czwartek, 15 sierpnia 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - NA POŁUDNIE OD SAN FRANCISCO


Trasa do San Francisko była bardzo ładna, co z mojej perspektywy oznaczało szeroką, 5 pasmową autostradę, gdzie tata włączał stałą prędkość, nie było zbyt wiele zakrętów i hamowania, za oknem nie było nic ciekawego, więc mogłem spokojnie spać. To właśnie jest ładna trasa. Kiedy po 5 godzinach jazdy, w tym prawie 4 godzinach snu dojechaliśmy w końcu do wielkiego miasta, czekał na nas stary kolega taty, z którym razem studiowali. Miał na imię Norberto, ciemne włosy. I nie mówił po polsku. Jakoś się z nim jednak dogadałem. Dał mi duże łóżko, powiedział chyba, że jak chcę, to mogę też do niego przyjąć rodziców, nie chciałem, ale i tak się położyli obok mnie i poszliśmy spać. Rano, wg mamy mieliśmy jechać wzdłuż linii brzegowej Pacyfiku, która ciągnie się od Monterey (jakieś 150 km od San F) a potem do samego Big Sur. Tak też się stało. Po porannych zabawach, już tradycyjnie udałem się na przedpołudniową drzemkę i pozwoliłem rodzicom wsadzić się w fotelik, a następnie zawieźć na miejsce.

Podczas podróży odwiedziliśmy 3 miejsca, warte wspomnienia. Monterey - to miasteczko podobało się najbardziej tacie. Potem Carmel - tu ja byłem oczarowany, a potem park krajobrazowy Point Lobos - tu wszyscy mieliśmy dużo radości, następnie okolice Big Sur, to było ulubione miejsce mamy. A więc po kolei.

Monterey to spokojna jeszcze o tej porze roku mieścinka, do której normalnie przyjeżdżają turyści z dziećmi, aby zobaczyć Akwarium miejskie a w nim zebrane okazy fauny pacyficznej z okolicy. Poza tym kiedyś, ponad 100 lat temu, był to wielki ośrodek połowu sardynek i dzięki temu wzbogacił się potężnie budując doki, magazyny i fabryki. Dziś to wszystko poprzerabiane jest na kafejki restauracyjki i wspomniane już akwarium. Zjedliśmy w tym mieście śniadanie, ja mleko rodzice kanapki z kawą i niespieszczenie powędrowaliśmy nadbrzeżem. Niewielka ilość turystów i spokój spowodowały, że w uprzednio przez nas postrzeganym jako Mekka turystów z okolic mieście dojrzeliśmy spokój, powolność i wyciszenie. A słońce nie dawało za wygraną i podpatrywało nas przypalając przy okazji co bardziej nieosłonięte części ciała. Tata miał bluzkę bez rękawków. Ał...
Carmel to moje miasteczko. Po pierwsze, tata zabrał mnie na plażę i mogłem popatrzeć z bliska na ocean. Wiem, że było zimno i wiał wiatr, ale tak bardzo chciałem popływać w tej słonej wodzie, że ledwo mnie utrzymał na rękach. Po drugie, spacer w wózku przez strome uliczki pozwolił mi przyjrzeć się malutkim sklepikom, które nie były jakieś strasznie bazarowe. Wręcz przeciwnie, miały klasę maleńkich pawilonów, w których można było kupić wysokiej jakości biżuterię, czy ręcznie malowane obrazki, w niektórych napić się dobrej, mocnej kawy i zjeść wyśmienite, świeżo upieczone ciastko z owocem. Wszystkie miały także bardzo wymyślne szyldy nad drzwiami, a ponieważ z mojej perspektywy właśnie je było widać najlepiej zwróciłem na nie szczególną uwagę. Każdy sklepik miał swój szyld i każdy był inny. Drewniane, blaszane, malowane czy drukowane, podświetlane czy nie - zauroczyła mnie ich różnorodność i wymyślność. A poza wszystkim prawie każdy sklepik miał swój szyld.
Pojechaliśmy dalej. Droga nad brzegiem wiła się w górę i w dół, w prawo i lewo była ciekawa. Nie ładna, bo nie mogłem spać, ale ponieważ z jednej strony była woda, a z drugiej góry, patrzyłem się na to wszystko z wyciągniętą szyją jak jakaś żyrafa. Nie było tam co prawda żyraf, ale w Point Lobos mieliśmy okazję zobaczyć na żywo foki i lwy morskie. Wyobrażałem to sobie co prawda, tak, że jak my przyjedziemy to będą na nas czekały z kwiatami i butelką szampana rosyjskiego Igriskoje, potem zabrały by nas do swoich norek i pokazały jak żyją, gdzie gotują i jak jedzą, następnie ugościły nas skromnym poczęstunkiem ( jakieś owoce morza) a na końcu tradycyjna wymiana koszulek. A tu nic z tego. Spacer do miejsca, gdzie miały czekać foki był męczący ( pod górę i tata mnie niósł na brzuchu), potem wypatrywaliśmy tych uchatek w nota bene bardzo ładnej zatoczce, ale ich widu ani ich słychu aż w końcu na horyzoncie pokazała się jedna i do teraz nie jestem pewny czy wystawiła z wody głowę, czy może coś innego.
Następnie wypatrywaliśmy lwów morskich i te przynajmniej było słychać, wyły bardziej jak prosiaki niż lwy i były na tyle daleko, że gdyby to rzeczywiście okazały się świnie podrzucone przez kierownictwo parku z racji wakacji lwów morskich - śmiało moglibyśmy się na to nabrać. Wyły i marudziły, ale turyści się zachwycali. Wszystko za 10 dolarów. Gdyby na naszej wsi spokojnej można zorganizować taki event, żeby z daleka nad stawem oglądać lochy, które kwiczą jak w rzeźni a ludzie płaciliby żywą walutą, za to widowisko to PSL wygrałoby wybory i nie musiałoby tworzyć koalicji z nikim, a dotacje unijne na rolnictwo Unia dostawałaby od nas.
Tata próbował zrobić zdjęcie, ale ujęcie pokazywało jedynie skałę, na której co raz ruszał się jakiś cień. Lwi. Albo świński.
Big Sur - to ulubiona część wycieczki mamy. Same góry i ulica, a potem ocean. Bardzo malowniczo, bardzo uroczo tylko chmury, które cały czas szły od oceanu przesłaniały widok. A może tworzyły atmosferę? NIe wiem tego dokładnie, za mały jestem. Mamie się jednak podobało na tyle, że zajechali tak daleko z tatą, iż prawie się nam benzyna skończyła.
Kiedy wracaliśmy pomyślałem sobie, że jesteśmy fajną rodzinką. Bo spędzamy dużo czasu ze sobą, bo dużo rozmawiamy i uśmiechamy się do siebie, bo śpimy razem i mogę chodzić z rodzicami na spacery. To znaczy oni czasem popełniają błędy, ale któż jest bez wad. I tak was kocham, moi rodzice.