niedziela, 8 września 2013

KAROL W AZJI - PIERWSZY DZIEŃ NA MIEŚCIE - SINGAPUR


Chciałem powiedzieć, że się obudziliśmy, ale wcale nie poszliśmy spać. Mimo różnicy czasowej jakoś bardzo szybko się udało mi przestawić, że jest dzień (choć w domu jest 6 godzin do tyłu i kiedy o 7:00 wyszliśmy z lotniska, babcia Ula i Buba pewnie smacznie sobie spały w swoich domach przekręcając się z boku na bok). Mieszkanie wujka Adama jest duże, jasne, ma wielki balkon, z którego wiać dużą część Singapuru, winda wjeżdża do przedpokoju klimatyzacja szumi wesoło powodując, iż w pomieszczeniach panuje przyjemny chłodek dający schronienie termiczne po tym, jak wraca się z miasta ociekając potem. Chodząc po mieście, pomyślałem, że jeszcze nigdy nie miałem wrażenia, iż jestem w saunie, nie będąc w saunie. Ale deszcz, który pada teraz prawie każdej nocy powoduje, że wilgotność powietrza sięga w zasadzie powyżej miary kąta prostego. Jeżeli mogę się tak wyrazić.
Wzięliśmy więc szybko oczyszczający prysznic poszliśmy na śniadanie. Singapur to mieszanka różnych kultur, wiem bo podsłuchiałem Mamę, jak czytała na głos przewodnik. Głównie mieszkają tu Chińczycy i Malezyjczycy, ale Hindusów jest też bardzo wielu. Dlatego śniadanie można zjeść na wiele sposób. Można oczywiście iść na kanapkę z serem i szynką, ale to jest europejskie i dość drogie, ale można zjeść lokalnie, np zupę, która nazywa się Laksa (jest robiona z mleka kokosowego i jakichś lokalne zerwanych w Malezji ziół) lub kluski z jajkiem - tak trochę jak pad thai. Ponieważ lubię kluski udało mi się dostać od taty część jego zupy, tę gęstą, która smakowała mi bardzo.

Jedzenie azjatyckie, które znam i lubię, gdyż już nie raz rodzice zamówili do domu hindusa albo coś rodem z Pekinu, jest inne niż nasze ziemniaki. Po pierwsze więcej tu sosów, są bardziej aromatyczne i przeważnie ostre. Nie przeszkadza mi to, bo zawsze można popić wodą lub soczkiem, ale zastanawiam się po co sypać tyle ostrego do jedzenia, żeby aż łzy leciały. Bo mi czasem lecą, ale i tak jem. Nie chcę sprawiać moim rodzicom zawodu, skoro mnie karmią tym lokalnymi specjałami.

Śniadanie na raty zjedliśmy po indyjsku i malezyjsku a potem ruszyliśmy na miasto. Najbardziej lubię jak tata lub mama nosi mnie na rękach, ale ostatnio zauważyłem, że chyba się starzeją obydwoje ( stawiam na osteoporozę) bo za każdym razem, kiedy chcę na rączki to jedno mówi, że go ręce bolą a drugie, że plecy. Do lekarza trzeba iść. Podobno w Singapurze jest dobra służba zdrowia...

Każą mi więc albo jeździć w wózku albo chodzić samemu. I wybieram to drugie, ale mam pewien problem, bo tu wszyscy ludzie, ba a nawet samochody, wszyscy poruszają się pod prąd! Stad kiedy idę sam, cały czas na kogoś wpadam, mówię hahaham (co w oryginale ma znaczyć przepraszam) i idę dalej, znów na kogoś wpadając. Nawet kierownice, wyobraźcie sobie, chodź wiem, że to nie łatwe, mają po drugiej stronie. Czyli pasażer kieruje a kierowca nie ma jak! Bardzo to jest dziwne i zarazem śmieszne, bo gdyby tak było u nas w domu, to może w końcu w domu mógłbym wymusić na tacie siedzenie po prawej stronie z przodu uprzednio powiedziawszy, że "niech mu będzie i że nie muszę siedzieć na fotetu kierowcy, czyli z przodu po lewej.
Za to metro mają super. Duże, nowoczesne i ze ścianą na peronach, w których to ścianach drzwi same się otwierają, kiedy kolejka się zbliża do peronu.

Ludzie też są bardzo otwarci, a szczeglnie że wyglądam egzotycznie, chętnie się do mnie uśmiechają i zwalniają miejsce dla matki/taty z dzieckiem. Dzieki czemu prawie w metrze nie stoimy.

Mógłbym w takim mieście mieszkać. Jest tu owszem głośno, dużo się dzieje, a jakość wszystkiego co nas otacza jest taka, że można ją polubić. Jakoś jedzenia jest też dopasowana nie tylko nawet do kieszeni, bo jedzenie jest tanie, ale do humoru danego dnia. Można iść do budki z ryżem, i za 10-15 zł zjeść całkiem porządne i świeże jedzenie, a kiedy najdzie nas na to ochota można umówić się ze znajomymi na homara w przystępnej cenie.

To właśnie zrobiliśmy pierwszego wieczoru. O godzinie 21:00, kiedy wydawało mi się, że dzień się kończy ( a byliśmy w chinatown, jadłem pierwszy raz pałeczkami, widzieliśmy wielki hotel na Marina Bay Sands, chodziliśmy i oglądaliśmy najbardziej wymyślne budowle w centrum miasta) rodzice zapakowali mnie w wózeczek i ruszyliśmy na wieczorny podbój miasta. W restauracji nad brzegiem małego jeziorka udałem, że właśnie zasnąłem, żeby rodzicom dać chwilę wytchnienia po całym dniu i dałem dobie rozłożyć wózek do pozycj leżącej. Rodzice zasiedli przy stole razem z Ciocią Mają i wójkiem Adamem, dołączył do nich jeszcze jeden kolega, który nie mówił po polsku i zamówili dwa homary. Jeden w sosie curry a drugi w sosie pieprzowym. Widziałem jak mama rozłupywała skorupkę takimi specjanymi szczypczykami i wyjadała mięsko z wewnątrz. Musiało jej smakować, bo mruczała i mlaskała przy tym obficie. Tata podobnie, choć chyba dostał część z dużą ilością pancerza, gdyż dłubał i dłubał, a kawałeczki mieska, które wkładał do buzi były wielkość ząbka czosnku, który z resztą też się pojawił na stole, ale w formie rozgniecionej wraz z warzywem, które w azji nazywają Morning Glory. Kilka godzin wcześniej, kiedy byliśmy w chińskiej dzielnicy rodzice nakarmili mnie jedną potrawą, która trochę przypominała to co jedli teraz, ale mam wrażenie, że składała się w bardziej kruchych i jednorodnych kawałków. Ciocia Maja, która dzieciństwo spędziła w Chinach, powiedziała, iż to co jedliśmy w dystrykcie państwa środka to chiński czosnek smażonyna woku z sosem rybnym. Tak czy owak - bardzo mi to smakowało i zjadłem całą miseczkę. Rodzice zmienili mi trochę dietę, ciężko jest o dobrą bułę, więce idziemy w kluski i ważywa. O to tu jest łatwo. Trochę może pikantne, ale bardzo dobre. Ja spałem a rodzice kończyli homara. Była godzina około 23:00, więc dla nieprzestawionych jeszcze organizmów zdawać się mogło, że to popołudnie. Na szczęście słońce zachodzi tu dość wcześnie, więc wiadomo kiedy jest czas spania a kiedy zabawy. Choć jak widać było po moich rodzicach, wszystko im się poprzestawiało. Bo tak.
- Z samego rana tata ziewał jakby nie spał całą noc
- Mama złapała komara w metrze i usta jej się otworzyły samoczynnie, jakoby bezwładu jakiegoś doznała
- Obydwoje jak kloszardzi rodowodowi zasnęli około 15:00 w parku na ławkach i spali dobre 30 minut.
- Kiedy zapadła noc, zamiast przeczytać mi kilka bajek i położyć do łózka wyszli ze mną na imprezę.
- Kiedy wróciliśmy z błąkania się po mieście usiedli z drinkami na balkonie i siedzieli rozmawiając ze sobą.
A ja patrzyłem na nich z politowaniem, bo nabrałem właśnie pewności, że to wspominany już proces starzenia spowodował, że niezbędne są im popołudniowe drzemki a potem nie mogą spać po nocach.

Do snu po pierwszym, pełnym emocji, dniu w Singapurze ułożyła mnie burza, która właśnie około 3:00 w nocy nadciągnęła nad miasto i rządziła się rzucając piorunami to tu to tam. Grzmiało i szumiało deszczem. W sam raz, żeby monotonnie utulić dziecko do snu.