czwartek, 11 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - MANHATTAN

Poranki już są zupełnie normalne. Czyli pobudka o 6:00, trochę skakania a potem przedśniadaniowa drzemka. Muszę w ten sposób sprawę załatwiać, bo rodzice mnie ciągają ze sobą wszędzie co powoduje, że zmęczony jestem wieczorem bardzo i już żadnej imprezy rozręcić się nie da. A rano są nowe siły, nowe moce i dużo radości.

Dużo radości sprawiła mi też wycieczka na Manhattan. Słoneczko pokazało swoje nowojorskie oblicze już od samego rana, co prawda trochę wiał wiatr, ale mama i tata mnie bardzo dobrze opatulili kocykami i takim tam różnymi gadżetami, że mogło sobie śmiało wiać i wiać.

Ze Staten Island, gdzie jak już nadmieniłem, aktualnie mieszkamy płynie prom, który codziennie zabiera tysiące ludzi z jednego brzegu na drugi i tymże właśnie promem można przedostać się na dolny Manhattan i około 11:00 rano zaokrętowaliśmy się nań mając nadzieję, że głów nam nie urwie, bo rodzice ewidentnie chcieli spędzić cały rejs na odkrytym pokładzie, a to chyba w związku z tym, że prom ten przepływa w bezpośredniej bliskości Statuy Wolności. The American Dream, wszyscy wstać i do hymnu!

Pewnie można się z tego śmiać, bo ten American Dream wydaje się być sztuczny i lukrowy, ale patrząc na to jakie święci tryumfy, jak ludzie bardzo wierzą, że Ameryka jest najbardziej wolnym krajem, najlepszym i nie ma korzystniejszych rozwiązań, niż te które są tutaj, to rzeczywiście sposób w jaki ludzie o tym mówią budzi szacunek. Bo wpoić takie przeświadczenie w tyle milionów ludzi, a jeszcze spowodować, że jest ono w ich umysłach od tylu lat, to na prawdę majstersztyk. A z drugiej strony skoro Orson Wells był w stanie kilku dziesięciu tysiącom Amerykanów wmówić, że na terenie ich kraju wylądowało UFO i ludzie zaczęli uciekać z domów... Może to kwestia ludzi, a nie tych których nimi rządzą. A może silna koniunkcja tych wypadkowych? Ile z resztą ja mam lat, żeby się o takie rzeczy martwić.



Przy statule wolności wycieczkowicze robili sobie zdjęcia, które mój tata nazywa zdjęciami z serii "Ja i...", czyli klasycznie osoba lub dwie na boku zdjęcia a z tyłu obiekt, na tle którego osoba chce być sfotografowana. Tata nie przepada za takimi zdjęciami, ale ludzie chyba nie podzielają jego zdania, bo chętnych do zdjęcia było dużo, ja sobie spokojnie leżałem w wózku i patrzyłem jak wielka Pani chyba z lodami w ręku przepływa spokojnie obok naszego promu.

Dolny Manhattan przywitał nas tym samym słońcem co na Staten Island tylko że jeszcze cieplejszym i przyjemniejszym. Rodzice wsadzili mnie ponownie w wózek i pojechaliśmy wzdłuż Battery Park, a potem skręciliśmy w stronę Broadway i Wall Street. Manhattan wydał mi się bardzo ciemny i wysoki. Tak, to chyba dobre określenia tej części Nowego Jorku. Skąd to wiem? Leżę cały czas twarzą do góry, wiec zauważam to, czego nie zauważają dorośli, szczególnie idą z opuszczonymi głowami i myślą o swoich problemach.
Dlaczego ciemno? Ostatnie dni przysporzyły mi wielu zmarszczek mimicznych przez to, że słoneczko wpadało do mojego wózka i musiałem z oczu robić szparki i marszczyć czoło. Na Manhattanie mogłem spokojnie patrzeć w niebo bez efektu, jaki opisałem przed chwilą i czułem duży komfort. Po prostu słońce świeci bardzo rzadko prostopadle do ulic a budynki są tak wysokie, że nie łatwo jest się słoneczku przedostać na dół. Co powodowało, że czułem się jak w wielkiej studni. Ale się nie bałem, bo rodzice cały czas byli ze mną.

Nowy jork jest jak wielki plac zabaw, na którym cały czas pojawiają się nowe dzieci i urozmaicają kocioł z rozrywkami. Samochody trąbią, jakby chciały jeszcze szybciej przegonić czas, który im ucieka jak stoją korkach. Budynki pną się do nieba i chyba tylko dzięki temu, że są tak bardzo oszklone jasność poprzez odbijanie się od ścian dociera na dół. To trochę wygląda jak dno oceanu, po którym bardzo szybko przepływają ławice, czasoprzestrzeń chwieje się się z prawej do lewej i w tym megalopolistycznym bujaniu życie znajduje sobie strumienie rzeczywistości, która nadaje bieg wydarzeniom. Dlatego warto czasem uciec z dolnego Manhattanu i pojechać trochę wyżej i w bok, gdzie mniej ludzi powoduje mniejszy tłum, mniejszy tumult i świat wydaje się być spokojniejszy. Greenwich Village - droga i bardzo trendy dzielnica, w której moda krzyżuje się z tradycyjną zabudową, gdzie na dole budynków nie uświadczysz sklepów chińskich ani nawet cynamonowych, a za to można zajrzeć do bistro w stylu francuskim, kawiarni rodem z Włoch, ale ze sznytem nowoczesności, zjeść wrapa albo sandwicha i napić się naprawdę dobrej kawy. Trochę ą-ę, ale przynajmniej można uciec do zgiełku.

Nasz przewodnik Wujek Michał, którego rolę moi rodzice ocenili bardzo wysoko zaproponował, abyśmy zajrzeli do knajpy, która łączy ze sobą dwa światy - latynoamerykański i azjatycki. Miejsce miało nazwę, której nie umiem przytoczyć, wygląd podrzędnej knajpy w Azji, ale fakt, że połączono tam wpływy dwóch krajów ( Chin i Peru) zachęcił nas tak, że dla nas to były 3 gwiazdki, a nie plastikowe stoły z ceratą na nich.