czwartek, 19 września 2013

KAROL W AZJI - KUALA LUMPUR



Zajechaliśmy do bardzo dużego miasta. Bardzo dużego i bardzo azjatyckiego. To nie to samo co Singapur, choć rozmiar podobny. Wysokie budynki zakrywają horyzont tak mocno, że czasem zupełnie gubię się na ulicy i nie wiem gdzie jest mama, a gdzie tata. Biorąc pod uwagę mój nijaki jeszcze wzrost i fakt, że obserwuję świat z 90 centymetrów, wszystko wydaje mi się takie wielkie i takie nieosiągalne.

Jest w tym mieście bardzo gorąco. To zapewne dlatego, że budynki zamykają dostęp powietrza i wiatr, który może nawet i dociera do granic miasta zostaje zatrzymany na rogatkach i musi tam pozostać. Jest więc duszno i smogowo. Na początku myślałem, że nad miastem lata smok, w końcu to Azja, ale potem podsłuchałem rozmowy taty i mamy, że chodzi o zjawisko polucyjne wiążące w sobie parę i zanieczyszczenie, które unosi się nad miastem i wisi. Skoro wisi, to znaczy, że nie ma go co przegonić. Stąd moja teoria o wietrze, który czeka na granicach miasta, bo gdyby nie czekał i gdyby przegonił tego smoga, to by go nie było. Jest może trochę pokrętne to wytłumaczenie, ale wybaczcie - mam dopiero niecałe dwa lata, więc lepszego nie wymyślę.

KL - to skrót, jakim nazywają miasto wszyscy mieszkańcy. ( to chyba dlatego, że ciężko jest wymówić całe Kuala Lumpur. Może mieszkańcy dużo piją? Tata mi kiedyś opowiadał historię jednej koleżanki, która mieszkając na ul. Wolskiej zależnie od stopnia, jak on to nazwał, poimprezowego logopedy, jadąc taksówką prosiła o podjechanie na podwórko od ul. Działdowskiej, kiedy impreza była zacna i dobrze uposażona w środki płynne, gdyż w takim stanie nie była w stanie [sic!] poprosić o podjazd od Wawelberga, o co prosiła kiedy popijawa była krótka - ergo mogła bez połamania sobie ozora wskazać taksówkarzowi łatwiejszy podjazd pod dom). Więc może oni dużo piją i ciężko im wymówić adres, kiedy muszą zakończyć pijacką odę do taksówkarza pełną nazwą miasta? Nie wiem. W każdym razie skracają sobie mówiąc KL.

KL podoba mi się bardzo. Mają wielki plac zabaw w samym centrum, a na tym placu zabaw jest basen. Prawda, że to fantastyczne? Ile placów zabaw u nas w domu ma basen? Bardziej powinienem zapytać, ile basenów ma place zabaw, ale oczywiście basen przy placu zabaw ma sens tylko wtedy, kiedy aura temu jest przychylna, a u nas zimno się robi koło 12 września i zaczyna padać śnieg w listopadzie (w KL te biedaki nie znają śniegu i nigdy nie będą mogły ulepić bałwana. Smutno mi z tego powodu, bo to radość jak żadna). A w KL ciepło jest przez cały rok, więc i basen ma sens. Mama z tatą zabrali mnie na ten plan zabaw i pozwolili mi się przepłynąć w basenie. Mam wrażenie, że całkowicie zrozumieli, że jakby nie patrzeć mam w torbie całą tę wysokobudynkową architekturę, muzea i wieże widokowe, a jeżeli mam powiedzieć, że wizyta w mieście była udana, trzeba mi zobaczyć rzeczy, które są na moim poziomie. I mówię o poziomie wzroku oczywiście.

Plac zabaw przed dwiema wielkimi wieżami jest równie duży jak same wieże. Przejście go na jeden raz zajmuje naprawdę sporo czasu, więc doceniam, drodzy rodzice, iż jedno przedpołudnie poświęciliśmy właśnie na eksplorowanie wszystkich zabawek na placu oraz udawanie ryby we wspomnianym już basenie. Jedno czego nie przewidzieli inżynierowie tego przybytku radości, to to, że aluminiowe koniki na spreżynach są bardzo podatne na walące z nieba słońce, i że łatwo sobie takiemu maluchowi poparzyć uda, kiedy usiądzie na koniku w krótkich spodenkach. Na szczęście mój tata wiedział, że konik mógł być gorący i uprzedził mnie prosząc, abym dotknął paluszkiem powierzchni, gdzie normalnie jest siodło i zapytał, czy czuję, że jest ciepłe.
- Gorące - powiedziałem i duchu podziękowałem tacie, że czuwa i nie da skrzywdzić swojego dziecka.

Plac zabaw był pusty, choć była już godzina 11:00. W Warszawie o tej porze trzeba czekać w kolejce społecznej do zjeżdzalni, a tu miałem wszystko dla siebie. Byłem zupełnie sam, jakby ktoś zarezerwował całość obiektu tylko dla mnie. Jak osiołek przy pełnych dwóch korytkach nie wiedziałem od czego zacząć. Czy uruchomić autobus, czy zjechać w dół zjeżdzalnią, czy poprosić tatę o wsadzenie na huśtawkę, czy może w końcu rzucić się do wody. Uczucie spełnienia ( bo wszystko było dla mnie) mieszało się z lękiem (może wybuchła wojna i wszystkie dzieci poniżej roku wcielono do armi - dlatego ich tu nie ma?). Chęć sprawdzenia wszystkich obiektów była silniejsza, więc truchtem przypominającym trochę konika przewalskiego, pobiegłem do drabinki wiodącej na tor przeszkód zakończony zjeżdzalnią.

Po godzinie biegania pomiędzy jednym a drugim obiektem zawołałem:
- Basen! - dając upust radości, jaką przynosi zanurzenie się w chłodnej wodzie chroniącej przed 40 stopniowym upałem. Woda była płytka i dostosowana do potrzeb takiego chochlika jak ja. Cudnie, po prostu cudnie.

To było najbardziej emocjonalne miejsce na mapie KL. Oczywiście rodzice zabrali mnie w kilka innych, ale powiem tak: wjeżdżanie na 370 metrów PetronasTower, czy prawie 300 metrów wieży telekomunikacyjnej było super, ale nic nie przebije tego wielkiego placu uciech.

Wieże Petronas są wysokie ( widać je z placu zabaw) i wjechaliśmy na nie wieczorem, żeby zobaczyć miasto po ciemku. Kiedy jechaliśmy na samą górę ( 86 piętro - nieźle, nie?) weszliśmy do windy i ktoś z odwiedzających nacisnął przycisk z numerem 86 bez upoważnienia i to zanim ochrona budynku wsiadła z nami do windy. Było to ewidentne naruszenie zasad bezpieczeństwa, bo zrobiło się groźnie, kiedy wysiedliśmy na ostatnim poziomie, a z drugiej windy wyskoczyło dwóch umundurowanych gości i zaczęło pytać kto wcisnął przycisk. Zamiast siedzieć cicho, mój tata powiedział.
- Przepraszam, ale to mój syn przez przypadek nacisnął guzik. On uwielbia przyciskać numery pięter w windzie.
Co fakt to fakt, ale tu bym nie przycisnął. Widziałem, jak nas sprawdzali na dole. Głupi nie jestem. A tata mnie na taką minę wsadził. Myślałem, że pan ochroniarz wyjdzie z siebie, ale kiedy spojrzał na mnie, wysłałem mu uśmiech pt. "jestem tylko niewinnym dwulatkiem" i sprawa ucichła - nie wsadzili nas do więzienia. Na szczęście. Bo już się bałem, że będzie dym i będę musiał wkopać tatę.

Z góry nic nie było widać, bo samochody były wielkości mrówek. Mało ciekawe, jak nie widać czy to traktor czy autobus. Chciałem szybko stamtąd uciekać.

Na wieży telekomunikacyjnej byliśmy za to w dzień. Z niej widać opisywane już PetronasTower, więc tata rzucił się do fotografowania mnie z nimi. Jakby nie miał mamy do uwieczniania na matrycy fotoczułej. Dałem mu zrobić kilka fotek, a potem zacząłem szukać czegoś do jedzenia. Bo powiem wam, że KL to raj dla głodomorów.

Jest tu wszystko. I hinduskie, i chińskie, i japońskie, i oczywiście malezyjskie. No wszystko i dużo. Bo miasto jest duże. Na każdym rogu jest jakaś restauracja albo targ z jedzeniem. Moi rodzine widać, że lubią to co ja, więc codzień chodziliśmy na takiego typu miejsce i zamawialiśmy a to kluski ( mowiłem, że jestem fanem klusek?), a to ryżyk z sosem, a to warzywka smażone na woku z czosnkiem, a to Mango Lassi, a to morning glory, a to zupkę z krewetką itd, itd, itd. Nie jestem w stanie wymienić wszystkiego tego, co próbowałem, bo kartki by zbrakło. Dość skończyć na tym by powiedzieć, że jedzenie w przydrożnych barach jest dobre, bo jest dobre i tanie. I prawdziwe. Rodzice wyznają zasadę, że jemy tam, gdzie jest dużo lokalnych ludzi. Bo oni wiedzą najlepiej, czy jedzenie smakuje tak jak w domu, czy jest nastawioną na turystów imitacją. Mogę śmiało powiedzieć już teraz, że wiem, jak smakuje oryginalne jedzenie z tego kotła kultur, jakim jest Kuala Lumpur.

KL nie jest przyjazne wózkom. Niestety tata i mama namęczyli się nosząc mnie w moim wehikule po schodach, nad pękniętymi płytami chodnikowymi albo jeżdżąc po ulicy, tam gdzie nagle się kończył dany trotuar. To było wkurzające. Dla nich oczywiście, bo mnie to jest absolutnie obojętne, czy jestem pchany czy niesiony. Ważne, żebym był na, a nie pod lub za wózkiem.

KL to mimo wszystko Azja - nie Ameryka ( mogę tak powiedzieć, bo byłem i tu i tu). Wysokie biurowce - z drugiej zaś strony nigdy nie włączające się zielone światła na przejściu dla pieszych, to 13 piętrowe centra handlowe, a brak windy przy stacji kolejki naziemnej, to klimatyzacja w przejściach naziemnych, a szczury wielkości średnich kociaków w hotelu, w którym zdecydowaliśmy się zatrzymać.

Pomimo tego, podobało mi się. Trochę może za gorąco i coś dziwnego musiałem zjeść, bo muszę kończyć i poprosić tatę, żeby posadził mnie na toalecie.
- Tata! Kupa!