sobota, 14 września 2013

KAROL W AZJI - KOTA BHARU



Jako prawie dwulatek uważam, że jestem dobrym kompanem do podróżowania. Mam swoje zdanie, ale pozwalam wybierać rodzicom te miejsca, które wg nich są interesujące. Nie marudzę, jeżeli miejsce nie spełni moich oczekiwań. Bo ja jeszcze nie mam wymagań co do miejsca. Mam wymagania bezpieczeństwa, bliskości moich rodziców, zabawy i butelki z wodą. Cała reszta jest drugoplanowa. Dlatego też nie marudziłem, kiedy dojechaliśmy autobusem wersji Businness na dworzec autobusowy w mieście Kota Bharu, które pogrążone jeszcze we śnie i spowite ciemnym szalem kończącej się nocy, powitało nas gorącem bijącym z asfaltu, jakby dzień zamknął swój kramik raptem piętnaście minut przedtem. Była 6:30 kiedy Tata obudził mnie, leżącego na dwóch fotelach z nogami w górze.
- Wysiadamy kolego. Dojechaliśmy na miejsce - powiedział cicho, tak żeby nie wyrwać mnie ze snu zbyt szybko. Wiedział, że mogę się zacząć denerwować, a to oznacza syrenę na przynajmniej 100 dB.
- obudziłem? Już? - odparłem krótko, gdyż na razie tylko tyle w temacie pobudek potrafiłem wiedzieć w języku dorosłych. Docenialem to, że tata wyniósł mnie z autokaru prawie bez zmieniania mojej horyzontalnej pozycji i położył w wózku. Pomyślałem, że w nagrodę pośpię sobie jeszcze.

Kiedy się obudziłem, mama, tata i Maja siedzieli ze mną w małej knajpie jakieś 100 metrów od miejsca zrzutu i pili kawę. Była 8:00. Daleko nie zaszli. Jak się potem okazało nie mogli wymienić kasy, bo wszystkie bankomaty czynne były od 9:00.

Miasto, w którym mieliśmy jednodniowy przystanek nie wyróżniało się niczym specjalnym. Jedynie jedzenie było w nim dobre i bardzo tanie, ale niestety tegoż dnia złapała mnie jakaś drobna infekcja i zupełnie odechciało mi się jeść.
- Boli mnie brzuszek - oznajmiłem i oczekiwałem szybkiej reakcji, która na szczęście nadeszła. Dostałem syropek, który od razu pomógł mi zmniejszyć dolegliwość i spokojnie zasnąć. Ale miasto to będzie mi się kojarzyło raczej z bolącym żołądkiem niźli z ferią smaków. Z to moi rodzice poradzili sobie znacznie lepiej. Jedli i smakowali aż im sie uszy trzęsły. Dobrze, że im się podobało.

Tak jadąc i patrząc na wszystko, co się wokół mnie zmienia każdego dnia zastanawiam się, jaki to będzie miało wpływ na mnie za kilka lat. Prawdopodobnie nie będę w ogóle tego pamiętał, a zdjecia nie zastąpią wspomnień. Mój umysł jest bardzo chłonny, bardzo elastyczny teraz więc cała ta podróż powinna wywrzeć jakiś impakt na to, jaki będę, ale li tylko w podświadomości się to wszystko ukryje? Czy może jakiś przebłysk jeden czy dwa pozostaną? Może będę mógł sobie w głowie, za kilka lat, narysować wspomnienie Singapuru, lotu samolotem czy smak hinduskiego jedzenia w Little India? Pewnie nie, ale wtedy będę mógł zajrzeć do tych zapisek i dosztukować wspomnienia przekształcone w słowo pisane.

Zaczynam coraz wiecej powtarzać i sprawia mi radość tworzenie dłuższych zdań z ciekawymi słowami. Ostatnio, kiedy siadaliśmy do śniadania mój tata uśmiał się do łez, kiedy zapytał imię o mój wybór.
- Karol. Co chcesz zjeść na śniadanie. Może być ryż?
- Nie - odpowiedziałem zawieszajac głos na 5 sekund - może, kluski?
To słowo "może" spowodowało, że tata się uśmiał i dał mi wielkiego buziaka. Chyba mnie mocno kocha.