niedziela, 28 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - ŻYCIE W PHOENIX

Ciocia Agnieszka, którą tata zna ze studiów, zadzwoniła do taty jeszcze jak byliśmy na lotnisku w Phoenix. Właśnie odbieraliśmy samochód z wypożyczalni kiedy skończyli rozmowę i tata powiedział, że będziemy mieli bardzo ładny hotel, rekomendowany przez ciocię Agnieszkę. Bardzo się ucieszyłem, a szczególnie z tego, że w tym hotelu miał być basen, a ja bardzo lubię baseny. Mama niedawno zabrała mnie pierwszy raz na pływalnię w Warszawie i od tego czasu jestem wielkim fanem chlapania się. Z resztą jestem przyzwyczajony do siedzenia w wodzie dzięki temu, że rodzice kąpią mnie w kuble a nie w wanience, co powoduje, że nie boję się zanurzenia do szyi. Więc informacja o tym, że w hotelu jest podgrzewany basen bardzo mnie ucieszyła.

Mimo tego, iż wylądowaliśmy na lotnisku około 22:00 lokalnego czasu, temperatura była zupełnie inna niż w NY. Cieplutko, sympatycznie i niewilgotno. I nie pachniało nijak brzydko. Bałem się, że gorąco, którego tak naprawdę nie znam jeszcze, przygniecie mnie do ziemi i będę płakać. Ale okazało się, że wieczorna temperatura Phoenix jest bardzo przyjemna. Dostaliśmy w wypożyczalni czarny samochód, który pomieścił mój wózek i to właściwie tyle, co mogło mnie interesować w tym aucie. Jeszcze za mały jestem, żeby się fascynować markami, silnikami etc. To przyjdzie z czasem. Ciocia Agnieszka czekała na nas w hotelu, mimo iż tata pomylił drogi i zamiast 20 minut jechaliśmy na miejsce 50. Ale za to obejrzeliśmy miasto nocą. Od strony północnej to właściwie nic więcej tylko centra handlowe, sklepy a potem hotele i tzw ośrodki wypoczynkowe.

Nasz nazywał się Cotton Woods i był niedaleko centrum miasta. Rodzice, kiedy w końcu dojechali do niego, odpakowali mnie z za ciepłych ciuchów i rozpoczęła się impreza. Bo ja się wyspałem w samolocie, potem ciepło mnie rozmiękczyło i byłem gotowy na jakieś jedzonko a potem skakanie. A może nawet basen?
Niestety rodzice byli trochę zmęczeni i około 2 w nocy zmusili mnie do spania. Uznałem, że skoro ciocia Aga poszła, a tata zaczął już chrapać to czas na spanie. Rano się zacznie prawdziwy Meksyk.

Obudziłem ich o 6:00, bo ile można spać. Byłem delikatny, uznałem, że krzyczenie jest prymitywne i już wyrosłem z takich zabiegów. Wprowadziłem dodatkowe bodźce, czyli dotyk. Po twarzy, delikatnie ale długo. Tata nie wyrobił po 3 minutach, mama trochę dłużej, ale niezbyt. Wstali, wymyli mnie, siebie i wyszliśmy na śniadanko.
Tak chyba właśnie powinny wyglądać wakacje. Domek nad basenem, trawka przycięta na 2 cm, króliki kicające obok domku, 25 stopni o poranku, pojedyncze chmurki na niebie, powolny spacer do samochodu, w którym klimatyzacja schładza powietrze w minutę, jeżeli jest taka potrzeba, poranna kawa z croisantem w kawiarni ze stolikami na zewnątrz i słoneczko, które zagląda ciekawie we wszystkie zakamarki swoimi jasnymi promykami. Tak właśnie to wszystko wyglądało. Kiedy jechaliśmy na śniadanie mijaliśmy budynek za budynkiem, równo ustawione między jedną ulicą a drugą. Takie to wszystko porządne i ładne. I wszędzie hotele i palmy. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.
Phoenix to miasto, które żyje dzięki temu, że pogoda pozwala na wyrwanie się z zimnego NY, albo Chicago i zafundowanie sobie kawałka gorącego lata w środku zimy nawet. A w kwietniu temperatura w dzień jest wyższa niż 30 stopni. Do tego wszystkiego jest sucho co sprawia, że jest to ciepło przyjemne a nie przypomina sauny czy łaźni parowej jak to się zdarza w innych partiach Stanów. Jest tam bardzo dużo hoteli, restauracji i sklepów. Trochę badziewnych, ale ponieważ większość gości hotelowych to osoby starsze i bogatsze, w większości wypadków te butiki odpowiadają ich potrzebom. Nie zmienia to faktu, że jest to miasto miłe, ciepłe i przyjazne.

Wszelkie przewodniki mówią, że o ile nie mamy innych zamiarów tylko leżenie nad basenem, to Phoenix nie jest dobrą destynacją, bo tam właściwie nic nie ma. A ja z rodzicami chciałem udowodnić, że to nie prawda i razem z ciocią wyruszyliśmy na wycieczkę do Ghost Town, czyli miasta, w którym kiedyś mieszkali kowboje a teraz jest muzeum i jedną wielką restauracją. Około godziny jazdy z miasta, a dotarliśmy w końcu do tego miejsca i muszę przyznać, że owszem jest trochę komercyjne, ale ponieważ nagrywano w nim wiele westernów (nawet z Johnem Waynem) to nabrało ono mocy, bo jeśli grało w filmie, to warto jest zobaczyć. Był tam nawet Elvis i grał w jednym filmie (jest w mieście kapliczka z jego postacią a nawet próbką piasku, po której chodził podczas nagrywania filmu). I rosną tam takie wielkie kaktusy. Wielkości drzew. Strasznie mi się one podobały, choć tata powiedział, że wolałby, abym ich nie dotykał, bo wbiją mi się w paluszki. Gdybym tylko sięgnął jednego pokazałbym tacie, jak bardzo się myli. A tak to tylko zrobiliśmy sobie zdjęcie w tle z kaktusem a potem zemściłem się na tacie wyrywając mu z głowy trochę włosów. To za tego kaktusa.

Spanie w takich warunkach jest utrudnione, bo cały czas się pocę. Poza tym słoneczko opala mi nóżki, które wystają z wózka, ale ponieważ moi rodzice tak bardzo dbają o to, żeby mi było dobrze, to nie robię z tego powodu dużo krzyku. Dbają o mnie, mówią do mnie cały czas, śmieją się do mnie i noszą z jednego miejsca na drugie. Pewnie, że wolałbym przez cały dzień leżeć w jednym miejscu, obok basenu, mieć taki wieeeelki zapas mleka i tysiąc zabawek obok, ale wiem, że to ich wakacje, zabrali mnie ze sobą, więc jestem tak grzeczny jak tylko potrafię.
Na przykład, kiedy byliśmy w mieście duchów i poszliśmy do miejsca gdzie pan miał wielką kolekcję węży, skorpionów i pająków, byłem cicho i nawet nie stłukłem żadnego terrarium. Kiedy poszliśmy do sklepu z pamiątkami i mama zakładała mi na głowę różne kapelusze, nie tylko nie płakałem, ale dodatkowo nie ulałem na piękne, kowbojskie nakrycia głowy, choć bardzo chciałem. W restauracji, w której krzesełko dla dzieci nie było myte od czasów Billego Kida (przykleiły mi się rączki do oparć!) zwyczajnie usiadłem i czekałem na frytki. Nie dostałem ich i wtedy dopiero zacząłem płakać, ale gdybym tylko je mógł zjeść, wszystko byłoby naprawdę ok. Wycieczkę jednak uznaję za udaną, widoki były fantastyczne, wieczorem kiedy zajechaliśmy do hotelu, poszliśmy jeszcze nad basen, ale nie pływaliśmy, tylko siedzieliśmy i gadaliśmy do wszystkim. To znaczy mama, tata i ciocia gadali, a ja układałem się do snu, zaraz po tym jak usłyszałem, że następnego dnia o 8:00 jesteśmy umówieni na kąpanie.