czwartek, 24 maja 2012

KULINARIA II



To jest temat, które mnie fascynuje i mam nadzieję, że tak samo będzie z Tobą, jak dorośniesz na tyle, aby dany Ci do ręki nóż kuchenny naostrzony dopiero co nie posłużył do pozbawienia Zakładu Ubezpieczeń Społecznych dość dobrego i regularnego płatnika w postaci Twojego Taty. Odkryłem niedawno, że mając 7 miesięcy zaczynasz rozróżniać smaki na tyle, że możesz dać znać, iż coś Ci smakuje a coś nie.
Do myślenia zmusiło mnie pewne niedzielne popołudnie, kiedy to siedząc w domu doszliśmy we trójkę do wniosku, iż czas Ciebie nakarmić. Do tego celu otworzyłem bardzo drobno zmiażdżoną marchewkę w słoiczku, i tak jak mam w zwyczaju, sprawdziłem najpierw własnym językiem, czy aby nie jest za mdłe i doszedłem do wniosku, że gotowe dania dziecięce z grupy warzyw są tak bezpłciowe i nijakie, że nie zdziwiłbym się, gdybyś nie chciał tego tknąć. Naiwnie wierząc, iż mój syn zachowa się inaczej, niżby podpowiadała intuicja starego kuchennego wyjadacza (to naprawdę trafne określenie) podstawiłem Ci pierwszą łyżkę masy marchewkowej pod usta i zachęciłem szerokim „aaaaaa” do otwarcia jamochłonu i spróbowania przysmaku, rodem z krainy Amiszów. Pierwszą porcję zawsze jesz, żeby sprawdzić, czym chcą Cię napakować. W tym przypadku Twoja cierpliwość się skończyła po pierwszej łyżeczce, i nie chcąc robić awantury w sumie o taki drobiazg zacisnąłeś wargi i nie dałeś sobie wcisnąć ani jednej łyżki więcej. Trochę byłem w kropce, bo jeść trzeba, a ja ochoty na tartą marchewkę nie miałem. Uznałem, iż pokazanie Ci jak się je będzie miało zbawienny, w dodatku edukacyjny efekt i rzucisz się na jedzenie pouczony w ten sposób jak Pan Michał Wołodyjowski na małą grupkę Tatarów, którzy nagle pojawili się pod Chreptiowem.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy nie rzuciłeś się na karotkę w stanie płynnym, tylko na zachęcacz w postaci mojego prywatnego dania, którym była tradycyjna potrawa indyjska z kurczakiem, czyli Tikka Butter Masala. Na szczęście nie była ostra tak jak lubię, za to miała wyraźny, kwaśnawy smak (od pomidorów i jakiegoś rodzaju octu), pachniała kuchnią w Bangalore (to dzieki kminowi rzymskiemu oraz czarnuszce) i wyglądała trochę jak Twoje danie z marchewki. Oczy zrobiły Ci się wielkie i szaleńcze, ślinianki, jakby połączone magicznym kabelkiem z radarem wykrywającym ciekawe smaki, dały znać o sobie w postaci cienkiej strużki, która ukazała się w kąciku ust. Wyciągnąłeś swoje małe łapki w stronę moje łyżeczki i bezdźwięcznie powiedziałeś „podziel się Tato…”
Słaby jestem i ulegam, więc i Tobie synu uległem. Podałem byłem Ci do ust to, czego podawać nie powinienem byłem. Smakowało Ci pierwszo klaśnie, a że było tam dużo soli i innych rozwesela czy, zdecydowałem, że urozmaicę Cię Twój klasyczny słoiczek od lat 4 dwiema łyżkami sosu z okolic Taj Mahal i nie wiele myśląc zmieszałem dwa specjały ze sobą w proporcji 1 do 5 na korzyść pomarańczowego przysmaku przeciśniętego przez blender z wizerunkiem bobasa na opakowaniu. Taka mikstura pasowała Ci jak ulał (nomen omen – miało to miejsce zaraz po jedzeniu skutkując ubrudzeniem śliniaczka oraz obydwu nogawek świeżo wypranych spodni Taty). Niech mi teraz ktoś powie, że 7 miesięczne dzieci nie mają gustu smakowego. Niech ktoś zobaczy jak nasz syn reaguje na bezpłciową zupkę ze słoiczka a potem porówna to z reakcją na potrawę, która ma w sobie odrobinę, szczyptę dosłownie soli oraz 5 kropel soku z cytryny. Różnica jest kolosalna i dumny jestem z Ciebie Karolku, że mając dopiero tyle lat, już wpisujesz się w treść motto, które wisi na drzwiach wejściowych do domu rodzinnego. Mówi ono – Życie jest zbyt krótkie, by pić kiepskie wino. Rośnij smacznie, mój mały początkujący hedonisto!.