niedziela, 14 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - JESZCZE TROCHĘ RESTAURACJI I DZIECIĘCYCH PRZEMYŚLEŃ


Przypomniałem sobie nazwę tej włoskiej knajpy, w której byliśmy niedawno. Nazywała się Spumani's Garden. Wujek Michał powiedział mi, że na Manhattanie są tysiące fajnych miejsc, tylko poukrywanych, trzeba trochę wiedzieć o Nowym Jorku żeby to wszystko poznajdować, bo na tyle tego dużo i w różnych lokalizacjach, że i miesiąca by nie starczyło. Zacząłem się zastanawiać, czy chciałbym tu mieszkać. Bo tak - ciemno trochę na dolnym Manhattanie, ale z drugiej strony widziałem Central Park i podobało mi się słoneczko i przestrzeń. Jedzenia dużo i wszelakie (na razie mam zaliczone włoskie i chińskie), transport wszędzie metrem (choć z wózkiem to mama i tata mieli problemy - nie zawsze jest zejście dla uwózkowionych czy winda), kwiecień piękny, ciepły i nie śmierdzący, fajni ludzie (większość się do mnie uśmiecha i mówi takie dziwne wyrazy, to znaczy wszyscy mówią do mnie dziwnie, ale Ci mówią podobnie jak aktorka, która w Misiu niezrozumiale wołała Pasażera Stanisława Palucha do samolotu do Londynu - Thank you). Reasumując - nadal nie wiem, czy chciałbym tu mieszkać. Mało dzieci poznałem. Może wrócę do tematu jak poznam rówieśników.

Dygresje dygresjami, a wujek M. pokazał nam miejsce, które ewidentnie wpisałem po stronie plusowej tego wielkiego miasta. Nazywa się to Chelsey Market i o ile kiedyś było budynkiem, w którym miał miejsce targ mięsny (a może i warzywny) to teraz został on przerobiony na ciąg bardzo przyjemnych, nowoczesnych restauracyjek. Wystrój surowy, ale właśnie dlatego bardzo nowoczesny, cegła i szkło i multum restauracyjek. Różnych, różnistych. Tajska, francuskie bistro, naleśnikarnia, sea food i co tam sobie człowiek wymarzy. Taka jaskinia knajp. Wszystko pod dachem, sufit na normalnej wysokości, co stwarza wrażenie przytulności i zapachy wydobywające się z każdego z przybytków zachęcające do wejścia choć na kęs. Nie skorzystaliśmy, bo trochę przyciasno się tam akurat zrobiło, a przed nami była uczta, którą zapewnił nam Michał, wujek który jest szefem kuchni jednej z restauracji w New Jersey (mogłem już o tym wspominać)
Żeby było weselej ta restauracja też się nazywała Market, ale jej wystrój był z goła inny. Była bardziej elegancka, zasiadana, z białymi serwetkami na stołach i fantastyczną obsługą. Trzeba jeszcze dodać, że wujek był szefem kuchni tej restauracji pół roku temu, więc znał wszystkich, połowa z dań była jego przepisu i poza tym wiedział dokładnie gdzie nas zabiera, co będziemy jeść i opowiadał nam po kolei jak się dane danie robi, jak powinno smakować, co powinno się czuć jedząc to, a co tamto, jak był zrobiony sos, jakie zioła powinny być w tej potrawie, a jakich nie ma a powinny i nagle cała kolacja stała się ucztą nie tylko smakową, ale także ucztą wyobraźni, bo różnorakość dań (było ich 5 przystawek, 4 różne dania główne, przekąska pomiędzy przystawkami, a głównym i potem 4 różne desery - dobrym pomysłem w takich sytuacjach jest branie dużo różnych rzeczy i dzielenie się nimi, wtedy każdy ma możliwość zasmakowania wszystkiego), jakie nam zaserwowano w połączeniu z opisem ich genezy spowodowało, że siedzieliśmy tam ponad 3 godziny. Ja co prawda byłem trochę marudny, oczywiście dostałem kawałek chleba więc się obraziłem i poszedłem spać, ale w sumie to dzień był udany, rodzice zadowoleni, Sophie, moja kuzynka powiedziała do mnie "I love you Karo" więc właściwie to można zaliczyć dzień do fajnych. I jeszcze rodzice mi zdradzili, że pójdziemy na mecz Phoenix Suns kiedy będziemy w Arizonie, więc będę mógł na żywo zobaczyć jak wujek Marcin gra w koszykówkę. Już się nie mogę doczekać.