wtorek, 27 października 2015

KAROL W JAPONII - ludzie są tu bardzo mili.


- Sorri, you left your ticket on the table - krzyczała za mną przesympatyczna kelnerka, kiedy wychodząc z restauracji z obłędnie dobrym sushi w Hiroshimie obejrzałem się za siebie na chwilę. Zostawiłem wykorzystany autobusowy bilet trzydniowy na tacce obok talerza, gdyż w Japonii strasznie mało jest śmietników publicznych i cały czas ma człowiek wypełnione kieszenie jakimiś świstkami ze sklepu albo korkami od picia. 
- Arigato - podziękowałem po japońsku otrzymując bilet, z którym się już pożegnałem i nawet ucieszyłem, że tak sprytnie udało mi się go pozbyć. 
Nie pierwszy raz widziałem, jak kelnerzy wybiegali za gośćmi, gdyż Ci zostawili coś na stole. Z tym że tamci zostawiali to niechcący. 

Japończycy wydają się bardzo uprzejmi. Uśmiechają się, odpowiadają, nawet jak nie potrafią powiedzieć za wiele do angielsku i chętnie pomagają. Oczywiście w dużych miastach jest inaczej ze znajomością podstawowych słów w obcym języku, ale gdzie byśmy nie byli nie zdarzyło się nam, żeby zapytana na ulicy osoba nie potrafiła odpowiedzieć na nasze proste pytanie - przeważnie o drogę. 

Japonia ma większość drogowskazów także w transkrypcji angielskiej, więc nazwy wymawiając po japońsku zawsze ktoś zrozumie. Na przykład, że chcemy iść do świątyni czy do muzeum. I chętnie pomoże. 

Dziecko także łamie lody, bo wielokrotnie usłyszeliśmy, że nasz Karol jest taki ładny i taki fajny. Co jest oczywiste, bo jest blondynem i ma 4 lata - a taka opcja w Japonii nie jest na każdym roku ulicy do spotkania. Choć turystów z dziećmi jest tu więcej niż się spodziewałem. Mowię o turystach z Europy lub Ameryk, bo azjatyckich nie potrafię odróżnić od lokalnych. 

Zdaje sobie sprawę, że głęboko w Japończykach może drzemać myśl o tym, że jesteśmy obcy, ale jeżeli tak jest (czytałem o tym nastawieniu gdzieś w jakiejś książce) to absolutnie tego nie widać. Dziękowanie za coś drugiej osobie jest wielokrotne, na tyle wielokrotne, ze aż czasem męczące, ukłony przy tym są normalnością, a podawanie większości wartościowych elementów (wizytówki, pieniądze, rachunki, karty kredytowe ) odbywa się dwoma rękoma patrząc osobie głęboko w oczy. Zastanawiałem się nawet, czy fakt że sam podaję banknoty jedną ręką trzymając je między palcem wskazującym a serdecznym, nie jest jest dla nich zbyt nonszalanckie i nieuprzejme. Ale jakoś się nie mogę przełamać i podawać banknotu dwoma rękoma. 

Uśmiech i sympatia idą w parze z szybkim nawiązywaniu kontaktów. 

- Charlie sleep - powiedział szef kuchni, który robił właśnie kolejne sashimi z tuńczyka 
- Yes, very tired - odpowiedziałem prostym językiem, aby kucharz, przy kości jegomość o zmarszczonym od uśmiechów czole, zrozumiał ze Karol śpi bo cały dzień z nami wędrował i padł jak suseł. 
- Sleep, sleep, hahahah. Very good - uśmiechnął się szeroko i powtórzył te słowa które znał. - siupama, siupama - patrzył na mnie i uśmiechał się do mnie szeroko - siupama! Hahaha - uśmiał się do rozpuku a potem zakrzyknął coś do innych kucharzy i do kelnerek - Karimaska, haj - a oni głośno odpowiedzieli mu tym samym. Przynajmniej tak to brzmiało w dla moich uszu. 

- Siupama - spojrzał na mnie i pokazał palcem na moją koszulkę na której widniało logo filmu opowiadającym o superbohaterze z nadprzyrodzoną mocą, który bał się metalu o nazwie Kryptonit. 

- Oh, superman! I'm a superman, yes! - poczułem się jak postać grana przez Billa Murrey'a w "między słowami" kiedy japoński reżyser poprosił go o naśladowanie jednego z aktorów - lodziamu, lodziamu (przyp.red. Chodziło o Rogera Moore'a)

- Yes, siupama, hahaha - rozbawiony dobrą rozmową wrócił do krojenia łososia. A porcje robił przepyszne. 


I tak to właśnie jest w Japonii. Bez spinania się, bez kompleksów. Sympatia wystarcza za tysiąc słów, gest wystarcza za zdanie a uśmiech czasem za całą złożoną podrzędnie wypowiedź. Dobrze się tu człowiek czuje.