piątek, 10 lipca 2015

TATA KLARY cz. 1

Miałem trochę napisać jak to się stało, że z Taty Karola stałem się Tatą Klary i Karola. Więc piszę. W kilku odcinkach, bo to długa historia.

22.12.2014
Poniedziałek jak każdy inny. W pracy działo się dużo, bo po weekendzie przed Wigilią wszyscy sobie przypominają o tym, że coś trzeba jeszcze załatwić. Orka się skończyła, a wieczorem zaplanowaliśmy z Karolem fryzjera. Z moim podejściem do tego typu usług i Karola nastawieniem do wszystkiego co robi się z jego włosami miała to być wizyta z cyklu przepraszamy, ale ten tajfun to nie my. Udało się jednak, bo skróciliśmy młodemu włosy do stanu  akceptowalnego podczas wizyt u babć na Wigili. Pani fryzjerka z miłym uśmiechem, ale chyba bez dużego doświadczenia w obsłudze dzieci zaproponowała Karolowi, żeby usiadł na krzesełku, na co Karol oczywiście odpowiedział, że on to jednak dziękuje i tylko parzył na mnie proszącym wzrokiem, czy może jednak zrezygnuję i pójdziemy spokojnie do domu. 
Stara zasada mówi, żeby do słów dołączyć czyny i pokazać, a nie kazać. Poprosiłem więc panią fryzjerkę, żeby podcięła moje końcówki włosów, aby pokazać małemu człowiekowi, iż skoro dużemu człowiekowi się nic nie dzieje, znaczy że i maleństwu włos z głowy nie spadnie. No może w tym wypadku, to zbyt daleko posunięta przenośnia. 

Po tym jak Pani wymodelowała moje włosy, Karol nadal z niechęcią, ale już z minimalnym przekonaniem wynegocjował sobie, że owszem usiądzie, ale na kolanach taty i owszem da sie obciąć, ale bez fartuszka wokół szyi i tylko oglądając strażaka Sama. No i udało się. Efekt był zbieżny z tym w jaki sposób doszło do samego obcięcia włosów - czyli toporny. 
W domu szybko się wymyliśmy i Karola zmogło, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to zbliżająca się choroba. Mały człowiek zasnął zaraz po kąpieli więc spokojnie czekając na bieg wydarzeń w domu zastanawiałem się jak spędzimy Święta, bo w sumie to po raz pierwszy w nowym mieszkaniu, mieliśmy prawdziwą choinkę, prezenty leżały w ukryciu i czekały na 24. grudnia. Wszystko tak się ładnie układało. Nie było za bardzo śniegu, ale ponieważ powiedziałem Karolowi, że dzidzia się urodzi jak spadnie śnieg, nie musiałem odganiać się od natrętnych pytań, czemu dzidzi jeszcze nie ma skoro na dworze jest biało. 
Wtem, jakby nigdy nic zadzwonił telefon, który ot tak sobie odebrałem i usłyszałem w słuchawce informację, że trochę wcześniej, ale wszystko właśnie się zaczyna. 

Karol spał, w domu zapanowała znów cisza po zakończeniu rozmowy, tak jakby nic się nie zmieniło. A miało się zmienić wiele. Co więcej, nawet nie wiedziałem wtedy czy to będzie dziś, czy jutro a najważniejsze czy wyjdzie braciszek czy siostrzyczka. CDN