wtorek, 10 września 2013

KAROL W AZJI - ZOO SINGAPUR



Ten dzień był już typowo wakacyjny, co dla mnie oznaczało robienie wszystkiego pode mnie. Nie wyłączając z tego jednego z tych procesów fizjologicznych, po których trzeba mnie całkowicie umyć. Tym razem jednak uznałem, że oszczędzę moich starszych i zawołam ich zanim rzeczywiście wyjdzie mi zrobienie tego pod siebie. To jest niesamowite jak bardzo dorośli fascynują się tymi tematami u dzieci, a dowodem tego jak bardzo jest to chore była reakcja taty, kiedy zakończyłem, bądź co bądź ciężki proces spointowany odgłosem spłuczki, na którą to reakcje składało się klaskanie i głośno eksplikowane wyrazy uznania. Jakbym na tej muszli conajmniej na księżyc poleciał. Fakt, że mi się dwa dni zbierało i można było, przy twardości tego towaru, szyby nim przycinać, ale żeby aplauz godny bramki w lidze mistrzów odstawiać? Tato, czy aby nie przesada?


To była poranna niespodzianka, po której poszliśmy na jedzenie. Już pisałem o jedzeniu w Singapurze, że nie ma takiego podniebienia, któremu to miasto by nie dogodziło. Ja jeszcze jestem młodocianych podróżnikiem i smakoszem, ale już wiem, że na kulinarnej mapie świata to miejsce zasługuje na poważne wyróżnienie.

Śniadanie tym razem zjadłem z rodzicami we francuskiej bagieterii, chrupiąc świeże pieczywo z łososiem. W planie tego dnia było Zoo, ale ponieważ bardzo późno wyszliśmy z domu, zacząłem się robić niespokojny, bo wiedziałem, iż na dole budynku, w którym mieszkaliśmy jest basen i plac zabaw. A niestety znam tempo moich ukochanych rodziców i wiem, że jak nie zadbać o siebie to będą mnie wozić po mieście oglądając piękne rzeczy, piękne dla tych, którzy wiedzą co można z nimi zrobić. Bo jak się bawić świątynią, w której siedzi Budda, czy ulicą pełną Chińczyków. Oczywiście mogę się zgubić w tłumie albo zrzucić buddzie czapkę ale boję się, że to nie końca to, co powinno się robić w takich sytuacjach. Dlatego w sobie tylko znany sposób zachęciłem rodziców do powrotu do mieszkania, założenia kąpielówek, strojów i zanurzenia się w otchłani z jacuzzi. To rozumiem i to robić lubię. Szczczególnie, że są wakacje. A w wakacje lubię robić to, co sprawia mi radość. Na szczęście moi rodzice są potencjalnie dobrymi uczniami tej zasady i mam nadzieję, iż po skończeniu wycieczki będą wiedzieli, że każdy dzień w podróży muszą zaplanować tak, żeby i oni i ja mieli z tego dnia radość.

Na dowód tego, że chyba zrozumieli o czym rozmyślałem obiecali mi, że po śniadaniu wrócimy do domu i na plac zabaw, a potem dopiero pojedziemy do Little India skąd po zjedzeniu obfitego obiadu w stylu "mister, mister, very good price, very good food" udamy się do ZOO na nocne zwiedzanie. To był własnie układ, o którym wczesniej pisałem. Trochę dla mnie trochę dla nich.

Basen mnie wciągnął, więc kiedy czas był już iść na górę w celu ubrania i wyruszenia, zrobiłem małą awanturkę, która jednak szybko się skończyła, jako że obiecano mi zobaczenie tygrysa i słonia.

Zaczałem odpływać i już przy wyjściu z domu słaniałem się jak Gołota przed Knock-outem, a kiedy dotarliśmy do metra spałem snem sprawiedliwego pochrapując co chwil kilka.

Kiedy się ocknąłem było już po wizycie w hinduskiej dzielnicy, a jedyne wspomnienie fantastycznej wg relacji taty restauracji, zmaterializowane było w plastikowym pudełku w postaci ryżu z sosem z soczewicy. Zjadłem tę potrawę na chwilę przed wejściem na pokład kolejki, o której zaraz.

Zoo w Singapurze to przedsięwzięcie klasy światowej. Ma 40 lat, ale nie wyglada na tyle. Nie ma tam krat, nie ma zbyt dużego dystansu pomiędzy dziećmi a zwierzętami, ale mimo wszystko jest to miejsce bezpieczne. Kiedy tam dojechaliśmy była godzina około 19:00 i było już prawie ciemno. Tu robi się ciemno wcześnie przez cały rok, a jasno dość późno. Czyli dzień trwa od 7:00 do 19:00. ZOO, aby wykorzystać warunki pogodowe, bo ciepło jest dostatecznie, jest otwarte także w nocy. Nazywa się to Nocne safari i czerpie swoją wyższość nad innymi aktywnościami z faktu, że pewne zwierzaki dają się obejrzeć tylko po zmroku. Kolejka, o której wspominałem, zabrała nas sprzed wejścia i pojechaliśmy prawie nieoświetloną alejką, wokół której ciągnęły się obszary zamieszkałe przez kojoty, sarenki, wilki, hieny, tygrysy, słonie i inne nocne marki. Było cicho i ciemno, a zza każdego rogu pojawiało się nowe zwierzę. Tata robił zdjęcia, ale chyba szukał jakiegoś zwierza, którego tam w ogóle nie było bo ciągle powtarzał takie jedno słowo, które poprzedzone przedrostkiem 'o' świadczyło o tym chyba, że właśnie to ono miało być, ale się nie pojawiło. Potem dowiedziałem się, że to chodziło o to, iż było w tym parku za mało światła i obiektyw nie chciał ostrzyć. Tylko, że nadal nie wiem co to oznacza.

Kiedy już zobaczyłem wszystkich nocnych uczestników dżungli, dojechaliśmy z powrotem do wejścia - rodzice zabrali mnie na lody. Lody lubię. Lubię też ciocię Maję, o której obiecałem trochę napisać.

Ciocia Maja, to przyjaciółka mojej mamy jeszcze ze studiów. Kiedy Maja zapytała mamę, czy mogłaby z nami pojechać na wycieczkę, którą mama planowała już na trochę wcześniej, mama odrzekła, że to bardzo specyficzna wycieczka będzie, bo Karol, czyli ja, będzie powodował, iż regularności występujące na takich wyprawach ze 100% pewnością nie będą zachowane.
- Własnie o to mi chodzi - odpowiedziała Maja i poprosiła, aby kupić jej bilet samolotowe na ten sam lot co nasz.

I oto jest. Ciocia, której na początku nie chciałem podać rączki, której się trochę bałem, No bo jak to mamy być teraz we 4 osoby jak planowaliśmy 3. I to przez całe 3 tygodnie? A tu się okazuje, że ciocia to fantastyczny materiał na najlepszego przyjaciela i to nie tylko w podróży. I to nie są próżne słowa - prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. A Ona - oddała mi swój soczek, kiedy w desperacji wzywałem wszystkich obowiązujących Bogów na ziemi Singapurskiej, posprzątała mój orzeszkowy refluks z miejsca, gdzie nie powinienem pozostawić po sobie śladów, kupiła mi bułę, pływała ze mną w basenie i zna kilka szlagierów ruchowo-wokalnych takich jak: jedzie, jedzie pan, albo kosi kosi łapci. Dobra z niej ciocia, więc w pełni akceptowana jest brana pod uwagę podczas rundy wymuszania wzięcia mnie na ręcę. Już mówiłem o tym, że tatę ciągle bolą ręce, mamę plecy, a ciocia jeszcze chyba młoda jest, bo nic ją nie boli. Ale na ręce brać nie chce. A to peszek. I tak Ją lubię.

Z zoo wróciliśmy późno, ale to nie była nasza ostatnia w nim wizyta. Kiedy tylko słoneczko ogłosiło, iż skoczyła się noc, a zaczął poniedziałek, ruszyliśmy skoro świt, o 12:00 ( i dlatego lubię wakacje) ponownie do zoo. Tym razem w świetle dnia, choć może trochę zbyt dżdżystego. Ponieważ rano znów udało mi się wymusić basen, a ta aktywność jest niezmiernie wyczerpująca, już w autobusie zasnąłem i żeby długą opowieść zrobić krótką, przespałem większość zwierząt, ale widząc jaką radość sprawiła ta wizyta moim opiekunom, nie awanturowałem się o to, że mnie nie obudzili na tygrysa białego. Na szęście widziałem jednego w dniu poprzednim a wszystko wynagrodziły mi orangutany, które znam z jednej piosenki i bardzo je lubię, ale zupełnie nie miałem do tej pory pojęcia jak naprawdę wyglądają. Teraz już wiem. Są duże i ciemno rude. I bardzo śmieszne.

Wrażenie zrobił nam mnie także biały miś, który leżąc w sali o temperaturze bliskiej zeru lizał zamrożone w kosztach części ryb. Taki sorbet o smaku niesolonej flądry. Fuj!
Potem miś wyszedł na wybieg, zanurzył się w wodzie i podpływając do szyby, zza której można było go obserwować, szybko wynurzał się na powierzchnię mając z tego prawdopodobnie wiele radości.

Bardzo polecam to zoo bo jest wielkie, nie ma klatek i krat ( tylko te zwierzęta, które są niebezpieczne siedzą za grubą szybą z plexi lub dzieli je fosa, która chroni odwiedzających przed złym humorem takiego np lwa). Wszystko jest dla dzieci, wszędzie można z wózkiem. Zwierzęta są bardzo fajne i niektóre można dotykać
Kiedy wróciliśmy z zoo została nam chwila czasu na drobną toaletę i pojechaliśmy złapać autobus, który mial nas zawieść na północ Malezji. Do Kotan Bahru. 12 godzin w autobusie, ale podobno jest bazo pięknie tam, gdzie jedziemy. Oby.