wtorek, 23 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - DALSZA CZĘŚĆ PODRÓŻY - PHOENIX.

Zaraz po śniadaniu Wielkanocnym zapakowaliśmy się w samochód i ruszyliśmy na lotnisko. Miałem przed sobą kolejny odcinek wycieczki, która i tak już była fascynująca, a miała być jeszcze bardziej. Ciocia Lidka i Wujek Andrzej byli smutni, że już musimy lecieć. Ja też byłem smutny trochę, bo ciocia jest bardzo fajna i ciągle się do mnie śmieje. W jej ustach nawet słowo "Paluszek" brzmi tak przyjemnie i radośnie. Przypadliśmy sobie do gustu od pierwszego wejrzenia, a kiedy mieliśmy swój wieczór (ten kiedy starzy poszli na Chicago, porzucając mnie za sobą) było nam tak fajnie, że utwierdziłem się przekonaniu, iż ludzie poza moimi rodzicami są super, potrafią mnie rozbawić, przewinąć i nawet nakarmić.
Ciocia była profesjonalna (pracowała z dziećmi, kiedy mieszkała w Polsce, więc wiedziała co robi) i zbliżyliśmy się do siebie. Była podobna do prababci w sposobie mówienia i używała podobnych słów. Czułem się jak i siebie w domu.
Teraz się musieliśmy pożegnać, ale nie na długo, więc nie rozpłakałem się. Wręcz przeciwnie, położyłem się radośnie na nosidełku i przespałem całą drogę na JFK. Okazała się długa i korkowata, bo jakieś roboty drogowe, jakieś malowanie pasów etc. W Wielkanoc, ja się pytam? Boga sercu nie macie?

Dojechaliśmy jednak na godzinę przed odlotem do miasteczka, które nazywa się lotniskiem, utknęliśmy w jeszcze jednym korku przed terminalem, ja się zastanawiałem czy zrobienie kupy przyspieszy czy spowolni bieg do bramki, gdzie się oddaje bagaże (w końcu biegunka bierze swoją nazwę od biegania), ale zanim się zdecydowałem tata użył mnie jako argumentu, że musimy oddać bagaże bez kolejki, i gdybym wtedy zapodał salwę, to cały jego misternie upleciony plany zamienił by się w gówno. Dosłownie (przepraszam ale bez wulgaryzmów ta scena nie miała by odpowiedniej dramaturgii). Odpuściłem więc mu i całemu terminalowi. Pan za ladą zapytał, czy mamy bilety. Mieliśmy, ale cyfrowo, więc zaczął on kręcić coś, ze trzeba wydrukować, wtedy tata pokazał mnie, a ja się głupawo uśmiechnąłem.
-Tatusiu, czy mam ulać? - zapytałem poprzez lekkie odbicie spod śledziony.
- on już jest bardzo zmęczony dzisiejszą podróżą - powiedział tata i dał do zrozumienia, że mam teraz się nie śmiać, tylko zrobić drgającą bródkę i szklane oczy.
- ok, ok - dał za wygraną człowiek mający władzę zabrania nam bagaży i wydrukował bileciki na pokład. Jeden zero dla nas.
Pobiegliśmy do kontroli osobistej, gdzie napotkaliśmy na dłuższą kolejkę niż do bagażu. Stary numer. Bródka, oczka, delikatnie jęczymy.... idzie pani w niebieskim kubraczku i tata mówi, że Phoenix, że dziecko, że późno... etc.
- Bardziej martwi mnie to, że jesteście spóźnieni, niż to że macie dziecko - odpowiedziała.
Stała się cisza. Cisza. To co powiedziała wyssało z mojej głowy cały szum terminala, cały rumor lotniska, huk startującego Boeinga 767, wszechdźwięk obracającej się wokół własnej osi ziemi... Odtwarzałem sobie w pamięci to zdanie w kompletnej ciszy, w tak ogromnym oburzeniu, że porównać to można do tego punktu w historii USA, kiedy społeczeństwo dowiedziało się, że Monika Lewiński to jednak lubi cygara.
Jak to mniej Cię obchodzi dziecko? - pomyślałem i spojrzałem na tę kobietę w śmiesznym mundurku w kolorze mojego najbardziej nielubianego sweterka.
A żeby Ci się trojaczki urodziły siłami natury, żeby miały na zmianę kolkę, sraczkę i rosły im ząbki. Żeby Ci się winda zepsuła i żeby nad sypialnią małych zamieszkali studenci, żeby dwa razy każdej nocy psuł Ci się domofon i żeby koty się marcowały pod Twoim oknem. Żeby twoje dzieci nie cierpiały się kąpać i żeby spały po 15 minut podczas dnia, a w nocy po 20, żebyś nie miała pokarmu przez pierwszy tydzień, a potem żebyś miała za dużo pokarmu, żeby w końcu okazało się że wszystkie z twoich dzieci mają przejawy ADHD i jedno z nich zaczęło grać na perkusji, drugie uwielbiało wielkie maszyny do prac w kopalni a trzecie miało bardzo głośne gazy. Może wtedy zastanowisz się paskudna czarownico co i kiedy mówisz. Podłość ludzka nie ma granic!
Potem już tradycyjnie weszliśmy do samolotu, nikt mnie już nie zaczepiał, z tego wszystkiego odeszła mi ochota na jakieś skupiania się w pieluszkę, położyłem się spać na miejscu taty, który poszedł rząd przodu, a ja przykryty moim ulubionym kocykiem zacząłem regularnie chrapać. Na zewnątrz było ciemno i zimno.