sobota, 24 października 2015

KAROL W JAPONII - Rzecz o świątyniach i nowoczesności






Buddyzm w Japonii jest wyznawany przez 85% społeczeństwa ale myślę, że z buddyzmem w Japonii jest podobnie jak w Polsce z katolicyzmem. 20-30% się w to porządnie włącza a reszta deklaruje, czasem pójdzie na ślub albo chrzciny a potem robi swoje, nie koniecznie związane z  wiarą. Paradoksalnie w Japonii 90% ludzi to zdeklarowani sintoińczycy - paradoksalnie bo te dwa procenty się nie dodają, są równolegle, nakładają się na siebie i dzięki temu w Japonii można spotkać świątynie i kościoły. Kościoły należą do sekt, a świątynie do wyznawców buddyzmu. I czasem ludzie chodzą tu, czasem tam. Jak okazja wymaga. Pewnie bardzo spłaszczam to co zobaczyłem, ale rozmawiając z naszą zaprzyjaźnioną rodziną z Kyoto (z rodu Ohara - zbieżność nazwisk ze Scarlett przypadkowa) takie wrażenie odnieśliśmy. Z resztą im bardziej społeczeństwo jest uprzemysłowione i na wyższym stopniu rozwoju konsumpcji się znajduje tym bardziej marginalizowana jest funkcja wiary i kultów. Japonia wydaje się być tegoż przykładem. Mimo jej zamkniętości na inne kultury (trudno jest się zasymilować obcokrajowcom) i wydawałoby się tradycjonalizm nie widać tylu mnichów na ulicach, nie czuć religii na ulicach, tak jak w Tajlandii czy w Indiach. Świątynie są zamkniętymi tworami, robiącymi wrażenie, a jakże, ale nie wychodzą na ulice tak bardzo jak w innych krajach azjatyckich. 

W Kyoto trafiliśmy na targ wokół świątyni (tu trochę sobie zaprzeczam, gdyż akurat ta impreza była wyjściem na ulicę spoza bram świątyni, ale bardziej chodziło mi w poprzednim wersie o wychodzenie mentalne na ulicę, o widoczne życie religii wśród ludzi, pod strzechą - a targ ten był raczej bazarem wszystkiego niż obwoźną formą sprzedaży elementów praktyki kultu Buddy) dzięki któremu mogliśmy wejść na teren i zobaczyć budynki i ogród bez dużej ilości turystów. Lokalni, którzy przyszli kupić towary nie zaglądali tłumnie do środka świątyni, więc można było spokojnie popatrzeć i zobaczyć jak wyglada. Świątynie są tu drewniane, maja charakterystyczne bramy, przez które wchodzi się na teren ogrodu a potem ścieżką dochodzi się do głównej budowli, której bardzo japoński portal świadczy o tym, że zaraz będzie można wejść do wnętrza. Nie można się tam poruszać w butach, nie wolno siadać nogami w stronę Buddy a przed samym wejściem należy obmyć ręce w bieżącej wodzie oraz odymić sobie głowę trociczkami. 

Tak było w Kyoto, tak było w Narze, tak było w Himeji i we wszystkich miejscach, jakie odwiedziliśmy. A zwiedzanie Japonii to w pewnej części świątynie. Biorąc pod uwagę prostotę japońskiej szkoły projektowania - świątynie są zrobione na bogato. Rzeźby na zewnątrz, bramy, portale wejściowe, ornamentyka wewnątrz wokół Buddy oraz sam Budda - robią wrażenie. Stanowią one (te świątynie znaczy się) tę część do której Japończycy odwołują się twierdząc, że czerpią z tradycji będąc mocno osadzeni w innowacyjnej rzeczywistości. 

Wysoko zagięte rogi dachów z pokrytych dachówkami kontrastują z hybrydowymi samochodami marki Toyota, "uczesane" ogrody z kamyczków stoją na drugim końcu szali z hiperszybkimi pociągami Shinkansen, wysokie pagody po prawej i lewej stronie świątyni są przeciwwagą dla darmowego szybkiego internetu na każdym przystanku autobusowym w Kyoto. 

To bardzo interesujące połączenie, bo patrząc na to jak Japonia rozwijała się przez wieki, jak mimo swojej azjatyckości (która w innych krajach w regionie powoduje, że jest to źródło taniej siły roboczej) potrafiła stać się synonimem jakości, innowacyjności i zaawansowania. I to przez ostatnie 70 lat raptem. To budujące. Choć, po wyborach w tym roku może się okazać, że Polska włączy wsteczny bieg i będziemy musieli cofnąć się do mentalnego budowania kurhanów. Wolałbym jednak obrać za przykład wariant japoński