środa, 29 maja 2013

WYPADKI CHODZĄ PO DZIECIACH


elevator
Jak każdy rodzic staramy się, aby naszemu dziecku nic się nie stało, ale jak każdy rodzic, mimo szóstego zmysły i oczu dookoła głowy, czasem zawalamy i dziecko robi sobie coś, co nawet by nam do głowy nie przyszło. Dobrze, jeżeli to coś kończy się szczęśliwe chwilą płaczu a potem jest powodem napisania posta na blogu. Gorzej natomiast, kiedy przypadek ma swój finał na ostrym dyżurze u chirurga. Czytelników o słabych nerwach uprzedzam, że na szczęście ta opowieść skończyła się tylko strachem i kilkoma, jak groch wielkimi, łzami Karola.

Jechaliśmy windą na parter, Karol jak zwykle przycisnął guzik -1 a potem domagał się, aby go podsadzić do przycisku z symbolem wentylatora.
- uuuuu - powiedział kiedy wiatrak osiągnął całkowitą moc przelotową.
- tak, Karol. Wiatrak działa, żeby w windzie nie pachniało psem, który wrócił ze spaceru i musiałbył się zmoczyć bo śmierdzi tu niemożebnie zroszonym kundlem rasy "everybody joins the party" - użyłem dość skomplikowanej formy retorycznej, ale rzeczywiście na piętrze 3 mieszka u nas w bloku rodzina, która wozi windą psa. Lubię psy i nie mam nic przeciwko wożeniu ich windą, ale w tym przypadku niestety jego zmoczona sierść mogłaby konkurować z zamkiem nad Loarą, z jakiego po zabrudzeniu wszystkich komnat król Ludwik któryś tam, zabiera właśnie swoją rodzinę do kolejnego, który w zamyśle miał z tego samego powodu po pół roku być opuszczony.
At one time or another you'll probably need the Dirty Dog Doormat!!!
- hau - skwitował to Karol. Miał dopiero półtora roku, więc był oszczędny w słowach. Jednak wiedziałem, że mnie rozumie.

C.D.N.