poniedziałek, 23 września 2013

KAROL W AZJI - BALI

Moi rodzice lubią zachwycać się faktem, że nie mam problemu z lataniem samolotem. Nie dziwne jest to skoro za każdym razem wszyscy traktują mnie jak pasażera pierwszej klasy. Mam miejsce do spania, jedzenie przychodzi o czasie nie takim jak dla wszystkich, tylko wtedy kiedy się obudzę, a ludzie wokół są dla mnie cukierkowo mili.

Lot do Denpasar na jednej z wysp Indonezyjkich przebiegł mniej wiecej podobnie, choć z jedzeniem było trochę bardziej krucho, gdyż AirAsia to tania linia lotnicza w związku z czym posiłki należy sobie kupować samemu. Ale wynagrodziło mi to wyłożenie się na dwóch siedzeniach i przespanie większości trasy. Ponieważ dziennie śpię około 3 godzin przesypiam jakąś tam część wakacji, ale powiem wam szczerze, jakoś mnie to nie przeraża. W wakacje człowiek powinien robić to na co ma ochotę, a drzemka to dokładnie to, co chcę robić podczas moich wakacji. Codziennie i bez wyjątku.

Pan taksówkarz, uśmiechnięty człowiek o ciemniejszej skórze bardzo sympatycznie zapakował mój wózek do bagażnika, a mama powiedziała gdzie chcemy jechać. Ponieważ nie zastanawiałem się wcześniej nad faktem, że ludzie tu w około są sporo ciemniejsi niż my, z Warszawy, patrzyłem przez całą drogę na pana w lusterku i zastanawiałem się, z jakiego powodu na Bali (ale także w Malezji) ludzie mają skórę o kolorze przypominającym ciemną czekoladę, jednak z większym odcieniem brązu. Może słońce ich opaliło, skoro tak długo tu już mieszkają? Czekam na ten moment, kiedy będę mógł zadać tacie te wszystkie trudne pytania, które mnie dręczą. Bo niby się można domyślać, ale pewności nigdy nie ma. Na razie mój zasób słów, jakie umiem powiedzieć ogranicza się do kilkunastu, a z nich pytania o pigmentację skóry i proces tworzenia melatoniny u mieszkańców Indonezji nie sklecę. Jeszcze nie.

Dojechaliśmy do ładnego i ukrytego hoteliku w mieście Sanur, gdzie nie ma aż tak wielu ludzi, a dostęp do plaży jest łatwy.

Oceniając Bali z tego co już widziałem - to piękna, malownicza, zielona wyspa, wynurzająca się z Oceanu Indyjskiego jak wielki żółw, który powoli wychodzi z wody. Niespiesznie i bez żadnego ciśnienia. Góry wulkaniczne tworzą scenerię, która przypomina mi dżunglę z filmów o Indiana Jones'ie, a woda, która oblewa całość jest niebieska i czysta. I dość zimna w dniach kiedy przybyliśmy na wyspę. (O tym powiem w rozdziale - nurkowanie rodziców bez Karola)
W ogóle temperatura na Bali w wrześniu nie jest taka, jaką doświadczaliśmy w Singapurze czy w Kuala Lumpur. Nawet na wyspach Perenthian było dość gorąco. A tutaj okazuje się, że kiedy świeci słońce, to oczywiście pupa się poci, ale kiedy tylko człowiek się skryje w cień, albo zapadnie mrok, upał (który i tak nie jest tak żrący jak w wyżej wymienionych miastach) lżeje i czasem nawet mama zakłada bluzę, kiedy wybieramy się na wieczorny spacer.

Przy plaży ciągnie się dość długi chodnik, którym można przejść całe miasto od strony oceanu. Podczas jednego ze spacerów tą promenadą natrafiliśmy na ceremonię, która jak mi Tata wytłumaczył, była odpowiednikiem polskiego pogrzebu. Od razu mi się zaczęły cisnąć na usta pytania o tym, czemu ludzie umierają, kiedy wszyscy ludzie umrą etc, ale znów nie byłem w stanie wyeksplikować ich czerpiąc z koszyka zasobowego moich słów. Więc odpuściłem, zaparkowałem na czas jakiś i zacząłem oglądać co się dzieje.

Powiem to na wstępie, bo to opowiadanie tylko dla dzieci o mocnych nerwach, trup się słał gęsto. Bo Balijczycy doszli do wniosku, że ten dzień jest najlepszy na takiego typu ceremonię, więc uzbierali kilka rodzin, jakie właśnie pożegnały swoich bliskich i zrobiono kilkugodzinne, wielorodzinne spotkanie, które między jedzeniem, śpiewaniem i ubieraniem się bardzo odświętnie wiązało się też z paleniem ciał. Bo Balijczycy to głównie wyznawcy hinduizmu, a w tej kulturze kremuje się swoich zmarłych. Swoją drogą etymologia słowa - kremacja - musi być bardzo zawiła, bo kojarzy mi się raczej z nasmarowaniem skóry mleczkiem o wysokim UV. Co może akurat w tym wypadku nie byłoby pozbawione aż takiego sensu, gdyż sam proces spalania zachodzi w wysokich temperaturach, a mama zawsze mówi, że jak jest gorąco, to trzeba się wymazać kremikiem.

Ceremonia, do której dołączyliśmy zaczęła się już trochę wcześniej więc zza ogrodzenia widziałem dość spory tłum ludzi otaczający kolorowe budowle, na których szczytach stały wręcz sarkofagi. Wszystko w kwiatach, ziołach oraz innych darach takich jak jajka czy ciasto. Bardzo to wszystko dziwne, bo dla naszej kultury pogrzeb to sytuacja dogłębnie smutna, przeważnie pada deszcz, jest szaro, wszyscy ubrani są na czarno i łza spada często. Tutaj było zupełnie odwrotnie. Panie były pięknie ubrane, panowie na jasno i z kolorowymi dodatkami, a wszyscy skłębieni przed konstrukcjami, które na górze miały miejsce na wiecznego pasażera i czekały na odpalenie. Niestety nie silników, ale stosu pod daną konstrukcją. Na szczęście w trakcie kiedy podpalano jedną budowlę przyszedł czas na moją drzemkę, więc jedyne co mi pozostało, to zdjęcia, które tata robił, kiedy ja w cieniu palmy kokosowej oddałem się uwodzicielskiemu poczuciu, że spadam.

Kiedy się obudziłem siedzieliśmy w barze na plaży, a rodzice właśnie kończyli jeść kluski. Rozumiem, że rozumiecie, iż natychmiast wstałem i poprosiłem o swoją porcję.

O mieście napiszę jeszcze trochę, jak się po nim bardziej rozejrzymy, bo na razie od dwóch dni codzień wypływamy na nurkowanie. To znaczy, ja zostaję na łodzi albo brzegu, a rodzice nurkują. Z tą jawną niesprawiedliwością rozprawię się w następnym poście.