czwartek, 22 grudnia 2016

DYLEMATY TATY - PIOTR KRUPA. KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE




Czytanie przed Świętami przychodzi niezmiernie trudno, bo pomiędzy przygotowaniem farszu na pierogi a ciągłym myśleniu, jaki drobiazg dorzucić do prezentu dla najbliższy czasu nie ma nawet na to, żeby wziąć porządny długi prysznic. Ale książka, którą wcześniej już zajawiłem na profilu wciąga i zachęca, żeby jednak przeczytać jeszcze kawałek, a może cały rozdział, zanim zasnę, a może dwa... 

Może to dlatego, że znajduję do autora kilka podobieństw (a w miarę czytania, liczba ta wzrastała i wzrastała). Podobnie jak on jestem marketingowcem, lubię podróżować z dzieckiem, w samochodzie lubię włączyć Trójkę, w której przemawia Wojciech Mann i tak samo jestem zwariowany na punkcie swojej żony i dziecka. Więc Panie Piotrze - doskonale Pana rozumiem. 
Tak samo doskonale czytało się książkę, która mimo swojego podtytułu (subiektywny poradnik) właściwie poradnikiem nie jest, ale to dobrze, bo jak twierdzi sam autor mało wie i dlatego powstała właśnie ta książka. Choć z treści wynika, że może mało wiedział na początku, ale z czasem uczył się coraz bardziej i jego wprawne oko oraz łatwość pisania pozwoliły ubrać jego spostrzeżenia z posiadania Jaśka w bardzo zgrabną opowieść. Subiektywną, a jakże. 

Dobrze się czyta o tym, jak pełen był obaw przed porodem i jak zmienia się punkt widzenia sprzed bycia ojcem na po staniu się ojcem, dobrze wchodzi historia o tym, jakich lęków dostarcza pierwszy spacer z młodym, jak wiele podobieństw z dniem autora i jego Jaśka znalazłem kiedy pierwszy raz zostałem z Karolem sam na sam w domu. Także snucie fantazji na temat wspólnego oglądania Gwiezdnych wojen i Stawki większej niż życie jest mi bliskie. 

To książka o dylematach nowoczesnego faceta, odpowiedzialnego ojca ale człowieka, który ma dystans do siebie i innych. To książka, którą łatwo się czyta, bo jest napisana lekkim, ale nie lekkomyślnym językiem a format felietonów, które tworzą spójną całość daje możliwość ukąszenia jej po kawałku. I przemyśleniu. 

Ciesze się, że książki takie powstają, bo dają sygnał, że ojcostwo to bardzo głęboki temat, który mimo potraktowania go na papierze z lekkim przymróżeniem oka jest ważny na tyle, że coraz więcej osób go zauważa, zaczyna o nim mówić i powstaje na ten temat całkiem poważna dyskusja. Mam nadzieję, że trochę się do niej dołożyłem polecając tę publikację. 

Dzięki Panie Piotrze, że chciał się Pan podzielić tym co Panu Jasiek przyniósł ze sobą. 


środa, 30 listopada 2016

PRZYJACIELE

Mając dzieci inaczej spędza się czas, jaki pozostaje nam pomiędzy pracą a spaniem. Stwierdzam ten fakt nie nadając mu pejoratywnego zabarwienia, bo jestem z tej grupy osób, która po prostu cieszy się z faktu, że może czas przetworzyć na interakcje z drugim człowiekiem, a nie marudzi, że kiedyś było więcej czasu, czy więcej interakcji, czy więcej atrakcji, czy w ogóle inaczej. 

Dziś jest dziś i z tego czerpię. Ale jest grupa osób, o którą aktywnie chcę dbać, nie mając tego w głowie mogę stracić coś, co jest ważne. 

Przyjaciele to grupa osób, którą facet zna i szanuje, ale ma problem z tym aby powiedzieć im to w twarz. Mimo tego, że to osoby ważne. Facet wie, że można na nich polegać i mimo zmiany sytuacji domowo-czasowej warto aktywnie utrzymywać z nimi kontakt. Wymyśliliśmy sobie więc nazwę która jest bezpieczna i zawiera to co chciałoby się przekazać drugiej osobie, a do tego uwypukla powód dlaczego instytucja taka ma sens istnienia. Nazwa ta to "przyjaciele rodziny". Do grupy tej zaliczamy te rodziny, których członkowie są nam bliscy, którzy też założyli swoje rodziny i mają ochotę właśnie w takiej formie dbać o to, żeby o sobie pamiętać. 

Mamy nawet święto przyjaciół rodziny - 17.01. Nie wiem czemu właśnie wtedy, ale jakoś nam się tak utarło i pamiętamy o tym dniu. 

Dziewczynom jakoś łatwiej mieć przyjaciółki, a facetem trzeba tworów sztucznych, żeby swobodnie o tym mowić. Ale jeżeli ma to działać, to czemu nie?

Z Przyjaciółmi to jest tak, że czasem nie trzeba się regularnie spotykać, jeżeli czas bardziej intensywny nadchodzi, ale wystarczy zadzwonić na 10 minut, albo wysłać maila z myślą skierowaną do danej osoby. Zdarzyło mi się nawet poezję nieudolną wysłać i w odpowiedzi dostać to samo. Dobrze mieć takie osoby. Niby ich nie widać, a są i wiem, że można na nie liczyć. 

Ostatnio zadzwoniłem do bliskiej mi osoby, bo poczułem że dawno się nie słyszeliśmy. Miałem taki komfort, iż nie usłyszę od niej wymówki, że dawno się nie odzywałem, że nie wiem, iż jest w ciąży i za dwa miesiące będzie miała drugą królewnę. Sama powiedziała, że nie zadbała o ten kontakt, a ja odparłem, iż nie ma co się przepraszać, tylko zaproponowałem, aby pogadać  zwyczajnie jak kiedyś. I gadaliśmy przez 15 minut jakbyśmy się nie słyszeli raptem dzień czy dwa. To bardzo miłe uczucie tak wrócić do kogoś nagle po chwili milczenia i poczuć, że czysta potrzeba kontaktu była także z drugiej strony. 

Trzeba dbać o takie osoby. Będę więcej dbał. 


sobota, 1 października 2016

PROJEKT OJCIEC

Ktoś mnie tego dnia zapytał, czy się denerwuję przed premierą. Trochę to zaskakujące pytanie, bo przedstawienie, w którym bierze udział mój blog jest tworzone przez niezależną ode mnie grupę, nota bene fantastycznych ludzi, którzy mieli po prostu użyć trochę tekstu, jaki wyszedł spod mojej klawiatury. Wtedy się zacząłem denerwować, bo zdałem sobie sprawę, że właśnie za chwilę zobaczę na scenie swoje własne życie. To tak jakby cofnąć się na chwilę w czasie i rzucić okiem na emocje jakie miałem w okresie, kiedy wszystko w moim życiu się zmieniało - kiedy stawałem się tatą. 

Nie miałem oczekiwań co do przedstawienia, bałem się tylko że może pójść w kierunku trochę zbyt prześmiewczym, bo dziś tak łatwo obsmarować na wesoło fakt, że do kina pójść nie można, żona ma depresję, a facet ma swoje potrzeby jest macho i jest mu źle, więc szydzi. 

Pozytywnie jednak sztuka mnie zaskoczyła, bo od samego początku panował w niej balans dowcipu i zadumy, poważnej ojcowskiej refleksji oraz luzu, jaki trzeba do tego wszystkiego mieć, żeby nie zwariować. 

Konstrukcja sztuki, mimo iż tekst złożony jest z dzieł kilku autorów, jest bardzo spójna i prowadzi nas od momentu kiedy dziecko jest jeszcze po tamtej stronie brzucha aż do chwili, kiedy patrząc na swoje już bardzo rozumne dzieci, trochę przez pryzmat własnego taty pojawiają się w oczach męskie łzy wzruszenia. Pomiędzy jest bardzo pouczająca i fantastycznie zagrana historia ojców, którzy najbardziej na świecie chcą być najlepsi dla swoich pociech. 

Ogląda się całość lekko i chce się cały czas więcej, bo to wszystko są historie, które zdarzyły się, lub mogły się zdarzyć każdemu z ojców na widowni. 

Ciekawy byłem czy odnajdę fragmenty mojego życia w tej sztuce, w końcu część tekst bazowała na moich przemyśleniach. Bez problemu zidentyfikowałem te momenty, kiedy ze sceny słyszałem swoje słowa i pierwszy raz w życiu poczułem się, jakbym stanął na chwilę obok siebie i obserwował co się wydarzy, choć doskonale widziałem jak dana scena się skończy. To było nawet lepsze niż pierwowzór, bo zagrane przez aktorów nabrało więcej dramatyzmu, gdyż dodano do wszystkiego ruch sceniczny i światło. Przyznam, iż zobaczyć kawałek swojego życia na prawdziwej scenie - to rzeczywiście bezcenne. 

Sztuka jest świetna, i być może brzmi to nieobiektywnie z racji faktu, że miałem w niej swój udział, ale mowię bardziej o całości przekazu i realizacji, niż o samym tekście. Chłopaki, którzy grają autorów są także ojcami, więc po części są nami, a po części po prostu sobą. Śmieszą, wzruszają, pozwalają się zastanowić nad tym kim są dla nas ojcowie i kim my, jako rodzice jesteśmy dla naszych dzieci. 

Zastanawiałem się jak sztuka się zakończy, bo ojcostwo to temat permanentny i ciężko jest uciąć go w jakimś najdogodniejszym momencie. Mateusz, reżyser spektaklu, wybrał tekst, który zamyka pewien rozdział ojcostwa i pięknie pasuje do całości przemyśleń, jakie niesie przedstawienie. Wzrusza i zostawia chwilę w zawieszeniu, zamyśleniu i zadumie. Uwierzcie mi, iż trudno byłoby wymyślić lepsze zakończenie, niż to które widziałem na deskach sceny w Teatrze Kana. Gratulacje Panowie! 

Jeżeli będziecie w pobliżu Szczecina, albo chłopaki ruszą w trasę po Polsce wpadnijcie i zobaczcie ich fantastyczną sztukę - i to niezależnie od tego czy jesteście mamą czy tatą. 


środa, 14 września 2016

PRAWA RĘKA





Karol miał problem z zapamiętaniem która ręka jest prawa, a która lewa. Wiele dzieci tak ma, znam nawet osoby, które do dziś na prawą stronę mówią "to prawo" a na lewą "tamto prawo" pokazując jednocześnie kierunek odwrotny od tego pierwszego "prawego". Jakoś nie cisnęliśmy tego z Karolem czekając na rozwój wypadków, aż pewnego razu przyszedł nam w odwecie przypadek. 

Na nocnym targu, który w owym czasie stawał w weekendy na miejscu dawnego muzeum kolejnictwa przy dworcu Warszawa Główna, spotkaliśmy pomiędzy jednym straganem z jedzeniem a drugim foodtruckiem z piciem panią o narodowości hinduskiej, która malowała henną tatuaże niepermanentne. Karol po chwili zastanowienia powiedział, że on chciałby taki tatuaż na ręku. 

Usiadł troszkę z niepewnością na stołeczku i wybrał wzór, który chciał mieć na dłoni i przedramieniu. Wybraliśmy rękę prawą. Trochę nieświadomie, ale dla Karola miało to zasadnicze znaczenie. Bo sam wybrał tatuaż, sam ten pomysł wymyślił i sam pokazał, która ręka ma być ozdobiona. 

Malowanie trwało 10 minut, potem dzielnie czekał, aż henna wyschnie - co zajęło kolejne 30 minut. Było to dla niego na tyle ważne, że siedział spokojnie na krzesełku i pytał kiedy może się ruszyć, ale nawet nie myślał wstawać zanim wszystko wyschnie i będzie mógł normalnie biegać. 

Ponieważ wszystko wszystko było jego pomysłem, wybór wzoru i ręki bardzo zapadło mu w pamięć, że to właśnie prawa ręka została ozdobiona uroczym szlaczkiem. Po 10 dniach henna się zmyła, ale pozostawiła głęboki ślad. Kiedy teraz proszę Karola, aby szybko podniósł prawą rękę robi to za każdym razem bezbłędnie. 
- Skąd wiesz, że to prawa ręka?
- Bo miałem swój tatuaż tu. - pokazuje palcem na wierzch dłoni i uśmiecha się w geście tryumfu. 

Tatuaże mogą mieć także funkcje edukacyjną, jak się okazuje. 

Ps. Opowiadając te historie koleżance, powiedziała mi, że dla jej córki z podobnym problemem rozwiązaniem był ułożenie dłoni z kciukiem pod katem prostym do reszty palców i odczytanie gdzie jest literka L. Tak znajdowała lewą rękę. Proste, to tego dla tych, którzy nie lubią esów-floresów w kolorze rudawym przez dwa tygodnie. 




poniedziałek, 12 września 2016

SIÓDMA OKRĄGŁA ROCZNICA ŚLUBU



Dobiliśmy szczęśliwie do siódmej rocznicy zawarcia związku. To dużo i mało. Mało, bo mniej niż 20% mojego życia a dużo, bo wagowo lata te obfitowały w wydarzenia, które mają największy wpływ na moje postrzeganie przyszłości. 

Karol dowiedział się o tym i zaproponował, aby kupić prezent. 
- co chciałbyś kupić mamie? Zapytałem, kiedy wychodziliśmy z domu na zakupy. 
- Mamie kupimy kwiatki. 
- Super pomysł - skwitowałem i już chciałem zamknąć dyskusję, ale Karol dorzucił - a Tobie co kupimy?

Przez chwile zapomniałem, że jestem też częścią tego jubileuszu, a że nigdy sobie nie kupowałem z tego powodu prezentu to jakoś nie wziąłem siebie pod uwagę. 

Tobie nie możemy kupić kwiatów. Kupimy Ci płytę Fryderyka Chopina - powiedział Karol i trochę mnie zaskoczył, bo dawno temu rozmawialiśmy o tym co mógłbym chcieć dostać od Niego i rzeczywiście wspomniałem o takiej płycie, ale bez nadziei na to, że będzie pamiętał. 
- To miło, że chcesz mi taka płytę kupić, ale wolałbym coś innego. 
- Tata, czego nie masz? Co chciałbyś mieć?

To pytanie mnie trochę pogrążyło w głębszych myślach. Myśli mają prędkość światła, więc zajęło mi to raptem kilka nanosekund, ale jak teraz o tym dumam, to wychodzi mi całkiem przyzwoite podsumowanie kilku ostatnich lat i bilans mam/nie mam wychodzi mocno na plus. 

Zapytawszy siebie czego nie mam byłbym nieszczery gdybym powiedział, iż czegoś mi pilnie brakuje. Być może to jest zależne od tego jak bardzo różnych rzeczy potrzebuję, ale te które są dla mnie najważniejsze mam.  Jestem zdrowym osobnikiem w wieku już popoborowym, mam najlepszą w świecie żonę, z którą udało nam się mieć dwójkę bardzo udanych potomków, otacza nas miłość i szacunek, czujemy się dla siebie ważni, dla innych potrzebni, a dla niektórych nawet niepowtarzalni. 

Mamy kilka osób, na które możemy zawsze liczyć, a one na nas, mamy wysublimowaną przez czas grupę osób, które bezwstydnie możemy nazwać przyjaciółmi, jesteśmy świadomi swoich niedoskonałości, ale klepiemy po brzuchu te cechy, które uważamy za swoje mocne strony. Potrafimy ze sobą rozmawiać, tęsknimy za sobą i cały czas odkrywamy się i zaskakujemy. 

Potrafimy do tego marzyć i razem te marzenia realizować. Wiemy, że pasją można zarażać a złością zrażać. Idziemy razem do przodu czerpiąc każdego dnia kawałeczek dobra, które tworzymy. 

Jeżeli jeszcze raz zapytam siebie czego nie mam, to po takiej litanii trudno jest mi znaleźć coś, co chciałbym bardzo i zaraz. Ale dziecku nie powiem przecież, że limit dobrego na karcie kredytowej mojego małżeństwa połączony z debetem w koncie mojej rodziny zapewnia mi dostatek, jaki nie pozostawia wiele do życzenia, więc odpowiedziałem coś, co może nie jest tak górnolotne jak poczucie spełnienia w rodzinie, ale na pewno jest wykonalne przez mojego 5-letniego syna 

- Chciałbym, żebyś mi narysował statek kosmiczny. 
- Dobra, mogę farbami?
- Jasne. Taki chciałbym, który może poleciec na księżyc. 

A potem poszliśmy kupić mamie słoneczniki. Karol lubi żółty kolor. To pewnie dlatego wybrał właśnie takie kwiaty. 

Dobrze mieć takie niezachwiane poczucie, że te siedem lat spędzonych ze sobą dają efekt w postaci pozytywnych odczuć pomiędzy członkami rodziny, pozwalają odważnie patrzeć w przyszłość i mieć pewność, że wybory jakich dokonujemy będą miały pozytywne konsekwencje.

Od tych siedmiu lat przemnażamy naszą miłość przez różne mianowniki. Czasem zupełnie nieoczywiste. Najpierw przez dwa, jak nasza dwójka, potem przez trzy, bo pojawił się Karol, potem przez cztery, a może nawet do potęgi czwartej bo pojawienie się drugiego dziecka nie nosi cech struktur liniowych, a raczej wykładniczych rzekłbym. 

Pomiędzy oczywiście wpadaliśmy w delikatne zagłębienia całek podwójnych wynikających z równania dwojga docierających się niewiadomych, ale finalnie lądowaliśmy na długiej prostej wznoszącej, która dodatkowo przeliczała delikatnym koeficjentem nasze równanie. Mówi się o 7 latach chudych a potem 7 tłustych, więc jeżeli te minione były chude, to nie mam czelności prosić o 7 tłustych, a jeżeli przeszliśmy już tłuste, to nic nie zapowiada, żebyśmy wchodzili w okres chudych. Tak przynajmniej chciałbym to widzieć. 

Rzeczywistość jest zakrzywiania naszą jej percepcją. My mamy na nosach różowe okulary, nasze dzieci też filtrują świat w podobny sposób, więc zapowiada się bardzo ciekawe kolejne 7 lat. Życzę sobie, żeby były takie jak te 7 minionych. 

czwartek, 21 lipca 2016

OPOWIEŚCI WAKACYJNE

Karol na wakacjach podlewał kwiaty nielegalnie znalezionym wężem ogrodowym, dodatkowo kwiaty te rosły na terenie ogródka prowadzonego przez siostrę zakonną, która miała bardzo specyficzne podejście do swoich roślinek. #WiecieKtoPoNichStąpał! #ZbeszcześciliŚwiętąJabłoń Kiedy już zrosił poletko tak, że właściwie można by zacząć myśleć o eksperymentalnej hodowli ryżu typu basmati siostra wyjrzała przez okno i huknęła na Karola i jego kolegę (który dołączył do tego niecnego projektu) na co obydwaj upuścili wąż, sikawkę i czym prędzej uciekli w miejsce, gdzie wg. nich nie można było ich znaleźć. Babcia, która zaniepokojona nieobecnością i ciszą (wiadomo, że jak jest cicho, to coś się zaraz stanie - wiedzą o tym wszyscy rodzice dzieci do lat 9) ze strony jej wnuczka Karola, zaczęła go szukać. Nie dał się szybko znaleźć, bo hukniecie siostry w jego mniemaniu było co najmniej tak głośne jak lawina czy burza letnia z silnymi opadami wodnymi nomen omen. Znalazł się jednak i na pytanie co się stało, zmieszał się bardzo i powiedział. - Babciu, wydarzyło się coś niedobrego. - Ale co Karolku, powiedz babci - zapytała babcia w trosce o wnuka, który był bardzo przestraszony faktem, że siostra się zdenerwowała. - Nie chciałbym o tym mówić. Tak na prawdę chciałbym o tym zapomnieć. Babcia mało nie eksplodowała ze śmiechu, ale powstrzymawszy się jednak zaproponowała, że pójdą razem do siostry przełożonej i wyjaśnią sprawę tak, żeby nie musiał się już chować. Ciężko było, bo strach go obleciał, ale się udało. Sprawa się zamknęła. Ciekawe, czy pozostawi to wydarzenie w Karolu niechęć do podlewania kwiatków?

środa, 29 czerwca 2016

PRZEKLINAMY


Na każdego rodzica przyszedł taki moment, a jeżeli jeszcze nie przyszedł, to gwarantuje wam, że czai się za rogiem, kiedy dziecko ni z tego, ni z owego rzuci mięchem tak, że bluzg pod budką z piwem to małe miki.

Dziecko uczy się, słucha, chłonie, więc naturalne, że zna obelgi, słowa ogólnie uznane za obraźliwe lub zwyczajnie za brzydkie i których użycie  na salonach jest conajmniej nieeleganckie. Sami czasem używamy tych słów, myśląc, że latorośl ich nie słyszy, a potem dziwimy się jakim cudem nasza nieskalana przez uszy córeczka niczym żul, co bełta jednym rzutem anihiluje w czeluściach gardzieli, paskudnie określi pierwszorzędne cechy płciowe męskie i pójdzie do swojego pokoju, jak gdyby nic się nie stało.

A może właściwie nic się nie stało? No bo pomnijcie Aleksandra Hrabiego Fredro czy dla przykładu może autora Piórek - jak oni pięknie klęli, prawda? Jasne, że byli pełnoletni, ale bardziej chodzi mi o fakt, że przekleństwa też pełnią pewną rolę w języku. Bo co mówicie, jak z całej siły kopniecie gołą stopą białą kuleczkę leżącą przy progu (która w momencie stykania się palców z jej powierzchnią okazuje się być na stałe przytwierdzonym do podłogi odbojnikiem do drzwi, a dodatkowo jest zrobiona z twardego plastyku)? Co wam przychodzi do głowy?

Dlatego kiedy Karol pierwszy raz przyniósł do domu słowo Pupa (które de facto przekleństwem nie jest, ale wkurza powtarzane przy okazji co trzeciego zdania) poprosiłem go, aby mimo wszystko znalazł sobie jakieś zastępcze słowo, które będzie nowe, fajne i tylko jego. Podałem jako przykład jasny gwint, czy może motyla noga - spodobało mu się i zaadaptował sobie te stwierdzenia i czasem ich używa. Może tak właśnie trzeba - nie zabraniać dawania emocjom upustu, tylko podrzucać inne środki wyrazu? A tak na marginesie - ostatnio dowiedziałem się, skąd taka popularność słowa PUPA wśród maluchów - otóż to wszystko przez przemiłe skądinąd stworki czyli minionki. Jeżeli obejrzycie drugą część tego filmu usłyszycie, że w pewnym momencie jeden z nich mówi Pupa i cała reszta zaczyna powtarzać po nim. Taka lawina pup, wodospad ładniej nazwanych odwłoków, nawałnica dup. I dochodzimy do słowa Dupa. Etymologia tego jakże kloacznie brzmiącego słowa bynajmniej nie pochodzi od części ciała. Kiedyś określano tym mianem zagłębienie w ziemi lub dziuplę w drzewie. Być może przez eufemizm i niechęć do użycia dzisiaj już archaicznie brzmiącego Rzyć - ludzie zaczęli mówić na tę dolną część pleców właśnie Dupa i tak zostało do dziś. I dziecko nie wiedząc zupełnie o tym, że cała historia stoi za tym jakże w sumie śmiesznie brzmiącym słowem, potrafi użyć go w najmniej odpowiednim momencie. I co wtedy? Zastępujemy mu czymś inny? Prosimy, żeby nie używał tego słowa? Owoc zakazany smakuje najlepiej, nieprawdaż?

Waham się cały czas, bo społecznie to nie ładnie, żeby dziecko mówiło, jakby wychowało się w zakładzie szewskim pod stołem majstra, a nie w jakby nie patrzeć kulturalnym domu?
Czy nie zabraknie mi substytutów? Jasny gwint, psiajucha, kurza stopa, kurza melodia, kurza twarz?

I jako suplement. Żeby nie było, że moje dylematy są gołosłowne.

Oglądamy mecz. Euro. Napięcie, Polska, Szwajcaria, coś wisi w powietrzu.
- aaaaa - krzyczę, kiedy przeciwnicy strzelają na naszą bramkę
- ja pierdolę - dorzuca Karol.
Cisza przez chwilę. On się patrzy na mnie, na swoją mamę.
- Karol czy to było ładne słowo czy nie? - pytam bez ciśnienia, tak informacyjnie zapytując, bardziej wybadać chcąc, czy wie jakiej formy leksykalnej użył
- Raczej nie - rzuca i ogląda dalej.

Nie skomentowałem, zostawiłem bez echa, nie podrzuciłem żadnego zamiennika, mentalnie usiadłem po turecku i starałem się być spokojny jak jebany (sic!) kwiat lotosu na pierdolonej (sic!), gładkiej tafli jeziora...

czwartek, 23 czerwca 2016

DZIEŃ TATY


Każdy wie kiedy jest dzień mamy, ale czy wiemy kiedy jest dzień taty? Czy fakt, że sam o tym do końca tak naprawdę nie pamiętałem świadczy o tym, że niejako sam godziłem się na to żeby uczczenie takiej okazji schodziło na drugi plan? Szczególnie, że świadomie rozmyślam na rolą, jaką pełni tata w wychowaniu dzieci i wiem, że nie jest moim dzieciom obojętne czy to mama czy tata przeczyta książkę na dobranoc czy zrobi kanapkę. To nie znaczy, iż któreś z nich jest lepsze, ale w danej chwili ważne jest jednak kto daną czynność wykona. Dlatego uznałem, że nie jest obojętne także dla mnie, czy będziemy celebrować dzień Taty tak samo jak celebrowaliśmy dzień Mamy. Nie dla własnej próżności, tylko dla tego, żebyśmy wszyscy (wraz ze mną) zdali sobie sprawę, że tata też ma swoje święto, że tata ważny jest i ma znaczenie, czy raz do roku wszyscy zauważymy, że właśnie tego dnia powinno się zwrócić na niego większą uwagę. 

Co prawda nie będzie tortu, nie będzie kwiatków, nie będzie śpiewania sto lat. Będzie tata, który jeszcze mocniej przytuli dzieci do siebie, trochę dłużej poczyta Alicje w krainie czarów i dłużej pozwoli pochlapać się w wanience dzieciom i ich dinozaurom. 

W dzień taty, trochę inaczej niż w dniu mamy, to tata będzie chciał dać dzieciom więcej, będzie chciał jeszcze mocniej pokazać im jak bardzo je kocha, a żonie pokazać, że będąc tatą jest także facetem, który kocha całą swoją rodzinę właśnie za to, że jest taka czteroosobowo piękna, że bez faktu, że jest tatą nigdy nie mógłby zrozumieć jak wiele znaczy dla niego żona, która jest w jednej osobie kobietą którą kocha, ale także mamą jego dzieci i tylko mając taką mamę może tym prawdziwym tatą być. 

Bo tata jest tak ważny, jak suma wszystkich spraw, z którymi radzą sobie, lub będą musiały w przyszłości poradzić sobie jego dzieci, ważny jak iloraz miłości jednego dziecka do drugiego i jak wartość szacunku, jaki pokazują przed dziećmi ich rodzice w codziennym zwracaniu się do siebie. Na straży tych wszystkich rzeczy stoi tata. 


Ten dzień więc, niech przyniesie już od samego rana wiele radości wszystkim tym, dla których tata istnieje i nawet jeżeli przejdzie bez większego echa niż dzień mamy, niech znaczy tak wiele dla każdego faceta mającego rodzinę uzupełnioną małymi ludźmi, żeby na koniec dnia, kiedy obdarzy całą świtę dobrymi emocjami mógł stanąć przed przed sobą i spojrzawszy na siebie będzie mógł powiedzieć - To był naprawdę dobry dzień dla nich i dla mnie. Wyjątkowy i inny niż wszystkie. 


czwartek, 26 maja 2016

NAKRZYCZ NA DZIECKO!


Kiedyś w satyrycznym programie Wojciecha Mana i Krzysztofa Materny panowie zaimprowizowali wywiad ze słynnym psychologiem dziecięcym i zadali mu pytanie "czy bić dzieci?" Ironia samej formy oczywiście podpowiadała, że całość będzie satyrą na tę tematykę. Podobnie traktuję tytuł dany temu odcinkowi mojego tasiemca z dwójką niepełnoletnich w tle.

Ale zdarzyło mi się nakrzyczeć na młodego ostatnio raz i może powinno być tak raz na jakiś czas że robimy coś, co potem sprawia, że reflektujemy się i uczymy. 

Krzyczenie na dzieci pokazuje że jesteśmy słabi, bo podnosimy oręż, którego dziecko jeszcze nie potrafi świadomie używać. Nie twierdzę, że dzieci nie potrafią głośno się porozumiewać, bo oczywiście wiemy, że potrafią. Mówię o nakrzyczeniu na dziecko. Tego narzędzia do pewnego czasu dziecko nie zna. I niestety może się nauczyć tego od nas. 

A moment, kiedy uważamy, że dziecko zrobiło coś takiego, że musimy na nie nakrzyczeć przeważnie pojawia się wtedy kiedy coś zupełnie innego nas wyprowadza z równowagi a dziecko tylko przeleje naszą cierpliwość z wielkiej balii o jedną krople. 

Tak się stało z nami ostatnio. Miałem ciężki dzień, wróciłem do domu a Karol szalał jak zwykle, ale dla mnie tego dnia było to za wiele. Powiedziałem mu kilka razy, że źle się czuję i że proszę o łagodne traktowanie, ale te argumenty nie do końca trafiły pod już zbyt długą grzywkę mojego potomka. Rano, kiedy myślałem, że będzie trochę spokoju Karol znalazł siedem tysięcy powodów, dlaczego buty się nie zakładają, czemu na szczoteczkę nie da się nałożyć pasty i czemu zjedzenie kanapki jest niedobre tego dnia. 

Rzuciłem do szafy polar, którego nie chciał założyć i powiedziałem, że wychodzę sam. 
Zasmucił się, przecież nie zrobił właściwie niczego czego wcześniej nie robił. 
Założył potulnie polar ale miał złą minę. 
przepraszam, nie chciałem na Ciebie krzyknąć. Mam zły dzień i po prostu się zdenerwowałem. Nie na Ciebie. 
Jestem zły - odpowiedział. 
Jeszcze raz Cię przepraszam. 
Nastała chwila ciszy. Winda szumiała, pani powiedziała, że jazda do dołu, potem dźwięk otwierania windy. Cisza. Ruszyłem do wyjścia. Karol za mną. Powiedział po cichu, że musi pomyśleć. Kilka kroków do drzwi garażu. 

No dobra, nic się takiego nie stało. 
Dziękuję. 
Ja też przepraszam. 
Poszliśmy spokojnie do samochodu. Nie wiem, czy zrozumiał za co mnie przeprosił czy tylko odpowiedział to co ja. Właściwie nie musiał mnie przepraszać, bo to mnie się ulało. Na niego. 

A potem dwaj kumple ruszyli do przedszkola jak zwykle. Karol na przednim siedzeniu. 

Nauczyłem się, że mogę go skrzywdzić jeżeli dostanie ode mnie słowem, na które nie zasłużył. Z resztą tak jest też z dużymi ludźmi, tylko reakcje są bardziej dorosłe wtedy. To kolejna ważna nauka. 

Więc tak, NAKRZYCZ na dziecko, jeżeli chcesz się na własnej skórze przekonać, że lepiej własne frustracje trawić pod własnym sufitem. Chyba, że już o tym wiesz - wtedy wiesz, że tytuł posta jest zaczepnie przewrotny. 

Źródło zdjęcia  http://www.wsj.com/articles/SB10001424052702304691904579348773978001590

piątek, 13 maja 2016

POBIERANIE KRWI



źródło: http://www.click.ro/utile/femei/grupa-sangvina-iti-spune-cum-poti-face-fata-stresului-si-cat-de-fertila-esti


Wiedziałem że nie będzie łatwo, ale nie sadziłem że tak wiele przy tym będzie dyskusji i emocji. 
Wszystko zaczęło się wizytą Karola u doktora, który stwierdził iż należy zrobić komplet badań. Nic się wielkiego nie działo, ale z racji na fakt, iż pełnej morfologii młody nigdy nie miał robionej sympatyczny lekarz zalecił to badanie. Na szczęście dziś dostęp do medycyny mamy taki, że pełna morfologia jest w stanie powiedzieć dużo więcej niż obserwacje przez miesiąc - a do tego można dostać wyniki po dwóch dniach więc cieszy fakt że żyjemy dziś, a nie 100 lat temu. 

Karol zadziwiająco delikatnie podszedł do samego faktu, iż będzie musiał oddać krew. Będąc w przychodni dnia poprzedzającego pokazałem mu gabinet pobraniowy, pani pielęgniarka powiedziała dzień dobry i umówiliśmy się na rano. 

Rano z radością przedszkolaka, którego kolejny dzień zabaw i radości czekał w jego grupie wyszedł Karol z domu i po drodze, zgodnie z planem zdecydowaliśmy się wstąpić do przychodni. 

Kiedy już dotarliśmy tam, Karol się zmienił. Schował się za ścianą i nie chciał wejść do gabinetu. Wziąłem go na ręce, żeby zachęcić do wejścia i żeby dyskusji nie prowadzić na korytarzu. 

Widać było jak bardzo jest spięty faktem, że Pani będzie musiała mu wbić igłę w rękę. Nie powiedziałem mu, że nie będzie bolało tylko że poczuje ukłucie i pewnie trochę zaszczypie. Żeby mu się zrobiło raźniej, a widziałem już w jego oczach zwątpienie, poprosiłem Panią aby pobrała najpierw krew ode mnie. Trochę żeby oswoić młodego z całą procedura. Sam nie robiłem dawno morfologii, więc badanie się przyda - pomyślałem. 
- I widzisz? Jakoś przeszedłem przez to. Trochę zaszczypało, ale już po wszystkim - powiedziałem do syna, a on nawet się uśmiechnął
- Tata, nie chcę żeby Pani mi wbijała igłę.
- Rozumiem, ale musimy to zrobić, bo ważne jest to żebyś był zdrowy - odpowiedziałem, ale już wtedy wiedziałem, że Karol jeszcze nie jest gotowy. Że za mało mu opowiedziałem i za mało wie co się wydarzy. 

Nie zdawał sobie sprawy z tego też, że finalnie krew BĘDZIE musiała zostać pobrana, nawet jeżeli będę go musiał potrzymać i usztywnić na tyle, żeby zabieg przeprowadzić bezpiecznie. Widziałem jak bardzo boi się tego, iż może nastąpić taka sytuacji że zmuszę go do tego, czego on nie oswoił, że niejako ten który powinien stanąć na straży jego bezpieczeństwa zdradzi i pozwoli na zrobienie czego on nie chce. Nie zależnie od tego czy to jest finalnie dobre czy złe dla zdrowia. Ważne jest to, że następuje inwazja, przed którą nie ma do kogo uciec. Zdecydowałem, że potrzebujemy jeszcze jednego wieczoru na rozmowę i na przekształcenie tego frontu przeciwko niemu na sytuację, którą możemy przejść razem. A nie przeciwko sobie. 

Podziękowałem i przeprosiłem Panią pielęgniarkę za czas, który poświęciła nam a następnie wyszliśmy do przedszkola. 

Wieczorem rozmawialiśmy rodzinnie o tej sytuacji i zdecydowaliśmy, że może to kwestia tego, że mama powinna być przy nim a nie Tata i że następna próba będzie w tandemie damsko męskim. Ja poszedłem do pracy a mama z synem poszli na pobranie. Nie udało się z tych samych powodów. Strach w jego oczach i desperacja aby do ukłucia nie doszło były zbyt niebezpieczne aby go zmuszać. Zdecydowałem się wdrożyć plan b. 
- Karol, jutro pójdziemy i pobierzemy krew. 
- Dobrze - powiedział Karol, co potraktowałem jako dobry start, choć dnia pierwszego też tak mówił. 
- Ale jutro będziesz miał dwa wyjścia. Pierwsze - dasz Pani sam pobrać, albo będę Cię musiał mocno przytulić do siebie i trochę zablokować, żebyś był bezpieczny. Będziemy blisko razem i jakby coś się naprawdę złego działo to będę obok Ciebie i mi powiesz
- Myślę, że dam radę sam. 
- Super, wtedy za taką dzielną postawę należy Ci się porządna nagroda. Może to być nawet wóz straży pożarnej, 
- A co, jak będziesz mnie trzymał?
- To pewnie wóz już nie byłby tak oczywisty. Wręcz to ja powinienem sobie kupić jakąś nagrodę. 
- Wóz?
- Chyba nie. Raczej coś innego. 
- To ja sam dam Pani rączkę - odpowiedział Karol. 

Wiedziałem, że będzie mu ciężko, ale chodziło mi o to, żeby wiedział że ma dwie opcje i że krew musi zostać pobrana. Ta druga opcja nie miała być siłowym przymuszeniem do tego, aby Pani zrobiła mu coś złego, tylko przyłączeniem się do czegoś co dla niego jest trudne, byciem razem i blisko w sytuacji kiedy dziecko myśli, że ktoś chce wyrządzić mu krzywdę. Odwrócenie układu było kluczowe do tego, żeby Karol tę krew oddał. Bo tego dnia udało nam się w końcu. 

Trwało to wszystko może 10 minut. Opór był, ale kiedy go mocno przytuliłem i powiedziałem, że jestem blisko i że nic złego się nie dzieje i że będziemy razem przez to przechodzić poczułem mniejsze napięcie, choć nadal prosił żeby już kończyć. Nie wściekał się, tylko naturalnie, trochę przez płacz komunikował, że chciałby już sprawę zamknąć. Najgorsze było to, że z przedramienia nie udało się pobrać wystarczającej ilości krwi, więc Pani pielęgniarka musiała zrobić drugie nakłucie w wierzch dłoni. 

Bardzo mu się to nie spodobało ale wtulił się i już trochę jakby luźniej, poproszony odkaszlnął kilka razy oraz policzył ostatnie dziesięć sekund pobierania. 
- dzielny rycerzu, policzymy razem i kończymy, ok? - powiedziała przemiła Pani pielęgniarka trzymając igłę wbitą w dłoń Karola
- Ok.
- Do ilu umiesz liczyć?
- Do jednego - odpowiedział przytomnie Karol, choć głosik mu się łamał. 
- A do dziesięciu?
- Do dziesięciu też umiem - odpowiedział i szybko zaczął liczyć, żeby już się wszystko skończyło.

Wszystko się zakończyło pomyślnie. Karol nie płakał kiedy nalepiano drugi plasterek z opatrunkiem, uśmiechnął się kiedy dostał nalepkę z wizerunkiem żyrafki i napisem "dzielny pacjent" a po wyjściu z gabinetu wyglądał jakby nigdy nic się nie stało. 

Mamie opowiedział, że Pani wbiła mu igłę dwa razy, bo na górze nie leciała krew i że prawie w ogóle nie płakał. Zracjonalizował sobie wszystko tak, że wspomnienie wizyty jest dla niego teraz zwykłą opowieścią. Był naprawdę dzielny i widać było że naprawdę się bał. Być może nawet już się tak nie boi, choć kolejna wizyta pokaże jaki efekt miały trzydniowe zabiegi.

Kiedy przeglądaliśmy internet pod kątem zdjęć z gabinetu i laboratorium badania krwi z Karolem (aby przed drugą wizytą opowiedzieć mu co się dzieje z krwią potem, kiedy już zostanie pobrana) trafiliśmy na jakieś forum, gdzie jedna z mam miała podobne doświadczenie co ja, przeraziła mnie ilość takich samych odpowiedzi pod jej postem. Odpowiedzi sugerujących, że trzeba złapać z zaskoczenia, unieruchomić i że matka się zbyt z dzieckiem cacka, że gówniarz nie powinien rządzić, że krew pobierać trzeba i tyle. Na końcu wszystkich "dobrych rad" znalazłem jedno zdanie autorki posta, w którym stwierdziła iż żałuje, że zadała publicznie pytanie co zrobić aby przejść przez pobieranie krwi z dzieckiem. Wtedy jeszcze nie widziałem co napisać, bo sam szukałem wyjścia z sytuacji. Dziś już wiem i wiem też, że wypowiedzi osób pod postem tej dziewczyny były świadectwem tego, że niektórzy rodzice mają wiele do zrobienia w dziedzinie empatii i bardziej dojrzałego podejścia do własnych dzieci. 

Być może są lepsze metody niż moja. Bo rzeczywiście zajęła nam ona 3 dni. Oczywiście komfort sytuacji polegał na tym, że mieliśmy do dyspozycji te 3 dni, bo nie było to badanie na cito tylko rutynowa procedura. Ale ufam, że posłuchanie tego, co do przekazania miał mi mój syn nie tylko nie spowoduje, że będzie nami rządził ale pokaże mu, że dyskusja i argumentacja w sprawach nawet wydających się skrajnie inwazyjnych jest lepsza niż atak na nieświadomą bezbronność dziecka. Nawet w obiektywnie słusznej sprawie. 

czwartek, 5 maja 2016

ODDALANIE


Trzeba dbać o to żeby się nie oddalać. Od osób, których bliskość jest nam potrzebna.



I chodzi mi o dbanie aktywne, to znaczy takie które można zmierzyć i skwantyfikować. Jeżeli czuję, że oddaliłem się na milimetr od stanu z wczoraj a zależy mi żeby tak nie było, muszę następnego dnia przysunąć się o dwa milimetry.

to bardzo mało - mówi w takich wypadkach, Karol, który uczy się oceniać co jest dużo a co nie. Rzeczywiście to niewiele i w sumie można nic z tym nie robić, zostawić milimetrowy dystans i pomysleć, że przecież przez milimetrową szczelinę nie wiele może się zmienić.
Ale kiedy wyobrażam sobie, ile wody może ulać się przez milimetrową szparę w tamie pełnej wody, to natychmiast mam chęć załatać każdy mikron odstępu.

Teoretycznie.

Bo czasem zapominam o tym co jest takie ważne. Jak wszyscy, choć wcale mnie to nie usprawiedliwia. Co więcej, skoro wiem, że te drobne odstępy tak bardzo potrafią wpłynąć na relacje między bliskimi, siadam patrząc na to pod innym kątem.

Bo warto dbać i inwestować w permanentny program ulepszający, który zapewni mi to, do czego tak naprawdę chciałbym dojść.

Taki czas, kiedy na zmarszczonym czole rysował się będzie uśmiech odwzajemniony na drugim zmarszczonym czole i chęć cały czas bycia ze sobą, niezależnie od tego co naokoło. Mimo, iż nie lubię trzymania za rękę, to powolny spacer po cichej drodze ręka w rękę i ciągła fascynacja, i mimo iż taka inna niż dziś, to ważne, że taka wrośnięta w dwójkę.

Także dobre i wypowiadane z naturalnym szacunkiem słowa dzieci, które już mądrzejsze od nas idąc obok przekazują, że dobrze jest tak razem czasem się przejść. Że intensywność wspólnych spacerów w sposób naturalny się zmieniła, bo teraz są inni, których trzeba nauczyć razem się przechadzać i że gdybyśmy chcieli popatrzeć, jakie czynią postępy to drzwi stoją zawsze otworem.

Dlatego warto inwestować aktywnie, krok po kroku, codziennie w nieoddalanie się i lepienie milimetrowych szczelin od ręki. Nawet jeżeli wydaje nam się że one wcale nie powstają. Bo mylimy się, nie da się wyeliminować wpływu erozji czasu na naszą bliskość. Jak kurz, który bierze się nie wiadomo skąd tak odległości stają się po troszku większe. Przez bierne zaniedbanie, przez niechcące niewyręczenie, przez incydencjalne zapomnienie, przez chwilowe zawahanie, przez nieumyślne niepowiedzenie słów w odpowiednim momencie.

Więc chciałbym dbać więcej. Nie, będę dbał więcej.

sobota, 30 kwietnia 2016

CODZIENNIE INNA DZIEWCZYNA

Codziennie budzę się z inną dziewczyną. Codziennie zdarza się coś zupełnie nowego i zachwycającego. Na tyle pasjonującego, że jest jeszcze lepsze od dnia wczorajszego. 



Codziennie inna dziewczyna, to bardzo wymagające, bo z jednej strony mam w pamięci co się wydarzyło przedniego dnia a tu już kolejny dzień, który jest jeszcze lepszy od poprzedniego i rywalizuje o miano najlepszego w tym tygodniu. Budzę się rano i widzę jak śpi. Czekam aż się obudzi, żeby sprawdzić czym mnie zaskoczy. Codziennie inna Klara. Codziennie inna, bo codziennie dodaje jakąś niespodziankę do wachlarza swoich zachowań. 

Jestem facetem więc potrafię klarownie rozpoznać postęp dopiero po efektach, które widać. Przynajmniej tak powinno być skoro jestem facetem. I tego się będę trzymał. 

Do tej pory efekty były mniej widoczne, a może po prostu nie potrafiłem ich tak wyraźnie dostrzec jak było to u Karola. Bo już przez to przechodziłem. Wiem, że to smutne, iż nie potrafiłem tak dogłębnie przeżyć tego co się działo z Klarą od początku, że nie wszedłem w to tak głęboko jak działo się to z Karolem i być może straciłem ten czas ale teraz, kiedy widzę jak dziewczyna zaczyna stawać się pełnoprawnym i świadomym członkiem naszego małego społeczeństwa domowego zachwycam się małymi elementami. Tak jak zachwyciłem się pierwszym dłuższym spacerem naszego małego szaleństwa. 

Od kilku dni Klarson starała się podnieść i poczynić kilka kroków, ale szło jej to opornie bo cały czas wyznaczała sobie miejsce do którego chciała dojść. Jakby chodzenie miało być narzędziem do dojścia w jakieś miejsce, a nie procesem samym w sobie. Musiała nastąpić w niej mentalna zmiana, poparta kilkoma klapnięciami na pupę, żeby w końcu przekonała się, iż stawianie więcej niż siedmiu kroków ma sens taki, że można po prostu iść do przodu, potem zakręcić, nawrócić i iść dalej, nie po to żeby dojść ale po to, żeby iść. I zaczęło jej to sprawiać wielką radość. 

Tak jak wcześniej stanie bez trzymanki. Co było bardzo komiczne, bo za każdym razem jak jej się to udało klaskaliśmy w dłonie. To natomiast powodowało u niej salwy śmiechu oraz machanie rączkami - jakby chciała klaskać z nami a jednocześnie merdać jak pies ogonem. 

Klara się wiec spionizowała. Na tyle efektywnie, że teraz już właściwie przestała raczkować. To jak przejście z Windows na PCie na OS na MACu - już nigdy nie chcesz wracać to gorszych wersji. 

Chodzenie cieszy ją jak diabli. Co z reszta widać w jej oczkach, małych i niebieskich jak małe dwa chaberki. Patrzy teraz z bliższej odległości, ale nadal z dołu i domaga się wzięcia za rękę w celu małego spaceru lub po prostu wzięcia na ręce i małego przytulaka. Choć do najbardziej przytularskich nie należy. Na krótko tak, ale na dłużej to woli człapać i uczyć się walczyć z grawitacją. 

Codziennie inna. 

W kąpieli dała do zrozumienia, że rośnie z niej prawdziwa dama. Stojąc po brzuch w wodzie, która wypełniała jej kubełek, kopiując mamę nabierała troszkę wody w malutkie łapinki i podnosiła je do włosów udając że je myje. Potem to samo zrobiła z brzuchem. Będzie widać o siebie dbała w przyszłości skoro już potrafi tak uroczo się ochlapać, wiedząc doskonale że higiena ważna jest. 

Codziennie nowa umiejętność. 

Ostatnio przyszedłem do domu z pracy a jako odpowiedź na mój głos usłyszałem dziki pisk z ust mojej córeczki, potem bębniący tupot bucików o podłogę, a następnie ujrzałem uśmianą od ucha do ucha buzię niesioną na ciele kroczącym jak jakieś zombie, które podeszło do mnie i mową niewerbalną poprosiło mnie o wzięcie na ręce. Buziaka nie dało, bo chyba nie lubi całowania za bardzo, ale za nos złapało i wytarmosiło niemożebnie na przywitanie. 

Czasem się krzywi na twarzy i patrzy wnikliwe. Analizuje i widać w jej oczach, że skubaniutka wszystko rozumie tylko jeszcze nie potrafi odpowiedniego dać rzeczy słowa. 

Niedawno łaziła za mną jak cień, a ja przygotowywałem strawę jakąś na wieczór więc powiedziałem jej, żeby poszła sobie do łazienki i popatrzyła jak się suszarka do bielizny kręci. Podkreśliłem słowo "kreci" takim ruchem jaki każdy rodzic o zapędach teatralnych próbuje wykonać przy deklamacji wiersza o lokomotywie w części gdy opisuje moment ruszania i przyspieszania maszyny. Mówiłem powoli i wyraźnie więc dziecko się odkręciło i poszło w stronę przedpokoju. Potem skręciło do łazienki i stanęło na wysokości bębna. Moje polecenie miało być żartem, stąd też trochę aktorskie ruchy i zbyt wolna wymowa, ale okazało się że to córka zrobiła z tata wariata i wykonała polecenie bezbłędnie. 

Muszę uważać co jej zlecam teraz, bo potem nie będzie odwrotu - słowo się rzekło. 

Tak to właśnie spędzam czas z moja dziewczyną. Codziennie inną i zachwycającą. 

poniedziałek, 1 lutego 2016

PRZEMYŚLENIA POŚWIĄTECZNE - To będzie bardzo ciekawy rok.



Klara weszła w Wigilię przy meblach, bo właśnie tak się przemieszcza po pokoju. Łapki na wszystko co jest Jej wysokości i do przodu a raczej w bok. Na czworakach biega szybko, więc chowanie się przed Nią jest już coraz trudniejsze. Na głowie ma śmieszną kitkę sterczącą jak
światłowody w kiedyś dostępnych w sklepach lampach o różnych kolorach. Taka fryzura na cebulę. 

Z opóźnionym zapłonem (około 30 sekund) na zawołanie macha ręką i mówi do tego „PAPA” co jest urocze i nareszcie daje poczucie, że mamy interakcje. Bo ja tak trochę na skróty poszedłem z Klarą. Chciałem, żeby Ona od razu chodziła i gadała a nie wszystko od początku. A to nie tak powinno być. Wiem to, ale trudno jakoś tak od początku zachwycać się tym co nie nowe już. Cudowne, ale nie nowe. A mówienie i machanie rączką jest już całkowicie Jej. I znów tak jak z Karolem będę się uczył Jej języka, Jej gestów i chęci. Ten rok był szybki na szczęście i drugi będzie tym, czego na dzień dzisiejszy potrzebuję. Tandem Karola i Klary będzie zajmował mi jeszcze więcej czasu niż wcześniej, czasu który tak chętnie podzielę między nich żonę,
pracę, hobby. I tak poskładam, żeby dla wszystkich starczyło i było pysznie. 

Jestem zachwycony perspektywą nowego roku. Tyle się wydarzy dobrego, że nie będę miał gdzie tego pomieścić. Już się nie mogę doczekać. 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

PRZEMYŚLENIA POŚWIĄTECZNE - Przyjaźń i takie tam ważne sprawy



Karol ceni sobie przyjaźń. Czasem mówi do Klary – Kocham Cię moja przyjaciółko, a czasem mówi mi rano, że nie mógł się ułożyć do snu, bo Klara płakała nie dawała mu spać. I nadal jest jego przyjaciółką, mimo iż ostatnio zrzuciła mu długo budowaną remizę strażacką z
klocków lego. 

Ta przyjaźń między nimi jest czymś niesamowitym, bo dla Niej On już był kiedy się pojawiła więc jest jakby dobrodziejstwem inwentarza, ale dla Niego Ona jest niejako konkurencją,  zagrożeniem układu a jednak potrafi tak ładnie o Niej powiedzieć. Przed nimi jeszcze długa droga relacji, ale myślę sobie że taki początek dobrze rokuje. 

Ona jest bardzo radosnym dzieckiem i zastanawiam się, czy to kwestia genów jakie im przekazaliśmy czy naszego usposobienia do życia. Zapewne to mieszanka tych dwóch elementów, ale czasem jak patrzę na Jej uśmiech, który rozciąga się wręcz od ucha do ucha to zazdroszczę sobie że robimy takie fajne dzieci. Bez krztyny zadufania w tym wypadku, bo tu to biologia jest odpowiedzialna za taki układ ale ponieważ całe życie wierzę w to, że radosnym ludziom jest zwyczajnie łatwiej, recepta ta prawdopodobnie sprawdza się oczywiście i w tym wypadku. 

A ta radość z posiadania zdrowych i radosnych dzieci, fantastycznej kobiety przy boku i ludzi, którzy o nas dbają w drugim rzędzie jest wartością tak wielką, że zupełnie nie widoczną z bliska i trochę przez to niedocenianą. 

Dlatego są Święta. Żeby spojrzeć na to dobro z perspektywy szerszej i zobaczenie, że to wszystko dobre co nas otacza jest najważniejsze i ma ogromne znaczenie. 

Nie przeżywam Świąt w wymiarze duchowym tak jak w naszym kręgu kulturowym się to robi. Chciałem powiedzieć jak się powinno, ale właśnie dlatego nie przeżywam tego tak jak inni. Ważne jest dla mnie, żeby zanurzyć synapsy w lekkiej zadumie, popatrzeć na to co się udało, co się nie udało, przeżyć emocje całego roku w pozytywny pakiet, który da mi pęd na przyszły rok.

Śpiewam kolędy, choć trochę mnie to krępuje. Choć właściwie wspólne śpiewanie jest przyjemne. Z resztą jestem ekstrawertykiem scenicznym stąd dziwne byłoby gdybym nie lubił śpiewać. Mimo iż o zabarwieniu religijnym to jednak mają dziecinne konotacje i przyjemnie się w tych wspomnieniach odnajduję. Jednak kiedy „wypada” zaśpiewać dziesiątą zwrotkę
Przybieżeli, to włącza mi się coś, co nazywam czujnikiem nieracjonalizmu, czyli takim progiem zanurzenia się w pewien ekstremizm, kiedy patrząc na to trzeźwym okiem należy przestać i wrócić do komfortowego poczucia, że nie zostanę zaszufladkowany tam, gdzie nie chciałbym być. 

W perspektywie dzieci to trudne do wytłumaczenia. Bo jak powiedzieć dziecku, że dobrze jest być sobą i nie robić rzeczy, których się nie chce robić. A za godzinę zabraniać dziecku zrobić
czegoś co uznajemy za niestosowne (w naszym mniemaniu, a bynajmniej nie w mniemaniu dziecka). Jak powiedzieć, dlaczego nasze widzimisia powodują takie a nie inne zachowanie. Czy nasza pewnego rodzaju konsekwencja jest dla dzieci widoczną niekonsekwencją?  Bo nie robimy
czegoś przez swoje przekonania, co jest uznawane za kanon społeczny. Jesteśmy
trochę inni, ale wiemy, co przez to mamy lub czego nie mamy. A dzieci tego jeszcze zupełnie nie rozumieją. 

Bycie trochę innym stanowi dla mnie wartość. Kiedy byłem młodszy miałem z tego powodu zmartwienia, ale dziś wiem, że ten bagaż mnie ubogaca a nie ciąży. Jak to rozegrają dzieci? 

Na razie idą błyskawicą do przodu i na poziomie świadomym nie widzą, że Tata ma swoje dziwne przyzwyczajenia. Kiedyś zobaczą i jak zaczną pytać to trzeba będzie powiedzieć prawdę. 

CDN. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

PRZEMYŚLENIA POŚWIĄTECZNE



To taka pierwsza Wigilia, kiedy w komplecie z dwójką dzieci zaczęliśmy świętowanie z rodziną w pełnym, przynajmniej jak na ten czas składzie. 

Poprzednia Wigilia była bardzo inna i prawdopodobnie już nigdy tak nie będzie dane nam jej przejść. Bo Klara, która urodziła się dokładnie rok przed tegoroczną Wigilią zamieszała nam czas tak dokładnie, że trudno mówić o normalnych Świętach. A może właśnie te Święta były normalne bo w końcu obchodzi się rocznicę urodzin, a to wydarzenie dotknęło nas w zeszłym roku bardzo osobiście. 

Narodziny Klary uzmysłowiły mi, że teraz sytuacja jest zupełnie inna, niż było to w przypadku, kiedy przyszedł do nas Karol. Dla niego uniwersum miało cztery nogi i cztery ręce a dla Niej ewidentnie otoczenie składało się z trzech osób. Bo Karol równoważnie ze mną i mamą ma bardzo silny wpływ na rozwój małej Klary i udowadnia niniejszym, że nie trzeba być dużym, żeby kogoś czegoś nauczyć. Wcześniej już zdałem sobie sprawę, że Nas – rodziców może nauczyć wiele, ale my jesteśmy świadomi tego faktu i chętnie się temu niejako nastawiamy. Ona  natomiast ma dopiero 12 miesięcy i jeszcze długo, długo nie będzie miała takiej świadomości jak my. A On, niczego sobie nie robiąc z tego faktu nieświadomie pokazuje jej jak szybko być dzieckiem i czerpać z tego stanu całą wielką radość, uczy Ją np. wygłupów i krzyków podczas gonitwy, uczy Ją przytulasów, uczy Ją siedzieć razem i czytać książkę z obrazkami, uczy Ją jak chlapać w wanience wodą po oczach, uczy jak walić młotkiem po kanapie, pokazuje jak dzielnie przejść przez inhalację, a także jak się głośno śmiać albo płakać. Wszystkiego tego my Jej nie nauczymy. Tylko On.

Mamy więc kompletną rodzinę, która uzupełniona nową krwią samouczy się i doskonali połączenia pomiędzy członkami. Siedzę sobie czasem w kąciku i obserwuje niczym zazdrosny sąsiad jak dzieci tworzą swój własny świat i jak powstają między nimi sytuacje gruntowane emocjami. Czasem mniej czasem bardziej pozytywnymi. 

A Święta są takim czasem, że człowiek patrzy sobie trochę w przeszłość i stara się podsumować to wszystko co mu w danym roku wyszło, żeby potem przy dzieleniu się opłatkiem z  najważniejszymi wiedzieć tak dogłębnie czego im życzyć. 

-      Tato, życzę Ci, żebyś miał dużo kolegów i dużo przyjaciół – powiedział Karol do mnie, kiedy łamaliśmy się wigilijnym chlebem. 

-      A jak Synku życzę Ci, żebyśmy zawsze mogli tak się łamać jak dziś. I jeszcze powiem Ci, że Cię bardzo kocham – odpowiedziałem szybko, bo Jego życzenia mnie na tyle zaskoczyły, że musiałem natychmiast schować je do pamięci podręcznej, żeby zaraz je przetrawić na spokojnie. 

-      Wiem, ja też Cię kocham tato – odparł naturalnie. To WIEM nie było niczym co świadczyło by o jego zuchwalstwie czy zbyt dużej pewności siebie. On po prostu wie co znaczy kochać i doskonale sobie zdaje sprawę, że go z Mamą bardzo kochamy. Tak zwyczajnie i nadzwyczajnie

Dużo przyjaciół i kolegów. To jest dla Niego w tym roku ważne. Mnogość osób, z którymi lubi się bawić, które go akceptują, które się z Nim wygłupiają i których za kilka lat nie będzie pamiętał. A jednak to dla Niego ważne. A czy dla nas ważna jest przyjaźń? Myślę, że tak, a czy wyrośliśmy ze wstydu powiedzenia do kogoś, że jest naszym przyjacielem? Tu nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że potrafię, choć oczywiście miałbym komu to powiedzieć. I nie mówię o synu, na którego przyjaźń muszę jeszcze zapracować. Z drugiej strony, czy trzeba dla facetów coś nazywać, żeby było? Niby tak, ale.. To chyba temat na całkiem inny, dość chyba długi post.

CDN

piątek, 13 listopada 2015

KAROL W JAPONII - Targ rybny w Tokio


Mówi się, że targ rybny w Tokio to największy bazar z płetwalami na świecie. Prawie codziennie rano rusza gigantyczna maszyna, która podobno generuje kilkanaście milionów dolarów dziennie. Wszystko zaczyna się o jeszcze wcześnie w nocy, kiedy z wielkich i zionących suchą para chłodni wyjeżdżają pozamrażane na kość ciała tuńczyków. Specjalnie nazywam je ciałami, bo wielkościowo przypominają wielkich, brzuchatych chłopów, których bezruch jest na początku niepokojący. Szron jaki zbiera się na powierzchni tych niemych świadków walki pomiędzy człowiekiem a fauną morską, świadczy o tym, że są zmrożone naprawdę głęboko. 




Japonia tuńczykiem stoi, jest to jeden z najmocniejszych krajów jeżeli chodzi o tę rybę, więc nie dziwne że tutejsi specjaliści mają fach w ręku i o tuńczyku wiedzą wszystko. Dlatego targ zaczyna się licytacją ogromnych ciał tuńczyków, w której ludzie, którzy nie wyglądający absolutnie na specjalistów, sprawdzają jakość mięsa, oglądają jego przezroczystość, konsystencję, zapach i smak odłupując drobne kawałki czerwonego jak wołowina mięsa. Faceci w przybrudnych spodniach, wyglądający jak zwykli rybacy wyrywają z głęboko mrożonych cielsk drobne fragmenty, prześwietlają je latarkami i czynią swoje notatki na małych karteczkach. 


Następnie, kiedy każdy z rybnych brokerów ma już upatrzone swoje kościste zwłoki zaczyna się handel. Fabryczna hala nagle zamienia się w giełdę papierów wartościowych, człowiek w gumowych spodniach, jakby był to najlepiej skrojony u nowojorskiego krawca garnitur, wchodzi na spiętrzone palety i zaczyna szybko krzyczeć. Biznesmeni pachnący tranem podnoszą tylko rękę i w ciągu kilku sekund zamrożona do -30 stopni masa tuńczykowego mięsa bez ogona zmienia właściciela, co jest zaznaczane czarnym pisakiem po pokrytej lodowym lukrem powierzchni grzbietu ryby. Każda z nich waży nawet 200 kg, więc podczas takiej licytacji sprzedanych może być nawet 20 ton mięsa. A jest szansa, że nie doceniłem wielkość hali i całego przedsięwzięcia. 

Prędkość tego procesu oraz brak znajomości języka powodowała, że nie wiedziałem, czy już właśnie został jakiś tuńczyk sprzedany, czy jeszcze nie, ale zwinność z jaką drugi z prowadzących pisał coś na rybach świadczyła o tym, że jedna transakcja trwała 3-4 sekundy. 




Tuńczyki miały różne rodowody. Australijskie lub lokalne. Nam było to trudno rozpoznać, bo widzieliśmy takie wielkie ryby drugi raz w życiu, ale byli wśród nas Japończycy, których potrafili odczytać znaki na rybach i mówili, że ten jest z okolic Chin, a tamten z Nowej Zelandii. 

Żeby zobaczyć tę licytacje, trzeba się zapisać w kolejkę i niestety, mimo że Japonia to kraj bardzo zaawansowany technicznie nie można tego zrobić online i trzeba się zgłosić przed rozpoczęciem licytacji. Kto pierwszy ten lepszy. W praktyce pierwszego dnia, kiedy przyjechaliśmy pod drzwi o godzinie 4:10 - miejsc już nie było. A dziennie taką licytacje może obejrzeć tylko 120 osób. I biorąc pod uwagę, że Japończycy są dość dużymi służbistami, to sto dwadzieścia i ani pół więcej. Drugiego dnia byliśmy za piętnaście trzecia - udało się zając kolejkę. 

Zerwanie się o drugiej w nocy jednak się opłaca, bo sama licytacja to jedno, a potem można pójść zobaczyć co się z tymi ogromnymi rybami się dzieje. W ruch idą piły pionowe, jak do cięcia drewna i z mięsa wykrawa się kostki, które tem wkłada się do zamrażarki. Nad targiem unosi się dym z suchego lodu, który zapewnia swieżość tuńczyków żółto- lub błękitno- płetwych. Kostki te potem lądują w restauracjach w Japonii ale także na całymi świecie. Do sushi używa się także świeżego mięsa, ale oczywiście transport musi być szybszy przez co zasięg świeżyzny jest zupełnie inny. I takiego typu sushi jest oczywiście droższe. 

Warto zobaczyć także sam targ pod kątem innych ryb, ośmiornic i innych morskich potworów. Karola fascynowało jak się zabija ryby, jak im się ucina ogony czy głowy i musieliśmy mu wytłumaczyć czemu zabijamy zwierzęta, żeby móc je zjeść. Nie miał do tego podejścia ideologicznego, ale powiedział, że trenerom tych ryb to będzie smutno kiedy one zginą. 

Mimo tego, że obudził się o 3 w nocy był dzielny i zakrywając cały czas nos ręką (mówił, że brzydko pachnie) obejrzał z nami jak to z tymi tuńczykami jest. 
Potem nam trochę energia spadła, więc polecamy odwiedzić zaraz po targu tokijski ONSEN, w którym są maty i pokoje rekreacyjne w których bez krępacji można się przespać, a baseny zapraszają aby się w nich wykąpać. Więc dzień jest długi, ale warty zerwania się o chorej porze. 

I to koniec. Potem wróciliśmy do Warszawy. 














wtorek, 27 października 2015

KAROL W JAPONII - ludzie są tu bardzo mili.


- Sorri, you left your ticket on the table - krzyczała za mną przesympatyczna kelnerka, kiedy wychodząc z restauracji z obłędnie dobrym sushi w Hiroshimie obejrzałem się za siebie na chwilę. Zostawiłem wykorzystany autobusowy bilet trzydniowy na tacce obok talerza, gdyż w Japonii strasznie mało jest śmietników publicznych i cały czas ma człowiek wypełnione kieszenie jakimiś świstkami ze sklepu albo korkami od picia. 
- Arigato - podziękowałem po japońsku otrzymując bilet, z którym się już pożegnałem i nawet ucieszyłem, że tak sprytnie udało mi się go pozbyć. 
Nie pierwszy raz widziałem, jak kelnerzy wybiegali za gośćmi, gdyż Ci zostawili coś na stole. Z tym że tamci zostawiali to niechcący. 

Japończycy wydają się bardzo uprzejmi. Uśmiechają się, odpowiadają, nawet jak nie potrafią powiedzieć za wiele do angielsku i chętnie pomagają. Oczywiście w dużych miastach jest inaczej ze znajomością podstawowych słów w obcym języku, ale gdzie byśmy nie byli nie zdarzyło się nam, żeby zapytana na ulicy osoba nie potrafiła odpowiedzieć na nasze proste pytanie - przeważnie o drogę. 

Japonia ma większość drogowskazów także w transkrypcji angielskiej, więc nazwy wymawiając po japońsku zawsze ktoś zrozumie. Na przykład, że chcemy iść do świątyni czy do muzeum. I chętnie pomoże. 

Dziecko także łamie lody, bo wielokrotnie usłyszeliśmy, że nasz Karol jest taki ładny i taki fajny. Co jest oczywiste, bo jest blondynem i ma 4 lata - a taka opcja w Japonii nie jest na każdym roku ulicy do spotkania. Choć turystów z dziećmi jest tu więcej niż się spodziewałem. Mowię o turystach z Europy lub Ameryk, bo azjatyckich nie potrafię odróżnić od lokalnych. 

Zdaje sobie sprawę, że głęboko w Japończykach może drzemać myśl o tym, że jesteśmy obcy, ale jeżeli tak jest (czytałem o tym nastawieniu gdzieś w jakiejś książce) to absolutnie tego nie widać. Dziękowanie za coś drugiej osobie jest wielokrotne, na tyle wielokrotne, ze aż czasem męczące, ukłony przy tym są normalnością, a podawanie większości wartościowych elementów (wizytówki, pieniądze, rachunki, karty kredytowe ) odbywa się dwoma rękoma patrząc osobie głęboko w oczy. Zastanawiałem się nawet, czy fakt że sam podaję banknoty jedną ręką trzymając je między palcem wskazującym a serdecznym, nie jest jest dla nich zbyt nonszalanckie i nieuprzejme. Ale jakoś się nie mogę przełamać i podawać banknotu dwoma rękoma. 

Uśmiech i sympatia idą w parze z szybkim nawiązywaniu kontaktów. 

- Charlie sleep - powiedział szef kuchni, który robił właśnie kolejne sashimi z tuńczyka 
- Yes, very tired - odpowiedziałem prostym językiem, aby kucharz, przy kości jegomość o zmarszczonym od uśmiechów czole, zrozumiał ze Karol śpi bo cały dzień z nami wędrował i padł jak suseł. 
- Sleep, sleep, hahahah. Very good - uśmiechnął się szeroko i powtórzył te słowa które znał. - siupama, siupama - patrzył na mnie i uśmiechał się do mnie szeroko - siupama! Hahaha - uśmiał się do rozpuku a potem zakrzyknął coś do innych kucharzy i do kelnerek - Karimaska, haj - a oni głośno odpowiedzieli mu tym samym. Przynajmniej tak to brzmiało w dla moich uszu. 

- Siupama - spojrzał na mnie i pokazał palcem na moją koszulkę na której widniało logo filmu opowiadającym o superbohaterze z nadprzyrodzoną mocą, który bał się metalu o nazwie Kryptonit. 

- Oh, superman! I'm a superman, yes! - poczułem się jak postać grana przez Billa Murrey'a w "między słowami" kiedy japoński reżyser poprosił go o naśladowanie jednego z aktorów - lodziamu, lodziamu (przyp.red. Chodziło o Rogera Moore'a)

- Yes, siupama, hahaha - rozbawiony dobrą rozmową wrócił do krojenia łososia. A porcje robił przepyszne. 


I tak to właśnie jest w Japonii. Bez spinania się, bez kompleksów. Sympatia wystarcza za tysiąc słów, gest wystarcza za zdanie a uśmiech czasem za całą złożoną podrzędnie wypowiedź. Dobrze się tu człowiek czuje. 



KAROL W JAPONII - Japonia nie jest taka droga


Myśleliśmy, że podróżowanie po Japonii będzie bardzo drogie, ale okazuje się, że można tu spędzić nie płacąc strasznie dużo. Garść danych na ten temat. 

Zakwaterowanie. To może być droga impreza, bo ceny hoteli są mniej więcej jak w Europie. Warto zajrzeć do motelu kapsułowego, ale tam trzeba wcześniej rezerwować miejsca. booking.com to tez dobra opcja bo w większości wypadków można odwołać rezerwacje nie płacąc za taką opcję. 

Najtańszym rozwiązaniem jest CouchSurfing, ale w naszym wypadku nie zadziałało to wcale, gdyż pani przestała się do nas odzywać na dwa tygodnie przed przyjazdem. Ale ewidentne mieszkanie u kogoś jest przyjemne, nie tylko ze względu na koszty ale także dlatego, że poznaje się lokalną ludność. Dlatego naszą ulubioną opcją stały się pobyty dzięki airbnb.com, gdzie płacąc około 200 zł za pokój można całkiem przyjemnie pomieszkać w wybranej przez siebie dogodnej lokalizacji. Można znaleźć też pokój za 100 zł, ale naszym wymaganiem było łóżko dodatkowe dla Karola, więc i koszt musiał wzrosnąć. 
Warto też znajdować miejsce do spania przy węzłach komunikacyjnych, aby nie używać zbyt wielu różnych opcji transportowych - to podnosi koszt pobytu. 

Transport. Będąc tu dwa tygodnie opłaca się kupić JR pass (około 1400 zł za osobę za dwa tygodnie) - bilet upoważniający do podróży szybkimi pociągami między dużymi miastami oraz wszystkimi innymi o liniami, które są ze stajni wszystkie należą do tego narodowego przewoźnika, więc warto sprawdzić, czy trasa jest obsługiwana przez tego czy innego operatora. 
To samo tyczy się metra w Tokio. Jedna lini - Yamamoto - to kolejka naziemna, która nasza przepustka obsługuje, reszta to linie metra - trzeba za nie płacić w zależności od odległości. Około 4,5 -8 zł za przejazd. Na lotnisko (Narita) można pojechać szybką kolejką - N'EX. Wszystko to w ramach biletu JR PASS. Promesę przepustki należy kupić przez wyjazdem, bo w Japonii nie ma możliwości kupienia tych bardzo przydatnych papierków. 

Jeżeli ktoś ma plan i jednak chce bardzo dokładnie przewęszyć Tokio będzie musiał zakupić bilet na metro albo dużo chodzić. Linia Yamamoto nie obejmuje wszystkich stacji i jeżdżenie nią (fakt, że w ramach passa) powoduje dużą ilość chodzenia. Ale bez dodatkowych kosztów. 

Jedzenie. W życiu nie zjadłem tyle sushi co podczas tego wyjazdu. Ryba świeża, kucharz uśmiechnięty a ceny - dwie sztuki za około 3.50 zł. Nie tak źle. Oczywiście są droższe ale taka cena (120¥) to dobra oferta. Cenowo to nie Tajlandia ani Indie, ale tez i jakość jedzenia jest rewelacyjna. Dobra ofertą jest też zupa z kluskami Udon - około 15 zł (500¥) - idealna nawet na duży głód. Kluski są pożywne a zupa supersmaczna. 
Street food jest wszędzie i dobrej jakości, ale sushi wymaga czystości przygotowania, wiec rekomendujemy restauracje. Jest ich bardzo dużo i zawsze wystawiają to, co można u nich kupić na zewnątrz, więc zanim kupimy patrzymy i wiemy co będzie grane. 
Okonomiyaki - smażony placek z rożnego rodzaju wypełnieniem (mięso, kluski, warzywa etc) można kupić już za 700¥ (około 20zł) i śmiało można się jednym najeść. To bardziej na południu Japonii, ale w Tokio spokojnie da się też to dostać. 

Poza tym jest dużo kuchni koreańskiej (dość tłusto, ale smacznie) chińskiej w chinatown (dobra opcja, bo tanie świeże). 

Drogie są europejskie elementy takie jak bagietki, chleb, ciastka - jeżeli się ich wyrzekniemy - nie powinno być tak drogo a jednak nadal bardzo smacznie i aromatycznie.

Jeszcze kwestia kawy - Japończycy piją kawę i normalnie w kawiarni kosztuje ona tyle co w Polsce - czyli od 13 do 17 zł. Ale we wszędobylskiej sieci Seven-Eleven można czarną dużą kawę kupić za około 5 zł. Należy powiedzieć przy kasie, że chce się kupić ciepłą, bo inaczej dostanie się mrożoną i jak ktoś nieprzyzwyczajony to nawet będzie musiał kupić drugą. 

Opcją kawowa numer dwa jest zakupienie w automacie z rzędu czerwonego (czyli gorące napoje) aluminiowej butelki z kawą już zrobioną. W smaku jest całkowite przyjemna i kosztuje 140¥ (4,70zł). 

A można nie pić kawy, tylko wodę. Jest często za darmo z wodopojów publicznych z małymi kranikami i mając bidon sportowy, naładować go można całkiem dobrym wsadem za dokładnie 0 ¥. 

Te trzy elementy (spanie, jedzenie, transport) generują koszty niezbędne. Reszta to oczywiście dodatki, które mogą być bardzo drogie, ale to już zależy od podróżnika. Wejścia do parków czy potrafią kosztować nawet 1000¥ (32 zł) ale bardzo wiele rzeczy jest dostępne publicznie. Jak np toalety, które są super jakości i bardzo gęsto rozłożone po mieście. 

Japonia to Azja, ale Azja wysokiej jakości. Nie da się tu podróżować za uśmiech, ale ceny nie powalają tak jak w Europie. Planując trochę wcześniej można znaleźć dobre bilety samolotowe (poniżej 2000zł) a potem obejrzeć zachwycający kraj za warte tego pieniądze. Bo Japonia zachwyca, jest niepowtarzalna, przepiękna i bardzo bezpieczna. Za to wszystko warto zapłacić extra w porównaniu do innych krajów w regionie, bo rzeczywiście Japonia jest od reszty nieporównywalnie inna. 








sobota, 24 października 2015

KAROL W JAPONII - Rzecz o świątyniach i nowoczesności






Buddyzm w Japonii jest wyznawany przez 85% społeczeństwa ale myślę, że z buddyzmem w Japonii jest podobnie jak w Polsce z katolicyzmem. 20-30% się w to porządnie włącza a reszta deklaruje, czasem pójdzie na ślub albo chrzciny a potem robi swoje, nie koniecznie związane z  wiarą. Paradoksalnie w Japonii 90% ludzi to zdeklarowani sintoińczycy - paradoksalnie bo te dwa procenty się nie dodają, są równolegle, nakładają się na siebie i dzięki temu w Japonii można spotkać świątynie i kościoły. Kościoły należą do sekt, a świątynie do wyznawców buddyzmu. I czasem ludzie chodzą tu, czasem tam. Jak okazja wymaga. Pewnie bardzo spłaszczam to co zobaczyłem, ale rozmawiając z naszą zaprzyjaźnioną rodziną z Kyoto (z rodu Ohara - zbieżność nazwisk ze Scarlett przypadkowa) takie wrażenie odnieśliśmy. Z resztą im bardziej społeczeństwo jest uprzemysłowione i na wyższym stopniu rozwoju konsumpcji się znajduje tym bardziej marginalizowana jest funkcja wiary i kultów. Japonia wydaje się być tegoż przykładem. Mimo jej zamkniętości na inne kultury (trudno jest się zasymilować obcokrajowcom) i wydawałoby się tradycjonalizm nie widać tylu mnichów na ulicach, nie czuć religii na ulicach, tak jak w Tajlandii czy w Indiach. Świątynie są zamkniętymi tworami, robiącymi wrażenie, a jakże, ale nie wychodzą na ulice tak bardzo jak w innych krajach azjatyckich. 

W Kyoto trafiliśmy na targ wokół świątyni (tu trochę sobie zaprzeczam, gdyż akurat ta impreza była wyjściem na ulicę spoza bram świątyni, ale bardziej chodziło mi w poprzednim wersie o wychodzenie mentalne na ulicę, o widoczne życie religii wśród ludzi, pod strzechą - a targ ten był raczej bazarem wszystkiego niż obwoźną formą sprzedaży elementów praktyki kultu Buddy) dzięki któremu mogliśmy wejść na teren i zobaczyć budynki i ogród bez dużej ilości turystów. Lokalni, którzy przyszli kupić towary nie zaglądali tłumnie do środka świątyni, więc można było spokojnie popatrzeć i zobaczyć jak wyglada. Świątynie są tu drewniane, maja charakterystyczne bramy, przez które wchodzi się na teren ogrodu a potem ścieżką dochodzi się do głównej budowli, której bardzo japoński portal świadczy o tym, że zaraz będzie można wejść do wnętrza. Nie można się tam poruszać w butach, nie wolno siadać nogami w stronę Buddy a przed samym wejściem należy obmyć ręce w bieżącej wodzie oraz odymić sobie głowę trociczkami. 

Tak było w Kyoto, tak było w Narze, tak było w Himeji i we wszystkich miejscach, jakie odwiedziliśmy. A zwiedzanie Japonii to w pewnej części świątynie. Biorąc pod uwagę prostotę japońskiej szkoły projektowania - świątynie są zrobione na bogato. Rzeźby na zewnątrz, bramy, portale wejściowe, ornamentyka wewnątrz wokół Buddy oraz sam Budda - robią wrażenie. Stanowią one (te świątynie znaczy się) tę część do której Japończycy odwołują się twierdząc, że czerpią z tradycji będąc mocno osadzeni w innowacyjnej rzeczywistości. 

Wysoko zagięte rogi dachów z pokrytych dachówkami kontrastują z hybrydowymi samochodami marki Toyota, "uczesane" ogrody z kamyczków stoją na drugim końcu szali z hiperszybkimi pociągami Shinkansen, wysokie pagody po prawej i lewej stronie świątyni są przeciwwagą dla darmowego szybkiego internetu na każdym przystanku autobusowym w Kyoto. 

To bardzo interesujące połączenie, bo patrząc na to jak Japonia rozwijała się przez wieki, jak mimo swojej azjatyckości (która w innych krajach w regionie powoduje, że jest to źródło taniej siły roboczej) potrafiła stać się synonimem jakości, innowacyjności i zaawansowania. I to przez ostatnie 70 lat raptem. To budujące. Choć, po wyborach w tym roku może się okazać, że Polska włączy wsteczny bieg i będziemy musieli cofnąć się do mentalnego budowania kurhanów. Wolałbym jednak obrać za przykład wariant japoński