wtorek, 30 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - LAS VEGAS


Mówiłem o najbardziej kiczowatym mieście na świecie - Las Vegas. Dojechaliśmy tam pod wieczór, kiedy ja w sumie zadowolony z dnia uznałem, że dam moim rodzicom tej nocy wychodne i będą mogli zwiedził Vegas nocą. O 20:00 przygotowałem się do snu, dając znać, że jak teraz zasnę to obudzę się dopiero rano. Oczywiście ten trick miał na celu oszukanie rodziców i zmuszenie ich do zabrania mnie ze sobą. Bo tak, chłodna kalkulacja podpowiedziała mi, iż płakanie i marudzenie może zatrzymać ich w hotelu całkowicie, a jeżeli będę potulny to ułożą mnie w wózku, przykryją ciepło i zabiorą ze sobą. Nie tak jak w NY, gdzie poszli sami na musical i zostawili mnie w domu.

Stało się tak jak planowałem. Mama nałożyła moje buciki, tata mi założył polarek, położyli mnie wózeczku i po cichu udaliśmy się na miasto. Słyszałem, jak mówili, że udało im się mnie oszukać, że tak szybko zasnąłem etc. Ble, ble, ble. Jacy oni są tragicznie naiwni. Ja sobie jadę w wózku - oni muszą iść, mnie jest ciepło - oni trochę marzną od wiatru, na mnie nikt nie zwraca uwagi, oni są widoczni w całej okazałości. I w ten sposób odwiedziłem Las Vegas. Pewnych rzeczy nie zrozumiałem z tej wycieczki, ale wydaje mi się że logika nie była głównym motywem pomysłu zbudowania tego miasta. Tym motywem były pieniądze. Stąd pierwszym punktem widokowym było kasyno. Kasyno ulokowane w hotelu, który wyglądał jak zamek ze Shreka.

W środku tego, jak i z resztą każdego hotelu, do którego zajrzeliśmy znajdowały się tysiące jednorękich bandytów, setki stołów do gry w pokera czy inne oczko a widok ludzi podłączonych sznurkiem do karty płatniczej, wsadzonej do automatu do gier, przywodził na myśl pępowinę, dzięki której zachowane są funkcje życiowe. To mogę powiedzieć autorytatywnie - niedawno jeszcze sam byłem tak przyłączony, aż do momentu, kiedy tata, jednym trafnym cięciem nie odłączył mnie od mamy. Tak czy owak, ludzie wyglądali jakby czerpali życiodajne soki z tych maszyn, a ich obłędny czasem wzrok wskazywał na to, że istnieje prawdopodobnie poza cielesna jakaś nić porozumienia mentalnego pomiędzy człowiekiem a maszyną.
Druga grupa ludzi, jaką widziałem w kasynach to imprezowicze/podrywacze. Wszystkie wieczory kawalerskie i panieńskie, spotkania znajomych, randki itp. I przyznam, że to bardzo ciekawe miejsce na takie imprezy bo dużo nie trzeba się nachodzić. Do niektórych kasyn prowadzą nawet schody ruchome z ulicy. Jak już delikwent jest nie w stanie, to może się na takich schodach położyć i obudzić przy recepcji.
Wielkie przestrzenie, ogromne sale z grami, wolno tam palić i to mi się nie podobało. Podobało mi się za to, że całe miasto jest przystosowane dla dzieci w wózkach. Wszędzie windy, wszędzie podjazdy i taki luksus, że leżało mi się jak w lektyce.
Ulice świecą neonami, budowle są kosmiczne i przesadzone pod każdym względem. Fakt, że większość Amerykanów marzy o podróży do Paryża, czy do Egiptu spowodował, iż na jednej z ulic stoi wieża Eiffla, na innej piramida, a lokalny patriotyzm był zapewne motywem wybudowania kopii Manhattanu ze Statuą Wolności przed budynkami. Jest też Wenecja i prawdziwe gondole, pałac Cezara, choć to nie żadna kopia, tylko improwizacja na temat, jest wielki rollercoaster przy skrzyżowaniu dwóch ulic w centrum miasta ( jak będę większy, będę lubił takie rzeczy), wielkie fontanny na następnej przecznicy i sklepy wszystkich największych paryskich i londyńskich marek. Nazwał bym to Bazarem Mini Europa + lokalne rozwiązania. Zabrakło wielkiego kanionu, ale on jest o godzinę lotu helikopterem z lotniska niedaleko naszego hotelu, więc projektanci odpuścili temat. Mówią, że NY to miasto, które nigdy nie zasypia. Jak w takim razie nazwać Vegas? Może miasto, które cierpi na chroniczną bezsenność?
Wróciliśmy do domu i spokojnie mogłem zasnąć przełożony do swojego łóżka. Dziś widziałem kicz, który został wyniesiony do rangi kultu. W sumie to sztuka. I za to, wam bracia Amerykanie - szacun.