wtorek, 2 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - LOTNISKO I SAMOLOT

Wow. Nasze lotnisko w Warszawie robi wrażenie. Zapewne inne lotniska, na których jeszcze nigdy nie byłem są i większe i ładniejsze, ale z perspektywy moich prawie już 70 centymetrów to jest to wielkie miejsce z jeszcze większymi maszynami. Ale od początku.
Obudziłem się jak zwykle o godzinie 6 rano i jak zwykle musiałem wysokim tonem krzyku rozbudzić mamę i tatę, bo oni zawsze jak ja się budzę to udają, że śpią. Oczywiście oszukują, bo jak wystarczająco głośno krzyknę, to otwierają oczy. Jakby na prawdę spali, to by nie otworzyli oczu. Wiem po sobie. Jak ja tak dobrze zasnę, to nawet jeżeli dziecko takie jak ja krzyczałoby obok, to bym się nie obudził, choć sprawdzić tego się tak łatwo nie da, bo jak śpię to przecież nie krzyczę.

Wstaliśmy, zjedliśmy a ponieważ tata wyglądał jakoś tak słabo (chyba siedział do późna w nocy, bo budzenie go wyjątkowo zajęło mi 12 minut) więc rano zmusiłem go do ćwiczeń ze mną, czyli słynne "siedzimy, siedzimy" oraz "lecimy i spadamy". Od razu się ożywił. Na podłodze pojawiły się pełne walizki. Moja nadal była największa, ale mama też się jakoś zebrała i dorzuciła parę ciuchów do swojej. Generalnie nasza chałupa wyglądała jak romski dom zaraz przed przeniesieniem się w lepsze miejsce. Torby, torebeczki, torebuńki. Udało się wszystko wsadzić do taksówki i już około 15:50 byliśmy na lotnisku.

Że jestem VIPem to oczywiście wiem, ale żeby tak ładnie mnie obsłużono jeszcze zanim dostałem się do samolotu, to muszę powiedzieć, że szacun. Nie może za to tego powiedzieć moja mama, która po podejściu do specjalnego miejsca odprawy rodzin z dziećmi dowiedziała się, od tego przemiłego pana, który wywarł na mnie wrażenie opisywane wcześniej, iż tego dnia nie tylko nie usiądzie razem ze mną i tatą w jednym rzędzie, ale nawet jest szansa, że w ogóle nie poleci, gdyż jest na stand-by, czyli na liście zapasowej. Uśmiechnąłem się szeroko pokazując moje dwa nagie zęby. To oczywiście musiał być żart ze strony linii lotniczych, bo przecież rodzice kupowali bilety trzy miesiące przed. Myślałem nawet, czy nie ulać panu na komputer, ale jak już się zebrałem, Pan powiedział, że rodzin się nie rozdziela i załatwił jakoś tam, że mama dostała bilecik, nawet obok nas i sprawa się rozwiązała. Bardzo fajny pan.

Weszliśmy na salę odpraw i miałem wrażenie, że bardzo, ale to bardzo zaniżam średnią wieku, bo wszystkie miejsca siedzące były zajęte przez osoby metryką, która po reformie emerytalnej i tak pozostawi ich po stronie tych, którzy pracować już nie muszą. Nie to, że mi to jakoś przeszadza, wręcz przeciwnie. Biorąc uwagę to co mam zamiar zrobić w samolocie, to korzystnie to się ułożyło, bo starsi i tak nie potrzebują tak wiele snu. Fakt, że tata miał mnie na rękach pomogł wejść do samolotu w pierwszej kolejności, okazało się, że z miejscami jest nadal problem, ale bardzo miła Pani Stewardesa (ta od kredek, tak sobie pomyślałem) tak zamotała wszystkim, że dostaliśmy miejsca razem, na końcu samolotu. Akustyka dobra, niesie się aż do pierwszej klasy, więć lepszego siedzonka sobie wymarzyć nie mogłem. I jak już usiedliśmy, zapieliśmy się pasami, obsługa z niewyjaśnionych powodów obiecała, że jest taka szasna, iż z sufitu wypadną jakieś zabawki i mamy je sobie założyć na buzię (chyba chodziło im o to, że mamy sobie je wsadzić do buzi - bo to byłoby logiczniejsze) i poczułem, że ten lot będzie trochę jak zabawa na mojej macie edukacyjnej. Zrobiło się bardzo domowo i nawet zacząłem sobie kombinować, że może jednak nie będę wył, że być może po cichu popatrzę jak się lata i dam ludziom pospać? Tak sobie rozmyślałem skacząc na kolanach taty, nagle poczułem ostry ból w końcówce palca serdecznego lewej ręki. Po później przeprowadzonych dogłębnych analizach doszedłem do wniosku, iż tacie, który żuje zazwyczaj gumę z otwartą buzią niechcący podczas trampolinkowania wsadziłem rzeczony paluszek między górny a dolny siekacz, ale w tym momencie uznałem, że czara się przelała i syrenę włączyć czas najwyższy. Nie płakałem zbyt długo, bo tata wie, że skakaniem pokolanach może mnie bardzo łatwo przekupić i w miarę szybko zapominam, że coś sie wydarzyło. Owszem, rozdarłem się głośno, ale w miarę szybko uśmiech wrócił na moje ustka. Pozostała oczywiście sprawa przewijaka i właśnie to miał być ten element, który finalnie chciałem żeby zadycydował o tym, czy będę pamiętany przez wspópasażerów czy nie.

Po tym jak rodzice zjedli indyka w pomidorach tata zabrał mnie do łezienki na końcu samolotu i w samotności, jak w spagetti westernach miała się rozegrać scena finałowa. Wszystko widziałem jak w zwolnionym tempie. Ojciec podniósł się i zaczał zbliżać do mnie ręce, mówiąc coś do mamy, potem uniósł mnie do góry, powoli wbiłem się w powietrze (uczucie było wzmocnione świadomością, że znajdowaliśmy się w tym momencie na wysokości 10 kilometrów) i zaczęliśmy zmierzać do ustronnego miejsca przy ogonie. Tak właściwie, logicznie rzecz biorąc umiejscowienie łazienek przy ogonie w samolocie ma sens pod względem słowotwórczym. Z przodu to powinien być wlew paliwa. A przy ogonie to tylko kloaka. Ale ad rem. Weszliśmy do klaustrofobicznego pomieszczonka, w którym unosił się zapach migdałów (gdyby unosił się zapach fiołków, mógłbym zaakceptować wersję, że leci z nami stygmatyk i właśnie przed chwilą był sobie ulżył w tym przybytku - ale migdały?) a tata za ściany rozłożył klapkę, która miała służyć jako przebierak. I już wtedy wiedziałem, że tu nasza pokojowa ścieżka się kończy. Klapka był zrobiona z zimnego, twardego i lekko przybrudzonego plastiku, który nijak nie kojarzył mi się z moim ukochanym przebierakiem w sypialni rodziców na Powstańców 61. Spojrzałem tylko z politowaniem jak tata układa na tym łożu madejowym wszystkie kocyki jakie miał ze sobą, z bluzy robi mi delikatny podgłówek i jakby to wszystko było mało wyciera mokrym ręczniczkiem przewijak, w celu oczyszczenia go z niewidocznych w sumie zabrudzeń. Kiedy mnie położył na tym wymoszczeniu już miałem otworzyć mój jamochłon, kiedy naszła mnie refleksja, że w sumie nie zasłużył sobie na takie traktowanie, że to nie on skonstruował tego boeinga i ryczenie mu prosto w twarz nie zmieni mojej pozycji nijak. Tata tak zgrabnie ułożył miękkie szmatki żebym miał jak najwygodniej i wydarcie się do niego było by zupełnie sprzeczne z uczuciami jakie w tej chwili miałem do niego. Dlatego uśmiechnąłem się tylko nieznacznie i puściłem do niego oko. Nie zauważył tego wprawdzie, ale jak wiele razy do tej pory moi rodzice nie zauważali moich starań, aby powiedzieć im że bardzo ich kocham, to nawet już mi się liczyć nie chce. Gdyby wiedział, jak wiele musiałem w sobie przetworzyć i przemyśleć, aby w tej chwili zamiast karczemnej awantury z płaczem aż do kaszlu zobaczył uniesione ustka w kącikach. Ech wy rodzice, jak wy nic o życiu nie wiecie. Tata, kiedy puszczałem do niego oko akurat odwrócił się do umywalki odkręcił wodę w celu wyszorowania rąk przed zmianą mojej pieluchy i nacisnął dyszę dyspensera z mydłem w płynie. W pomieszczeniu jeszcze raz dał się poczuć słodki zapach migdałów. Teraz już wiedziałem skąd się brał. Zamyśliłem się i nadal bezdźwięcznie oddałem się rytuałowi oczyszczenia...

Mama siedziała na swoim siedzeniu kiedy wróciliśmy po udanej operacji zrzucenia niepotrzebnych nawisów urynopochodnych. - Był bardzo grzeczny - powiedział tata. - On w ogóle jest na tej wycieczce bardzo grzeczny. Daj mi go, bo go muszę wycałować - powiedziała mama i przytuliła mnie do siebie tak jak lubię. - Kocham Cię, ty mały robalku. - Chyba się do Ciebie uśmiechnął. -Widziałam i przez chwilę wydawało mi się, że puścił do mnie oko - rzekła roześmiana mama- Co ty, przecież dzieci nie potrafią takich rzeczy, nie w tym wieku. Mój stary, poczciwy ojcze, jaki Ty jesteś niekumaty, to aż mi za Ciebie wstyd...