środa, 26 czerwca 2013

WIEK 'nie'

Karol mając rok i siedem miesięcy zaczął wchodzić w wiek nazwany buntem dwulatka, a ponieważ jeszcze nie miał dwóch lat, nazwałem ten okres okresem "NIE"



Znam dzieci, które robią to bardziej spektakularnie i głośniej, ale ten okres, jakkolwiek dziecko przezeń nie przechodzi, jest dla wszystkich rodziców pewnego rodzaju próbą. Bo jeszcze nie do końca potrafi powiedzieć taki bąbel, a już rozumie tak dużo, że z pełną świadomością może się nie zgodzić. Mimo, iż staraliśmy się nie używać w stosunku do niego słowa "NIE", żeby pokazać, że jest wiele sposobów na wyrażenie swojej dezaprobaty, bardzo ciężko jest uniknąć całkowicie tego słowa. Z resztą nie o to nam chodziło. Raczej chcieliśmy sami nie wpaść w pułapkę zabraniania mu rzeczy, które są właściwie nie dla niego, ale jakby tak się przyjrzeć im z bliska, to czemu miałby ich nie robić? Jak np. grzebanie w szafce z garnkami. Minus - trochę głośno się robi w kuchni, ale za to radość w jego oczach kiedy gotuje zupę ze szmatki oraz rękawicy kuchennej? Bezcenna. Dlatego NIE wychodziło naszych ust rzadziej niż mogła by na to wskazywać sytuacja.

Jednak Karol zrozumiał znaczenie przeczenia i zaczął używać go regularnie. Pół biedy, kiedy informuje o stanie rzecz ( czy zrobiłeś siku? Karol, śpisz? jesteś głodny?) a problem zaczyna się wtedy, kiedy nie chce czegoś zrobić. A Karol ma charakter i raczej ma określone chęci lub ich brak. Dlatego zdecydowaliśmy się na eksperymentalną metodę, która o dziwo (bo wydawało się nam, że jest za mały, żeby zrozumieć tryb warunkowy) zdaje egzamin i polecam jej wypróbowanie. Chodzi o to, aby nie zabraniać, tylko stawiać warunki, pod których parasolem jesteśmy w stanie zmusić  dziecko do zrobienia tego co chcemy w zamian za to, że dostanie od nas to co chce, lub tego zamiennik, w odroczonym czasie. My się nie poddajemy, a ono ma wrażenie, że dostało to czego chciało. Jakbyśmy czytali podręcznik "wstęp do negocjacji".


Przykład pierwszy. Karol lubi jeździć samochodem. Lubi także siadać za kierownicą i udawać, że prowadzi auto. Czasem jest tak, że nie wejdzie na swoje siedzenie z tyłu, tylko od razu prze na siedzenie z przodu i łapie za kierownicę. Któregoś razu otworzyłem tylne drzwi i już miałem go wsadzić na jego fotelik, kiedy rozpoczął dość głośne jamochłonowanie exspresis verbis, co prawda w swoim języku, więc obrazić się nie mogłem, ale przekaz zrozumiałem. Mogłem powiedzieć "siadaj natychmiast" i wepchnąć go do jego miejscówki, ale wybrałem trudniejsze rozwiązanie. Powiedziałem, że owszem, usiądzie na miejscu kierowcy, będzie mógł pokręcić kierownicą, i nawet pozmieniać biegi, ale za pięć minut, kiedy zaparkuję samochód po drugiej stronie ulicy. Wydawało mi się, że ta forma wypowiedzi będzie dla niego zbyt trudna, że argument - jeżeli usiądziesz to potem dostaniesz - będzie za słaby dla małego człowieka, który całym sobą był ucieleśnieniem słowa CHCĘ, ale ku mojemu zaskoczeniu Karol potwierdził swoim wyraźnie zakończonym na literę K a nawet przeciągniętym TAAKKK, i dał się wsadzić do fotelika. Po przyjechaniu na miejsce miałem nawet pokusę wyjęcia go z samochodu i zaniesienia od razu do domu, ale potem pomyślałem sobie, że obiecałem mu chwilę za kierownicą i że będzie mógł pozmieniać biegi. Nie pamiętał już tego. Ja jednak odpiąłem jego malutkie pasy i zaprosiłem go do siebie. Nieśmiało usiadł na moich kolanach i zatrąbił szukając w moich oczach aprobaty. Znalazł jej całe 100%. Bo taka była umowa.