czwartek, 2 stycznia 2014

BAKTERIE W SŁUŻBIE RODZICOM


Były dwa momenty w życiu dwuletniego Karola, w których bardzo przydała się teoria bakterii, którą uznałem za stosowne wprowadzić kilka miesięcy temu. Dziś Karol świetnie wie czym są bakterie, jakie złe skutki przynosi ich hodowanie i dlaczego kiedy Tata mówi, iż należy zadbać aby ich nie było, Karol potrafi zacisnąć zęby i pokonać nawet największe lęki. A propos zębów.

Karol myje zęby sam. Od pierwszego roku życia albo nawet jeszcze wcześniej. W momencie kiedy zrozumiał na czym polega trzymanie szczoteczki w ręku wiosłuje w jamie ustnej jak galernik wynajęty na czas określony w celu dopłyniecia do nowych lądów. Efektywność Karola jednak jest dużo gorsza niż rzeczonego wioślarza. Mazanie pastą po zębach, języku, lustrze i podłodze sprawia mu jednak na tyle dużą przyjemność, że trwać to potrafi nawet kilka dobrych minut. I oczywiście chce to robić sam. Ale zęby czyste być muszą więc zacząłem tłumaczyć mojemu synkowi, że po wymyciu przez niego uszczękowienia należy sprawdzić, czy wszystkie bakterie, które miał w buzi zostały wyjęte. W tym celu proszę go o to, aby szeroko otworzył buzię i powiedział aaaa, a ja tą samą szczoteczką będę sprawdzał czy jeszcze się jakieś nie zaplątały. I spokojnie czyszczę mu od piątek po jedynki najpierw na górze, potem na dole i za każdym razem po wyczyszeniu pewnej partii uzębienia pozwalam Karolowi zabierać ze szczoteczki i wyrzucać do umywalki wyimaginowane bakterie.

Karol wie, że bakterie gryzą. Zastanawiałem się, czy wprowadzać mu taki, no powiedzmy sobie szczerze dość drastyczny ich obraz, ale chyba nie ma w tym zbyt dużej dozy przesadyzmu, bo w gruncie rzeczy bakterie potrafią wyrządzić szkodę, a że nie mają malutkich jamochłonów to na razie syn nasz nie musi o tym wiedzieć. Ważne jest to, że perspektywa bycia podgryzionym przez te małe stworzonka, poza regularnym otwieraniem buziaka dała mi jeszcze jedną możliwość, a mianowicie wymycie włosów w sposób taki, żeby nie wiedziała o tym cała klatka z parterem włącznie. Właściwie powiniem wprowadzić dodatkowo pojęcie drożdżaków, bo to one atakują skórę głowy żerując na płaszczu wodno-lipidowym, jaki tworzy się powierzchni głowy, ale tego byłoby chyba za wiele. Bakteria sprawdza się fantastycznie, bo ostatnio Karol po wprowadzeniu terminu bakcyla na włosach niczym potulny baranek przechylił głowę do tyłu i dał sobie wylać cały kubek wody na nią, a potem dzielnie zniósł proces mycia szamponem i płukania. Wcześniejsze próby takiego zabiegu nieprzygotowanemu śmiałkowi groziły trwałym uszkodzeniem trąbki eustachiusza oraz krwawym kikutem, w miejscu gdzie wcześniej miał dłoń. Tym razem wszystko przebiegło bez słowa. Karol cierpiał, zamykał oczy, ale wiedział, że bakterie zmyć trzeba. I był naprawdę dzielny.
Dziękuję wam bakterie. I polecam tę koncepcję do sprawdzenia w praktyce.