piątek, 31 maja 2013

WYPADKI CHODZĄ PO DZIECIACH C.D.


Kiedy dojechaliśmy do parteru drzwi zaczęły się rozsuwać. Winda miał już parę lat, więc trochę trzeszczała i posiadała kilka szparek tu i tam. Jedna z tych szparek znajdowała się między framugą a rzeczonymi drzwiami, a ponieważ Karol bardzo chciał wyjrzeć szybko zza otwierających się wrót, przyssał obydwie dłonie do ruchomych części i wypatrywał korytarza w powiększającej się szczelinie.
an old elevator door
Kiedy niczego niespodziewające się paluszki dotarły do framugi, drzwi starego typu nie wyczuły oporu i z konsekwencją otwierając się wciągnęły cztery z nich pomiędzy dwa metalowe elementy. Reakcja była bardzo szybka. Najpierw zdziwienie, spojrzenie na mnie, potem otwierające się szeroko oczy, a w ślad za oczami - buzia. Wszystko trwało może sekundę, syrena oświadczająca,  że dzieje się coś złego odpaliła bez problemów. Karol krzyczał a ja bardzo szybko, zanim poszło to za daleko odchyliłem jedną blaszkę i wyjąłem  cztery paluszki z pułapki. Nie było na nich śladów zadrapań, ani mocniejszych uszkodzeń, więc z ulgą uniosłem młodego do góry i przekazałem mamie na terapię buziakową. Płacz trwał jeszcze chwilę, ale na szczęście straty nie były wielkie, stąd kiedy ból minął na twarzy Karola pojawił się szeroki, jak zwykle, uśmiech.

Przytaczam tę opowieść dlatego, że mam takie poczucie, iż tata powinien być w takich chwilach mózgiem operacji i sztabem generalnym. Kiedy dochodzi do nawet najmniejszego wypadku oczekuję od siebie szybkiej reakcji i momentalnego przeciwdziałania negatywnym zdarzeniom. Nie chodzi o to, żeby komuś udowadniać ważność roli ojca, bo jestem na takim etapie życia, że jest niewiele sytuacji w których muszę coś komuś udowadniać. To bardziej takie naturalne i głęboko zakorzenione poczucie, iż w takich trudnych sytuacjach jestem po prostu potrzebny, bo potrafię na chwilę wyłączyć emocję i zadziałać. Skutecznie. CDN : )