czwartek, 1 sierpnia 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - TAMA HOOVERA


Najbardziej chyba kiczowate miasto na świecie - Las Vegas - ma swoje miejsce w centrum pustyni, dokąd prowadzi droga przez okolice, w których nie chciałbym mieszkać. Kamienie, jakieś rośliny głównie bez liści i wielkie przestrzenie. Stacji benzynowej nie było przez 50 kilometrów co najmniej.
Obudziliśmy się rano i od samego początku wiedziałem, że to nie będzie mój dzień. Chyba wstałem lewą nogą, choć spało mi się bardzo dobrze. I długo. 6:00 jak co dzień, otworzyłem oczy a rodzice cały czas jeszcze spali. Zacząłem powoli się dobijać do nich, a ponieważ mieliśmy osobne łóżka, nie mogłem ich podrapać choćby za uszkiem to rozpocząłem poranne gaworzenie. Zbyt długo im zajęło budzenie, więc moje gadanie zamieniło się w delikatny jęk.
Potem w samochodzie było mi jakoś za ciasno i za gorąco. O ile pierwsze półtorej godziny udało mi się przespać o tyle potem musiałem dać znać. Może właśnie dzięki temu tata zdecydował się zjechać z trasy, a najbliższym postojem była Tama Hoovera (na początku myślałem, że chodzi o odkurzacze) ale okazało się, iż to miejsce ma znaczenie decydujące o życiu miast i wiosek w okręgu kilkuset kilometrów. Wielka, ogromna tama, która dzieli rzekę na dwie części. Pierwsza - na poziomie przypuszczalnie kilkadziesiąt, a może nawet powyżej 100 metrów wyżej, dzięki czemu stworzono ogromny zbiornik wodny zwany Lake Mead, oraz druga, wąska z perspektywy tamy rzeczka, która wypływa z wielkich turbin prądotwórczych i wije się dalej przez pustynię.
Ten twór, od dziesiątek lat zaopatruje pustynię w wodę pitną oraz prąd. Bez niego, ląd ten byłby nieużyteczny i omijany, a tak stał się celem podróży masy turystów każdego roku. Nad tamą góruje most zbudowany 2010 roku jako jej bypass. Wszystko to świadczy o wielkim kunszcie inżynierskim ludzi tu pracujących i robi niesamowite wrażenie. Wielki Kanion to było coś, bo był ogromny i naturalny, ale to co widzieliśmy tu, było tak samo zapierające dech w piersiach. Uspokoiłem się trochę, bo nie musiałem siedzieć w gorącym samochodzie i patrzeć na podsufitkę. Tama Hoovera spełniła moje oczekiwania. Ponieważ nie są one zbyt wygórowane (porcja mleka raz na 3 godziny, zabawa ze mną, podrzucanie mnie, nie nazywanie mnie paluszkiem, trzymanie mnie blisko siebie kiedy nie śpię i przerwy w podróży raz na 2 godziny) i właściwie zatrzymanie się w lesie na polanie miało by wystarczający skutek. A tu miałem przestrzeń. Lubię przestrzeń bo wtedy w zaokrągleniu wszyscy są tak samo mali, więc nie czuję się najmniejszy.

Przez całą drogę staram się moim rodzicom dać do zruzumienia, że jestem tak samo pełnoprawnym członkiem wycieczki i że muszą zważać na to, czego potrzebuję a zapewnienie tego, o czym mówię spowodowało by, że mieli by ze mną spokój. Powoli zaczynają to rozumieć, ale czasem muszę im o tym przypominać. Tak jak dziś. Ale myślę, że na tyle ich zmęczyłem, iż zwolnią tempo. Ja wiem, że oni wcześniej ( znaczy w erze przede mną ) podróżowali bardzo szybko, jakkolwiek i w bardzo dziwne miejsca, ale dopóki nie osiągnę wieku samobieżnego muszą brać pod uwagę (jeżeli chcą, abym był ich towarzyszem) że mam inną wytrzymałość, inne potrzeby i oczywiście pójde im na rękę, ale jak będę zmęczony to nie będą mieli ze mną łatwo.
Tama Hoovera i spacer po niej uspokoił mnie na kilka godzin. Good job!