środa, 5 czerwca 2013

CZY FACET MOŻE RODZIĆ?

Google Image Result for http://breakitdownpete.files.wordpress.com/2011/06/father.jpg

Kiedyś na jakimś spotkaniu ze światłymi ludźmi mediów wszedłem przypadkowo w dyskusję ze znaną prezenterką lifestylową stacji TVN na temat porodu. Opowiadając historię narodzin Karola użyłem jak zwykle stwierdzenia, iż rodziliśmy z żoną razem. Nie zastanawiając się jakoś głęboko nad tym, jak to brzmi ( bo oczywiście fizycznie rodziła Beata) ale jako że byłem z Nią calutki czas obydwoje doszliśmy bez większych i wyeksplikowanych uzgodnień do wniosku, że rodziliśmy razem. Dla Niej to stwierdzenie też jest jak najbardziej naturalne, więc używam go na co dzień  Jednak tego dnia moja rozmowa stanowiła zaczątek do przemyślenia sprawy jeszcze raz.
- rodziliśmy 15 godzin, to było przeżycie dla mnie i dla moja żony. Ale wszystko udało się na 100% - powiedziałem po tym jak opisałem cały proces przygotowania, jazdy do szpitala i tych szczegółów, które były tak ważne podczas tego dnia.
- rodziliście tak? - a Twój udział w skurczach to jaki był - 50 procent?
- nie, no oczywiście, że cały ból był po stronie żony - odparłem jeszcze nie czując, że wszedłem w świetnie przemyślaną, i bez szans na wygranie, dyskusję.
- No to znaczy, że Ty nie rodziłeś. - szukałem chociaż cienia sympatycznej zaczepki, którą mógłbym wykorzystać do wytłumaczenia, co rozumiem przez fakt nazywana porodu wspólnym. Nie znalazłem.
- No dobra. Niech będzie. Urodził mi się zdrowy syn i dostał 9 w skali Apgara. - powiedziałem podkreślając Karola jako podmiot tego zdania.
- sam się urodził. - stwierdziła dziennikarka, która chwilę wcześniej z uroczym uśmiechem kończyła wywiad ze znaną modelką przed kamerami telewizyjnymi.
- sam się nie urodził, bo pomagała mu położna. A cały czas parła żona. - trochę już zniesmaczony tym dyskursem odparłem, ale nie dawało mi spokoju to, że angażując się mocno w poród mojego dziecka, wierząc, że moja obecność podczas porodu coś jednak dała, mając bardzo silne emocje do tego wszystkiego musiałem tłumaczyć co mam na myśli osobie, która zupełnie nie chciała zrozumieć co mam na myśli.
- Zostawcie ten temat, bo widzę że się nie dogadacie, a Hubert nie miał tej wypowiedzi zamiaru nadać barwy szowinistycznej, znam go trochę. - w sukurs przyszła mi znajoma, która znała mnie i tę dziennikarkę na tyle, że mogła sobie pozwolić na rozdzielenie nas jak mama rozdziela dwoje nastolatków kłócących się o to, czy lepsi są chłopcy z Back Street boys, czy James Hetfield z Metallici.

Uśmiechnęliśmy się do siebie z tym, że mój uśmiech miał na celu zamknięcie potyczki a jej twarz jak prompter pod kamerą emitowała komunikat - "bardzo się z Tobą nie zgadzam, i gdybyśmy mieli więcej czasu, to udowodniłabym Ci jak bardzo nie masz racji". C.D.N