piątek, 12 lipca 2013

SMAKI 2 (b) - CHIŃSKIE

Wjechaliśmy do restauracji jak cesarz na czele terakotowej armii. Państwo Chiństwo powiedziało nam dzień dobry w trzech językach ( ang, chin, hisz ) i pokazało nam drogę do stolika. Na sali nie było nikogo oprócz nas i obsługi, co według standardów podróżniczych nie wróży dobrze, ale w Nowym Jorku to wcale nie oznacza, że nikt tu nie bywa tylko zwyczajnie, że czas lunchu jeszcze nie nadszedł. Usadowiliśmy się na końcu sali i wujek Michał zamówił coś, co dla mnie jeszcze jest tajemnicą i brzmi albo po hiszpańsku albo po chińsku. Jedzenie chyba było dobre bo wszyscy wydawali takie śmieszne dźwięki typu "hmmm" albo "oahhh" tylko, że oczywiście nie podzielono się ze mną tym co na stole było.

General Tsao Chcicken, babka z batatów i mięsa kurczęcego oraz naleśnik z kukurydzy i mięsem wołowym zasmażany w głębokim oleju ( na chrupko) mamiły swoimi zaletami ale ja, ja jako sześciomiesięcznik dostałem tradycyjnie bułę. I to nawet niepełnowartościową, bo obgryzioną przez tatę. Owszem, trochę podziobałem tego ogryzka ale po pięciu minutach już mi się znudził i zacząłem wszystkim pokazywać, iż jestem pełnoprawnym uczestnikiem tego lanczu i domagam się swoich praw.
Prawo pierwsze - siedzieć na poziomie wszystkich i widzieć wszystkie potrawy
Prawo drugie - móc próbować wszystkich potraw, jakie weszły na stół. Rękami.
Prawo trzecie - móc pić napoje, a nie tylko mleko.
I tę odezwę miałem zamiary wywiesić, niczym Martin Luter, na drzwiach restauracji przybijając kartkę do framugi wejścia. Na szczęście moi rodzice (których nota bene coraz bardziej rozgryzam) doszli do wniosku, że jestem na tyle duży i odpowiedzialny, że mogą dać mi spróbować ryżu. Dwa i pół z moich praw obywatelskich zostało spełnionych, wiec uznałem że nie będę robił awantury na ten temat. I całkiem odpowiedzialnie i w dorosły sposób zająłem się talerzykiem ryżu, jaki dała mi mama.

Pani kelnerka nie miała też nic przeciwko temu, że jem ryżyk i przy okazji karmię wizytujące nocą karaluchy, bo podeszła do mnie mówiąc "o, so kiut, bery najs bejbi" a potem wzięła mnie na ręce i śmiała się na mnie jakbym był jakimś małym buddą a rozpierdziel, jaki zrobiłem pod stołem był przestrzennym dziełem sztuki dłuta Wita Stwosza.

Napisałem, że wszystkie dwa i pół prawa się wypełniły, a wprawny obserwator zauważy, że nie piłem dorosłych pokarmów w tej Peruchińskiej restauracji. Wcześniej jednak w jednej z tych dziwnych kawiarni, gdzie tata ma amok w oczach gdyż jest darmowy internet i tylko w ten sposób może wrzucić na bloga wszystko to co napisałem, rodzice zamówili dużą kawę z mlekiem a ja przeciągłym wyciem zacząłem domagać się swojej części. Ona nie musi być wielka. Może być proporcjonalna do mojej wagi ciała ( teraz już ponad 8 kg) w odniesieniu do wagi ciała rodziców. Niewiele to,a ja będę usatysfakcjonowany. Tak czy owak dostałem kubek kawy, ale mój entuzjazm opadł jak tylko zamoczyłem dzioba, bo tak, mleko chude (po tym co daje mama, to wszystko co nie jest śmietanką, jest beeee) kawa bez kofeiny i bez cukru. Rany, jak oni chcą czerpać radość życia, jak nawet dobrej kawy nie potrafią sobie zamówić! Rodzice, moi rodzice, jak tylko zacznę mówić ja wam to wszystko wytłumaczę, powiem o co chodzi w życiu i dlaczego należy żyć pełną piersią, jeść i pić tylko najlepsze rzeczy. Uff.