poniedziałek, 13 stycznia 2014

WYSTĘPY GOŚCINNE - DZIECISAWAZNE.PL - O PODRÓŻACH

Zdarzyło się mi napisać kolejny artykuł do znajomego portalu dziecisawazne.pl
oto jego kopia i link tamże. 

http://dziecisawazne.pl/daleka-podroz-z-dwulatkiem/

Podróżowanie z dzieckiem jest fantastyczne. Przekonaliśmy się o tym podczas ponad trzytygodniowego, prawie zupełnie niezaplanowanego wyjazdu do Azji z naszym niemalże dwuletnim Karolem. Myśleliśmy, że podczas podróży to my go czegoś nauczymy. Jak się okazało, było zupełnie na odwrót.

1

Z dwulatkiem pod pachą

Wyjazdy z dzieckiem to nic nadzwyczajnego, pod warunkiem że nie chce się kopiować swoich przed-macierzyńskich zachowań i nie zabiera się go na nie do końca zaplanowaną wycieczkę, podszytą nawykami backpackingowymi (nurt backpackerski to odłam podróżników, którzy jadą „w ciemno”, nie rezerwują hoteli przez Internet na miesiąc przed wylotem, pakują plecak maksymalnie do 10 kg na osobę, a w rękach, niczym Biblię, trzymają bezobrazkowy przewodnik pewnej australijskiej firmy) od momentu wylotu, aż po sam powrót. W takiej konfiguracji wydarza się bardzo wiele. Na taką konfigurację zdecydowaliśmy się wyruszając z naszym malcem na podbój Malezji i Indonezji.
Jak zwykle nie zaplanowaliśmy noclegów, ani nawet trasy, jak zwykle wzięliśmy tylko garść gotówki, paszporty, minimum ubrań swoich i taką ilość ubrań Karola, żeby nie robić prania codziennie, i ruszyliśmy na spotkanie z przygodą – z dwulatkiem pod pachą.
4
Przed urodzinami Karola podróżowaliśmy mnóstwo razy w bardzo odległe miejsca i niezmiernie wiele radości sprawiało nam bycie ze sobą oraz dzielenie się na gorąco tym, co widzimy, co przeżywamy i czego doznajemy. Docieraliśmy się jako para, potem jako mąż i żona, dobrze nam było z tym, że takie długie i czasem męczące fizycznie wyjazdy spajały nas i udowadniały, że w sytuacjach wyjątkowych możemy na sobie polegać. Mieliśmy nadzieję, że trzeci uczestnik nie zmieni tego zbytnio. Okazało się jednak, że zmienił. Na szczęście na lepsze.
Wynieśliśmy z tej wycieczki kilka nauk. Wszystkie okazały się pozytywne i wszystkie zaskoczyły nas i w pewnym sensie poprawiły zrozumienie naszego dziecka.

Lekcja pierwsza

Na takiego typu wyjazdach z dzieckiem trzeba brać pod uwagę jego potrzeby. Dla dobra grupy. Dwulatek, mimo iż jeszcze słabo (z racji mizernego wykorzystania zasobu słów oraz narządu mowy) eksplikuje swoje potrzeby, ma je i, chcąc nie chcąc, należy rytm wycieczki dostosowywać do tego, co malec może znieść i czego w danym momencie pragnie. Wakacje to dla niego zabawa, a zwiedzanie Chinatown przez pół dnia może wydać się fascynujące, pod warunkiem że: a) nie ma się 2 lat i b) nie chce się właśnie iść na plac zabaw. Musieliśmy o tym pamiętać.
5

Lekcja druga

Dwulatek może się zgubić, bo bardzo szybko biega. Mieliśmy w pewnym momencie taki niecny plan, żeby henną napisać Karolowi na dłoniach awaryjny numer telefonu jednego z nas, w razie jakby udało mu się zbiec spod naszej kurateli. Potem zmieniliśmy podejście do pilnowania Karola i za każdym razem kiedy nie był przytroczony do wózka (tak, wózek typu parasolka wiele razy uratował nam życie), jedno z nas ogłaszało, że wachta jest jego i że patrzy na młodzieńca nieustająco.

Lekcja trzecia

Dwulatek fascynuje się smakami nie mniej niż jego rodzice. Zauważyliśmy, że Karol świetnie radzi sobie z lokalnym potrawami, co było o tyle praktyczne, że nie musieliśmy zamawiać mu osobnego menu. Poza tym ten mały człowiek miał bardzo jasno określony gust kulinarny, na szczęście pasujący idealnie do tego, co serwowano w Singapurze, Malezji czy na Bali. Kuchnia ta, choć zapewne spłycam zagadnienie, opiera się na hinduskiej, bardzo aromatycznej i gęstej mieszaninie jogurtu i ziół ze stajni garam masala, chińskiej, szybko usmażonej w woku zieleninie zroszonej sosem sojowym i kluskami ryżowymi oraz malezyjskiej ostrej zupie rybnej, której składniki, gdy zobaczy się je przed ugotowaniem, nie zapowiadają absolutnie uczty podniebienia, jakiej doznaje jedzący po podaniu całej potrawy w misce. To oczywiście nie wszystko. To tylko urywek tego, czym potrafi upoić ta szerokość geograficzna. Na szczęście Karol polubił ostrość przypraw, słoność sosów i lekkość ryżowych klusek, a perspektywa takiego posiłku była jednym z najefektywniej działających argumentów podczas prowadzonych po drodze dyskusji. Na szczęście także rejony, jakie udało nam się odwiedzić, są w miarę higieniczne, więc ani my, ani dziecko nie cierpieliśmy z powodu zbytniej niefrasobliwości w doborze barów, w których się stołowaliśmy.
3

Lekcja czwarta

W Azji, zwłaszcza w miejscach rzadko odwiedzanych przez turystów, białe dziecko stanowi wyjątkowe wydarzenie. Północ Malezji (Kotha Baru) to miasto, gdzie zajeżdżają nieliczni. W takich miejscach białe dzieci (a nasz Karol do tego wszystkiego jest jeszcze blondynem) pojawiają się na tyle rzadko, że wzbudzają ogólne poruszenie. I sympatię. Bo Azjaci w ogóle lubią dzieci. Ilość ciastek, owoców, batoników, które Karol dostał, była na tyle duża, że przyznaję, iż ciężko mi było to zliczyć. Ilość uśmiechów i dotknięć, jakimi został obdarowany nasz syn, była jeszcze większa. Nie liczyłem także zdjęć wykonanych komórkami, na których Karol sam, lub z właścicielem danego aparatu, pozował uśmiechając się nieswojo, a następnie… uciekał, gdzie pieprz rośnie.

Lekcja piąta. Bardzo ważna

Karol cieszył się podczas wyjazdu prostymi rzeczami. Nieświadomie nauczył nas tego. Jako dorośli coraz mniej zwracamy uwagę na to, co jest najprostsze i najniezwyklej zwykłe. Któregoś dnia nasz syn wyszedł z małego i podziurawionego zębem czasu drewnianego domku na plaży, stanął na tarasie, popatrzył na zachodzące, ale jeszcze cały czas dość intensywnie operujące słońce, wyciągnął doń rękę i powiedział „tata, ciepło”.
Innego dnia, gdy kopaliśmy w piasku na plaży zamek (który co prawda przypominał bardziej wydmę z racji na płaskość i brak wieżyczek), temperatura otoczenia rozpieszczała nas swoimi wakacyjnymi trzydziestoma stopniami, Karol wsadził rękę w świeżo wygrzebaną przeze mnie dziurę w piasku i kiedy podeszła ona wodą, spojrzał na mnie z błogim uśmiechem i powiedział „tata, zimno”.
2
Te dwa zdarzenia to tylko mały przykład tego, jak Karol zachwycał się prostymi rzeczami, takimi jak ciepło promieni słonecznych, chłód wody na plaży, cień drzewa, obłędny smak jogurtu z mango czy szum morza w nocy, kiedy je tylko słychać, a już nie widać. Kiedy tak patrzyłem na niego, jak odbiera na najprostszą modłę piękno i zwykłość tego, co nas otacza, zrozumiałem, że dzieje się to po to, żebyśmy z moją żoną zobaczyli jak bardzo nie warto gasić w sobie dziecka i jak wiele traci się pozwoliwszy sobie na dorosłość tak hermetyczną, że promienie słońca to tylko UVA, chłód wody to przeziębienie, a sok ze świeżych owoców to brudna szklanka i nifuroksazyd. Karol chciał nam powiedzieć, że w cząstce, choć w maleńkim kawałku, dzieckiem trzeba być przez całe życie. Żeby nie umknęły nam takie podstawowe, a jednak genialne elementy otaczającej nas rzeczywistości. O tym nam przypomniał. Tego ponownie nauczył.

Lekcja szósta

Nic tak nie zbliża jak bycie ze sobą 24 godziny na dobę. W domu mamy dla siebie maksymalnie 5 godzin dziennie. Bo praca, bo zakupy, bo codzienność. Na wakacjach byliśmy zdani na siebie przez cały czas. Były lepsze i gorsze chwile, była podróż przez 13 godzin w jednym samolocie, był płacz i śmiech, sen i szaleństwa. Cała rodzina non stop ze sobą. W pełni. Zobaczyliśmy, jak nasz syn się zmienia. Jak zaczyna mówić, bo właśnie na ten okres przypadł u Karola wysyp słów. Może właśnie dlatego, że wszystko działo się tak raptownie, że dni przelatywały jak w kalejdoskopie i jednak wyjęty został ze swojej strefy komfortu domowego, to właśnie tak szybko przez te trzy tygodnie się rozwijał? A może po prostu mieliśmy w końcu czas na to, aby patrzeć na niego bez przerwy i bardziej uważnie? Nie wiem tego, ale wiem, że gdybym nie był wtedy przy nim cały czas, miałbym wrażenie, że straciłem ważny etap w jego życiu.
Nasza podróż trwała ponad trzy tygodnie. Zwiedziliśmy Singapur, północną i środkową Malezję, oraz jedną z wysp należącą do Indonezji – Bali. Przejechaliśmy ponad dwa tysiące kilometrów autobusami, busikami i samochodami, sześciokrotnie lecieliśmy samolotem. Mieszkaliśmy w motelach i hotelikach o lokalnym standardzie, za to inwestowaliśmy w atrakcje, które przynosiły nam i Karolowi dużo emocji (zoo w Singapurze, podróż łodzią na Perhentian Islands, największy plac zabaw z basenem w Kuala Lumpur). Dziś wiemy, że tę samą trasę zrobilibyśmy z powodzeniem bez Niego, ale jesteśmy pewni, że wcale nie chcielibyśmy jej robić tylko we dwójkę.
Nasz syn niewiele będzie pamiętał z tej podróży, bo w końcu miał dopiero dwa lata, ale wierzę głęboko, że gdzieś w podświadomości pozostaną w nim te momenty, kiedy wszyscy śmialiśmy się do łez, kiedy zasypialiśmy wsłuchani w odgłos falującego morza czy jedliśmy te same kluski z sosem słodko kwaśnym. Na pewno w nas pozostanie takie poczucie, że mimo iż trzeba włożyć w to wiele wysiłku, dalekie podróże i odkrywanie świata bez dziecka są niepełne. Jesteśmy dowodem na to, iż warto zadać sobie trud zabrania ze sobą małego człowieka w nieznane, bo tak wiele można się wtedy o świecie, ale głównie o sobie, nauczyć. Karol udowodnił nam to pokazując, co przeoczylibyśmy, gdyby nie jego obecność. Dzięki, Karol.