czwartek, 26 września 2013

KAROL W AZJI - WYCIECZKA KRAJOZNAWCZA - M.IN. KAWA Z PUPY LISA



Dziś cały dzień jeździliśmy po okolicach (szeroko pojętych) Sanur i zwiedzaliśmy to, co jest to zwiedzenia po drodze. A było co zwiedzać. Mówię wam. To co do tej pory widziałem było ładne, ale teraz zobaczyłem co się naprawdę tu dzieje w okolicach.

Pierwszy punkt to Las Małp - czyli park, gdzie mieszkają takie śmieszne małpy, które nie są schowane do klatek, tylko chodzą sobie normalnie po alejkach i wymuszają na ludziach, żeby dać im banana albo jakiś inny smakołyk. To podobnie jak ja, z tym że ja nie mieszkam w lesie i próbuję wymuszać na rodzicach, co przestało im się z resztą już podobać i nie wiele dostaję. W odróżnieniu od małp, które prezentują swoje wdzieki przed co i rusz nowymi osobami i gawiedź daje się nabrać na te same triki co wycieczka sprzed dwóch i trzech dni. Nawet myślałem, czy by tam nie zostać w tym lesie, ale ogona nie mam, więc towarzystwo by mnie nie zaakceptowało. Poza tym ja nie lubię kraść, a te małpy robią to nagminnie. Np cioci Mai jedna z nich buchnęła paczkę mokrych chusteczek z plecaka, a potem uciekła na drzewo i wszystko wybebeszyła chcąc to zjeść. Szkoda, że ciocia nie miała pastylek rycynowych, wtedy taka małpa poznałaby smak prawdziwego ciśnienia. Tata, czasem przychodząc z pracy o facjacie wyraźnie zmęczonej, nazywa ten stan "permanentną sraczką". O wy małpy, gdybyście tylko poznały to oczyszczające uczucie... Lewatywa napełniona płynną nirwaną. Nirwatywa - tak pewnie się to nazywa po hindusku. A małpa wyrzuciła wszystkie chusteczki z torebki i uciekła w las. Z resztą w bardzo piękny i stary las, gdzie fikusy sięgają 20 metrów i zwisają im liany jak trąby słonia. Las małp mi się podobał.

Potem pojechaliśmy zobaczyć pola ryżowe. Kiedyś niejaki śpiewak Gniatkowski przynudzał na swojską nutę piosenkę o słowach "Ryżowe pola w wodzie mokną, bawoły groblą ciągną wóz...". Wszystko się zgadzało. Pola mokły w wodzie, nie było jednak bawołów, a chciałem bardzo sprawdzić, skąd im wyrasta grobla, do której mocowało się te opiewane wozy. Niestety pozostanie to dla mnie biologiczną tajemnicą. Tata w każdym razie chyba też nie bardzo wiedział, bo jakoś tak niepewnie rozglądał się po okolicy. Pewnie szukał bawołów.

Kolejnym etapem podróży był wulkan. Wulkan czynny, bo co jakieś 10 lat wypluwa z siebie trochę lawy, która zastyga na jego zboczach a pyły wydychane przezeń urzyźniają glebę w okolicznych sadach i polach ryżowych. Wulkan był dość duży, więc pozwoliłem sobie na wybicie z głowy rodzicom chęć wchodzenia na niego. Tata od razu mnie poparł, bo on po górach chodzić nie lubi, więc nie musiałem za długo się drzeć. Jakieś 15 minut tylko.

Po drodze zajrzeliśmy jeszcze na plantację kawy. A kawę to ja lubię. Z mlekiem.
Na Bali mają dobrą kawę, bo sami ją tu hodują i palą, więc świeżo z plantacji jedzie do kawiarni, gdzie można jej skosztować. Ponieważ moja mama pracuje w firmie, która sprzedaje kawę, z wielkim tym bardziej zainteresowaniem odkrywała jak rosną ziarenka, jak się je potem pali i jak pachnie świeżo uprażona kawa. A pachnie przednio.

Jest jeszcze jedna rzecz, której spróbowaliśmy na tej plantacji. Co prawda obrzydlistwo to było, ale mama stwierdziła, że warte swojej ceny.

Żyją na Bali takie małe liski, lokalnie zwane Luwak, a po naszemu Łaskun Muzanga, które zjadają najpierw ziarenka kawy, tylko te najlepsze, a potem po ich nadtrawieniu wydalają je. Wiecie co by było, gdyby okazało się, że ich kupy nie mają żadnej wartości? Łaskuny pewnie rodziły by się bez pup. Na szczęście ich kupy, po umyciu i osuszeniu to wartość około 2000 Euro za kilo. Bo tyle kosztuje kawa, zwana Kopi Luwak robiona z oczyszczonych i oskubanych ziarenek kawy wydalonych przez te przemiłe stworzenia. Na degustacji tej kawy, ze skrzywionymi ustami wszyscy orzekliśmy, że rzeczywiście kawa ta jest niezła.

Widziałem też wielkiego nietoperza. Ale chyba na nasz widok zemdlał, bo siedział przez chwilę z głową do góry.

Ostatnim elementem wycieczki była świątynia z XI wieku wykuta z skale i otoczona polami ryżowymi. Na mnie nie zrobiła wrażenia, a na rodzicach owszem, ale może wypieki na twarzy mieli dlatego, że musieli mnie wnosić po znacznej ilości schodów na górę i w dół. Nie wiem, ale szybko uciekliśmy, gdyż zaczęło mi się nudzić. Nie było placu zabaw.
Tak jakby w XI w. dzieci miały inne wymagania niż teraz. Zjeżdzalnia, huśtawka i piaskownica. Czy my dwulatki prosimy o zbyt wiele? A może mnisi na tych terenach żyli w celibacie i nie trzeba było budować przybytków dla młodzieży? Znów te pytania i znów brak odpowiedzi. O dorosłości! Studnio mądrości, czerpaku inteligencji, wiadro światłości!Przybywaj...

Wycieczki krajoznawcze są ciekawe, bo ciągle coś się zmienia, ktoś mnie nosi na rękach, gdyż czas gra ważną rolę w wykonaniu planu (a tata twierdzi, że się ciągnę jak ślimaków stado) więc transport jest, zawsze moża poznać kogoś, kto jeszcze nie dał mi ciastka, a poza wszystkim lubię jak moi starzy mają coś od życia. Polubiłem wyspę Bali. Polecam.

Mam taką małą jednak uwagę do Bali. Przestałem być trochę w centrum zainteresowania lokalnej społeczności. Ma to pewnie związek z faktem, iż wyspa ta jest mocniej uturystyczniona i widuje się tu czasem ludzi z Europy podróżujących z dziećmi, więc mały białas nie jest niczym nowym. W Malezji było inaczej, gdyż wszędzie gdzie tylko mrugnąłem okiem kończyło się to albo chęcią dotknięcia mojej buzi/ręki/nogi/brzucha (to musiałem jakoś znosić) albo obdarowaniem mnie czymś słodkim (to mi wynagradzało ciągłe mnie macanie przez wszystkich). Bo inaczej muszę (choć z ciężkim sercem) nadwyrężać portfel moich opiekunów wymuszając na nich zakupy towarów, które mógłbym przy odpowiednim splocie wydarzeń dostać całkowicie bezgotówkowo. A ja nie chcę być dla nich ciężarem. Ot co.