaerem 195 już leciałem, Pani dała wodę, tata przypiął pasami i miękko wylądowaliśmy. Lotnisko ładne i duże i do tego mają fantastyczne wózki, które mieszczą idealnie jedno dziecko, a ponieważ moim rodzicom nie wiele trzeba jeżeli chodzi o wygłupy, to wyścigi w wózkach po lotnisku w Kopenhadze uważam za udane i wystarczająco wariackie, żeby o nich wspomnieć.

Drugi samolot, którym to mieliśmy się udać do samego Singapuru był już za to wielki. Boeing 777-200 to maszyna, która ma 9 miejsc w rzędzie a nam, z racji tego że wszyscy wiedzieli, że ja będę leciał, przypadł rząd 31, czyli ten zaraz przy ścianie, gdzie jest dużo miejsca na nogi jest wygodnie i bardzo blisko do kuchni. Kiedy tylko wsiedliśmy przyszła do nas śliczna pani ubrana w taką kolorową piżamę, zapytała jak mam na imię i od tego czasu mówiła do mnie Charlie. Przyznam, że ja nie zapytałem jej jak ona ma na imię, ale po pierwsze pewnie byłoby to trudne imię ( pani wyglądała na Tajkę lub Malezyjkę) a po drugie nie umiem tego powiedzieć po angielsku. Nauczyłem się za to ważniejszej frazy, która już kilkakrotnie zadziała, czyli I WANT JUICE - po której wypowiedzeniu natychmiast otrzymuję szklaneczkę soczku z dowolnego owoca. Jeszcze muszę nad tatą popracować w kwestii angielskiego tłumaczenia słowa BUŁA. I moje sny się spełnią.

Kiedy tylko wystartowaliśmy cała moja aktywność poranna oraz pierwszy odbyty lot dał o sobie znać i natchmiast zasnąłem na rękach taty, który przedtem, zgodnie z procedurą, przypiął mnie do siebie pasami. Kiedy się obudziłem po prawie 4 godzinach leżałem w przymontowanej do ściany kołysce, wyściełanej miękkim kocykiem, a tata, mama oraz ciocia Maja (o której jeszcze napiszę, bo jest naszym 4 członkiem rodziny podczas tej podróży) spali jak susełki na swoich siedzeniach. Jeszcze chwilę poleżałem, a następnie powolnym, delikatnym wręcz aksamitnym głosem zacząłem budzić tatę i podobnie jak on o piątej z groszami nie miałem zamiaru ustąpić. Tym razem byłem głodny. A tata wie, że żartów wtedy ze mną nie ma.

Linie Singapore Airlines, którym odbywaliśmy lot, to jedne z lepszych pod zwględem obsługi linii na świecie. Jedzenie było super ( jadłem to, co tata, czyli wołowinę smażoną z sosem rybnym) pani przynosiła wodę, ciasteczka, pieluszki, mokre chusteczki, ciepłe ręczniczki (jak miałem sobie nim wytrzeć pupę przy wszystkich, się pytam?), do napojów dostawałem słomki, a nalepki z postaciami z Madagaskaru świetnie się trzmały na nogach nieznanych mi pasażerów. Można powiedzieć - ubaw po pachy.
Szybko zrobiło się ciemno, ludzie zaczęli kłaść się znowu spać, więc uznałem, że wystarczająco dobrze mnie Panie w kuchni poznały, żeby spróbować wynegocjować batona. Tak zwane oczy kotka ze Shreka zadziałały perfekcyjnie. Po uzupełnieniu poziomu cukru we krwi nadszedł czas na drzemkę w mojej kołysce przymontowanej specjalnie dla mnie do ściany samolotu. W mojej kołysce poczułem się jak ktoś wyjątkowy. Nie byłem nic nieznaczący dla Pań stwewardes, nie byłem obojętny dla linii Singapore Airlines, ludzie w samolocie uśmiechali się do mnie. Byłem mały, a byłem kimś. A przy mnie były najważniejsze dla mnie osoby - moi rodzice, którzy utulili mnie do snu. Czy mogłem sobie wymarzyć lepszy początek wakacji?

Wylądować w Singapurze ogromnym samolotem, to wielka sztuka. Wylądować gdziekolwiek ogromnym samolotem to wielka sztuka, ale ponieważ obudziłem się zaraz przed lądowaniem w kraju, którego walutą jest dolar warty około 2,5 złotego to cieszę się, że pilotom ta sztuka się jeszcze raz udała. Padał deszcz, ale temperatura wynosiła mniej wiecej 30 stopni. Uznałem, że to dobra aura do tego, żeby zejść z pokładu samolotu, pożegnać się z przesympatycznymi Paniami stwerdesami i spokojnie udać się do miasta. Tata zawsze zwraca uwagę na zapach, jaki uderza w nozdrza po wyjściu z samolotu, ale Singapur jest na tyle czystym miastem, na tyle dba się o to, żeby śmieci były posprzątane, że po wydostaniu się z terminalu mogliśmy poczuć zapach ciepłego i wilgotnego powietrza. Nie czuć było zgniłej ryby, nie czuć było rozkładających się bananów czy innych owoców. Poprostu zwyczajny zapach miasta, na którgo powierzczhnię przez cały dzień padał deszcz. To znaczyło, że ktoś dba o miasto na tyle, że będę się w nim czuł bezpiecznie i nie będę miał możliwości zjeść niczego z ziemi (o co moi rodzice się najbardziej bali, gdyż nie mogli mnie jeszcze zaszczepić na dur brzuszny z racji mojego wieku). Wsiedliśmy do kolejki i za niecałą godzinę byliśmy już u wujka Adama w jego mieszkaniu na 13 piętrze.