czwartek, 4 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - MIĘKKIE LĄDOWANIE

Wszyscy rodzice boją się, że lądowanie będzie dla dziecka bolesne bo zmieni się ciśnienie i zatkają się im uszka. Nie podejrzewają nawet, że my jako maluchy jedyną rzecz, jaką robimy perfekcyjnie już od 1 doby to ssanie. Ssanie, które wymusza przełykanie, co z kolei przepięknie odblokowuje kanaliki i uszka się nie zatykają. Gdyby rodzice wiedzieli, że my to naturalnie wiemy i robimy ( bo przecież krzywdy sobie zrobić nie damy) to nie zamartwiali by się faktem, iż włączono sygnalizację "zapiąć pasy" a samolot zaczyna tracić wysokość. Niektórym dzieciom uszka owszem zatykają się, ale to wynika tylko i wyłącznie z ich lenistwa i zaniedbania. Niektórym dziewczynkom się zwyczajnie nie chce, a chłopcy chcą za wszelką cenę udowodnić, że da się wylądować bez przełykania a słuchaweczki się nie zatkają. Uwierzcie mi - wiem co mówię.

Ja leniuchem nie byłem, a mama w geście antycypującym moje zamierzenia podłączyła mnie pod swój system mlekodawczy i spokojnie, bez bólu wylądowaliśmy na lotnisku Newark o godzinie 21:00 lokalnego czasu.
Spałem podczas lotu na kolanach mamy, trochę na fotelu taty, więc wyspany generalnie byłem, ale biorąc pod uwagę, że lecieliśmy na zachód to był najdłuższy dzień w moim dotychczasowym życiu i miałem prawo być leciutko zdezorientowany.
Pan przy wejściu do odprawy paszportowej odpowiedział mojemu tacie, iż z dziećmi trzeba stać w taj samej kolejce co inni i tym razem bardzo chciałem na niego ulać, albo przynajmniej wgryźć się w jego łydki moimi dwoma oznakami dorastania wyrzynającymi się z dolnych dziąseł, ale mama szybko zawołała nas do ogonka ludzi, w którym stanie tak wg zgrubnych estymacji miało trwać jakieś 50 minut. Pomyliłem się niewiele, ale niestety na niekorzyść oczekiwaczy (czy może oczekiwaczów - sam nie wiem).
Pan oficer od paszportów poprosił mamę i tatę o przyłożenie ręki do takiego panelu skanującego odciski palców, a kiedy tata zapytał, czy dziecko też ma przyłożyć, ja nie czekając na odpowiedź przyłożyłem w ten panel małą piąstką, raz a potem drugi i trzeci bo wydawało mi się że pan oficer mówił coś o tym, że nie zdążył zeskanować moich lini papilarnych. Chyba, że " could you please take this kid away or I will not let you in" znaczy coś innego niż prośba o repetę.
Na lotnisku czekała babcia Lidka z dziadkiem Andy'mi zawieźli nas do domu. I to wszystko nagle wydało mi się bardzo dziwne. Bo tak, wg mnie należało już wstawać, jak zwykle poskakać trochę, obudzić domowników a tu się okazało, że nikt się jeszcze nie zdążył położyć i że zamiast dnia jest noc. I wcale nie zamierzała się ona kończyć. Trochę się zmartwiłem, bo wydawało mi się, że zrozumiałem następstwo dnia i nocy, nawet budziłem się już o regularnej porze porannej (z niewiadomych powodów przez mamę i tatę nazywaną porą "abstrakcyjną") a tu nagle taka niespodzianka? Więc uznałem, że nie może mnie poranek ominąć, bo skąd wtedy będę wiedział kiedy (i czy w ogóle) przyszedł. Dlatego nie spałem aż do rana. Mama chyba też chyba nie wiedziała dokładnie co się dzieje bo kiedy tak sobie razem leżeliśmy na łóżku i czekaliśmy na świt, pytała mnie "dlaczego nie śpię?, co się dzieje?, czemu nie mogę zmróżyć oczu" A wystarczyło powiedzieć mi, że czas jest cofnięty o 6 godzin i spokojnie mogę się obudzić za 8 żeby na luzie trafić na świt.

No też z drugiej strony jeżeli miała ochotę poleżeć sobie obok mnie patrząc w sufit i podając mi cały czas smoczka, którego regularnie wypluwałem (nie to, że go nie lubię, ale jak zaczynam myśleć o czymś bardzo skomplikowanym nie chcę zaburzać pracy synaps innymi procesami - to znacznie spowalnia funkcjonowanie systemu) to przecież nie chciałem psuć jej zabawy.

To niesamowite, jak rodzice sądzą, że kiedy my dzieci mamy poniżej pół roku to nie należy nam się garść podstawowych informacji jak choćby taka, że musimy przestawić zegarki.
Świt nadszedł, więc przestałem się kręcić i gadać, zmrużyłem oczy i zasnąłem tylko po to, aby się obudzić o 7:30. Czasu nowojorskiego tym razem. I wszystko wiadomo.