sobota, 14 września 2013

KAROL W AZJI - ZACZYNAM LUBIĆ PIASEK

To znaczy kiedyś jadłem go znacznie wiecej, ale wtedy słowo "lubię" miało trochę inne znaczenie. Wiązało się tylko z jedzeniem. Teraz jem piasek sporadycznie, tylko wtedy kiedy się zaplącze między palcami. A cenię go dlatego, że poslużył mi jako narzędzie naukowe. Co nie było trudne, bo wyspy Perhentian są pełne piasku, możecie mi uwierzyć. Ale od początku.

Do wyspy nazwanej "Small Island", choć wcale mała nie jest, dopływa się niedużą łódką, która pędzi w zawrotnym tempie. Mama trzymała mnie na kolanach, dzięki czemu nie urwało mi głowy. A wiatr wiał potężny. I fale uderzały w łodkę jak diabli. Wiedziałem, że nic mi się nie stanie bo mama i tata byli przy mnie cały czas, ale trochę się bałem. Przestałem się bać dopiero, kiedy po czterdziestu minutach dopłynęliśmy na miejsce.

Woda była koloru, jakiego jeszcze nie widziałem. Taki niebieski z zielonym a miejscami kremowy ( do od piasku ). Temperatura jej to mniej więcej zupa od Babci Heni po leciutkim tylko wystygnięciu. Kiedy wiał wiatr cieplej było w wodzie niż poza nią. Taką aurą przywitały na wyspy, na których rodzina moja wraz z Mają zdecydowali się spędzić trzy dni.
Od razu mi się ten pomysł spodobał, bo łażenie po piasku to coś, co bardzo lubię.
Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak samo przez cały pobyt. Rano pobudka (rodzice budzili się przede mną, czyli dobrze się wysypiałem) potem śniadanie, kąpiel, obiad, kąpiel/nurkowanie (tylko dorośli niestety) a potem kolacja (złapałem fazę na kluski, smażone, gotowane, z warzywami, rosołem czy innymi dodatkami. Nie ważne. Byle kluski. )
Problem polegał na tym, że od 2 dni nie miałem już styczności z wielkim porcelanowym uchem, więc wszystko to co zjadłem zostawało w moich małych kiszkach i czekało na dzień świstaka. Który nie nadchodził. Może stad właśnie brały się moje bolesne chwile, kiedy przychodziłem do rodziców i mówiłem "boli brzuszek". Postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień a potem najeść się trawy albo niedojrzałych kokosów i sprawa powinna odpuścić. Choć nie chciałbym być wtedy na miejscu moich rodziców.

Plaża na wyspach jest fantastyczna. Bielutki piasek i palmy, które dają na tyle dużo cienia, że można leżeć blisko wody nie opalając skóry. Ja jestem dość biały po tacie, więc zawsze nalegam na to, aby mnie posmarować filtrem 50, żeby nie skończyć tak jak mama, kiedy poszła dnia poprzedniego nurkować z maską i rurką. Na początku myślałem, że podobnie jak u pawianów, które były w zoo, mama rozpoczęła okres godowy, ale potem wyszło na jaw, że spalona do czerwoności pupa to konsekwencja nienałożenia kremu wokół kostiumu. I teraz rozumiem, czemu mama nie chciała ze mną usiąść na piasku. Myślałem, że to coś personalnego, ale na szczęście to tylko poparzenie. Uff.

Zejście do wody jest idealne, bo nie wymaga jakich umiejętności. Jest płytko, miękko i bardzo ciepło. Dlatego pozwalam sobie na częste wpadnie do morza i chlapanie dookoła siebie. Trochę pokrzykuję, ale jak widzę, nikogo to nie wzrusza.
Zbudowaliśmy także wydmę na brzegu ( choć tata dumnie i do końca nazywał ją zamkiem) i zrozumiłem, że kiedy tata zaczyna się bawić ze mną w coś, co też go fascynuje ( w większości przypadków znacznie bardziej niż mnie) nie należy mu przeszkadzać ani się denerwować. Można czasem powiedzieć coś w stylu 'wow' albo klasnąć w dłonie, wtedy tata widocznie rośnie i zabiera się do odlewania z wody i piasku jeszcze jednej wieżyczki, w której wg niego będzie mieszkać księżniczka. Siedziałem i patrzyłem na tatę budującego zamek i pomyślałem sobie wtedy, że moja edukacja 'jak znów być dzieckiem' ma swój bezsprzeczny postęp i że nie ustanę w walce o to, żeby w tacie było jeszcze więcej dziecka.

Bo nie wiem, czy wiecie, ale to własnie my - dzieci jesteśmy odpowiedzialne za to, że w rodzicach ( a głownie w tatusiach), jak z komórek macierzystych, kiedy poddane odpowiednim kuracjom zamieniają się w wybrany przez naukowców narząd, rodzi nowe dziecko. Dziecko uśpione przez wielkie korporacje, wyciszone przez poczucie odpowiedzialności, dziecko zahibernowane przez presję społeczną, dziecko zdominowane przez chęć bycia jak najszybciej dorosłym. Tacy duzi ludzie nie potrafią się cieszyć tym, że promyki słońca rozgrzały ich skórę, że deszcz ( o temperaturze kompotu przy obiedzie z rodzicami na wsi w 1982 roku) zmoczył delikatnie ich głowy i ramiona, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomniał im pierwszy spacer za rękę z koleżanką z przedszkola, że gwiazdy na niebie są najlepszą definicją nieskończoności i w końcu, że zmoczenie sobie butów idąc po rosie nie jest tylko i wyłącznie pierwszą oznaką grypy lub infekcji dróg moczowych a może być doznaniem wręcz metafizycznym. Bo tylko dzieci wiedzą jak bardzo wiele wnosi w życie to, że jest się dzieckiem. Bo nimi są. W końcu byt określa świadomość.

Myśląc o tym wszystkim patrzyłem na tatę, który właśnie wsadził rękę w mokry piasek i patrząc na mnie powiedział.
- Ale super. Chłodno - i zamyślił się. Wiem o czym myślał. O chłodzie, jakie daje piasek. I o niczym więcej.

Będą z niego ludzie. Też włożyłem w piasek rękę i poczułem ten sam chłód. Siedziałem tak z Tatą i chwilę milczeliśmy. Fajnie, że udało mi się tatę tego nauczyć. Teraz lubię piasek jeszcze bardziej.