czwartek, 8 sierpnia 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - PRZEMYŚLENIA W DRODZE


Dziś cały dzień jechaliśmy. Wieczorem już mi się to znudziło, ale rozumiem rodziców, którzy mają swój plan i chcą go wykonać. Jazda na tylnym siedzeniu, mimo iż bezpieczna i wygodna jest nudna, bo jak już wspominałem patrzenie na sufit przez cały dzień twórcze nie jest. Ale dziś wyjątkowo dałem im spokój do godziny 19:00 i zająłem się nowo nabytą zdolnością, czyli wypowiadaniem sylaby "da". Może się to wszystkim wydać prymitywne, dziecięce i nawet może infantylne, ale ponieważ los chciał, że narząd mowy jest daleko, daleko za moimi zdolnościami oratorskimi (to paradoks, zdaję sobie sprawę, ale ja wiem co mam powiedzieć, wiem w jakie słowa to ubrać, tylko po prostu jeszcze nie mogę - ergo zdolności oratorskie mam, tylko zwyczajnie nie mogę tego jeszcze udowodnić!). Wybrałem sobie głoskę da, nie bez powodu. Pa, lub Ba było by łatwiejsze, ale jakieś ambicje mimo wszystko mam. Ma umiem, ale jeszcze nie chcę mamy zbytnio zaskakiwać. Da jest przedniojęzykowo-zębowe, a ponieważ język jeden i dwa zęby mam, to uznałem, iż to będzie sposób na uczczenie moich dolnych jedynek. Poza tym od tej zgłoski zaczyna się słowo DAJ, a znając moje roszczeniowe nastawienie do reszty otoczenia, dobrze będzie sprawę od razu stawiać jasno. Już na początku.
Dlatego praktykowanie mówienia "da" na tysiąc sposobów zajęło mi dziś większość podróży, oczywiście poprzecinane to wszystko było około godzinnymi drzemkami. Taka mieszanka, czyli połączenia przyjemnego z pożytecznym dała mi cierpliwość do przetrzymania całej drogi. A droga była długa, bo zaczęliśmy w mieście o nazwie Beatty (mama miała dużo radości) a skończyliśmy w mieście Exeter, na terenie parku narodowego zwanego Sequoia. Droga była bardzo różnorodna i w sumie piękna, bo Death Valley, na terenie którego jest Beatty to ogromna dolina (na jej terenie znajduje się najwyższy i najniższy punkt w USA), wszystko jest albo zmrożone na górze, albo roztapia się na dole. Taki park kontrastów. Wokół roztacza się pustynia, która czasem przypomina Saharę (są tu wieeelkie wydmy i bardzo drobniutki piach) a czasem naszą pustynię Błędowską. Niekiedy zaś leżały tam tylko kamienie i rosły dziwne rośliny, które wyglądały jak skrzyżowanie wierzby polskiej z jeżozwierzem. Taki wypłosz. Tej roślinie chodziło chyba o to, aby tak rozśmieszyć turystów i innych agresorów, żeby ból mięśni brzucha skutecznie pozbawił ich sił do ataku. Na tę część piaskową pustyni mama wzięła mnie w nosidełku, stąd mogłem dokonać dokładnego opisu. Kształt drzewa, pokręta genetycznego, wykoncypowałem z przeplatanego rechotem opisu taty.
Żeby dostać się z Nevady do Kalifornii musieliśmy przejechać pasmo górskie Sierra Nevada. Te góry przypominają trochę Alpy, są podobnie spiętrzone i wygląda jakby były z podobnego kamienia. Może trochę czasem więcej piaskowca widać, ale nie będę się czepiał szczegółów. Droga pomiędzy szczytami była tak malownicza, że chwilowo podnosiłem głowę z fotelika, żeby nacieszyć oczy. Widziałem przynajmniej trzy różne krajobrazy. Nazwałem je następująco:
Alpejski - w miarę płaski teren, łąki i pasące się nich krówki, zapach świeżo ściętej trawy i maszyny rolnicze w pogotowiu, w zagrodach. Normalnie wiejska sielanka. Trochę jak w Austrii.
Irlandzko/Szkocki - nadal bardzo zielono, ale dużo pagórków, droga wąska i wijąca się niemożebnie, perspektywa widoku - kilkadziesiąt metrów, trochę pochmurnie, ale bardzo swojsko. Gdyby było więcej przestrzeni to wszystko wyglądało by jak Shire. Patrzeć tylko hobbitów zza krzaka...
Hopokowy - śnieg na trzy stopy, droga wyczyszczona, ale bandy po bokach nie pozwalają się zatrzymać, na drzewach białe czapy, na głowach wełniane czapy, na rękach rękawiczki i zimowe opony na kołach (choć tu chyba nikt ich nie używa). Rzekłbym, iż czułem się jak w sylwestra na Słowacji.
Oglądałem, gaworzyłem, rodzice się ze mnie śmiali (niedoczekanie ich - niech tylko wyćwiczę moje da, a potem pokazując palcem na czipsy, które oni będą jedli powiem "DA" i zrobię to w ten sposób, że wiadomo będzie, iż to nie przypadek tylko prośba. A nawet może groźba.), a potem zapadłem w dłuższy sen.
Lubię spać. Wszyscy myślą, że dziecko małe śpi, bo potrzebuje odpoczynku. Nic z tych rzeczy. Ja śpię, bo we śnie mogę dużo więcej niż w rzeczywistości. Potrafię chodzić, potrafię mówić, potrafię nawet zrozumieć rzecznika prasowego PISu. We śnie jestem tym, co umie moja głowa. A potrafi na prawdę wiele. I to nie jest tak, że tylko ja to mam. Mają tak wszystkie dzieci.
Kiedy my zapadamy w sen to kontynuujemy nasze codzienne życie, tylko jeszcze bardziej intensywnie, jeszcze mocniej i poważniej. Lubimy to, bo tam, po drugiej stronie powiek jesteśmy słuchani (znaczy rozumiani, bo potrafimy dokładnie powiedzieć o co nam chodzi) i traktowani poważniej. Oczywiście wynika to z faktu, że my kreujemy tę rzeczywistość, ale jakby nie patrzeć jest ona odzwierciedleniem tego, co do tej pory widzieliśmy lub słyszeliśmy.
Nie twierdzę, iż w realnym świecie nas się nie docenia. Owszem, ale to docenianie jest raczej za to że jesteśmy i to oczywiście jest naturalne, ale my chcielibyśmy być doceniani także za to, jacy jesteśmy. A ciężko nam to zaprezentować, jeżeli nie potrafimy jeszcze opowiedzieć tego, co nam siedzi w głowach. Dlatego zauważcie rodzice, że im więcej potrafimy powiedzieć, przekazać, tym mniej śpimy w dzień. Coraz mniej nam potrzeba naszych imaginacji i uciekania się w samemu stworzony świat bo dostajemy to, czego nam trzeba w rzeczywistości.
Z naszej perspektywy to się wydaje takie proste, a dla was rodzice, mimo żeście starsi i mądrzejsi, czasem to wydaje się tak niedostępne, że niemoc zmusza nas do płaczu. Wtedy mówicie, że dziecko rozpłakało się bez powodu, a wierzcie, że nie płaczemy, kiedy nie ma czemu. Niekiedy tylko powód jest tak głęboki, że nie uwierzylibyście, że o coś takiego w ogóle może chodzić.
Dojechaliśmy do motelu w Exeter, ja trochę popłakiwałem nad faktem, iż zaśmiecenie kosmosu niebawem będzie tak wielkie, że misje kosmiczne będą musiały dodatkowo się zabezpieczać przed kolizjami ze starymi satelitami, w powietrzu unosił się obłędny zapach kwitnących drzew pomarańczowych, a noc jeszcze była wczesna.
Jak poeta pociągnięty zniewalającym zapachem, jakby muza użyła podstępnie aromatu do natchnienia artysty aby chwycił za pióro, jak Mickiewicz na Krymie, jak Słowacki w Paryżu, jak Szopen po spotkaniu z George Sand - chciałem pisać, komponować, malować więc z racji nie posiadania innego wyjścia... natychmiast zasnąłem.