piątek, 15 listopada 2013

KAROL W AZJI -ACH, TO BYŁY WAKACJE



I zawsze przychodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć sobie basta. Nasze trzy tygodnie w doborowej czwórce bez sternika zaczęły powoli dobiegać do swojego naturalnego końca, ale w duchu czuliśmy, że w tryb niewakacyjny wbijemy się dopiero na lotnisku w Warszawie.

Ostatni dzień na Bali spędziliśmy na plaży, gdzie mama i ciocia próbowały swoich sił na desce surfingowej. Wyglądały jak dwie sztuki na wydaniu, bo w szortach i koszulkach z logo słynnej firmy produkującej sprzęt surfingowy nikt nie mógł pomylić się w jakim celu pojawiły się na plaży. Deski w rękach dodawały im jeszcze większego uroku, a fale niosły je jak starych wyjadaczy z Australii. Warto było popatrzeć.

Bali pożegnało nas piękną, jak zwykle z resztą, pogodą i porankiem ciepłym ale nie wkurzajacym. Z resztą wiedząc, iż w Warszawie o tej porze było 8 stopni i padał ciężki i mokry deszcz, nawet zbytni upał nie dałby mi się we znaki. Chciałem chłonąć klimat wakacji przez jeszcze trochę.

Przenieśliśmy się na ostatni wieczór znów do Singapuru, gdzie w nocy odwiedziliśmy te same miejsca co przed 3 tygodniami, tylko że wszystko wyglądało jeszcze bardziej okazale gdyż podświetlone było porządnie przez fantastycznie zaprojektowane lampy, żarówki, ledy i inne nowoczesne źródła światła. Singapur nocą był wisienką na torbie ( tak to się chyba mówi, bo jak z tatą byłem na targu to kupiliśmy ziemniaki, a na wierzch pół kilo wiśni i one wystawały za reklamówkę - wyglądało to zacnie) naszej wyprawy. Fakt, że w połowie wycieczki zasnąłem niczemu nie przeszkadza, bo przecież byłem już tam raz i widziałem to wszystko. Jeszcze kiedyś będę w Singapurze, to wtedy przyjrzę się wszystkiemu dokładniej.

Nie lubię zbyt długich podsumowań. Ale tu się należy długie, bo to też i była długa podróż.
Uważam, że zabieranie dzieci na wakacje ma sens - oczywiście mamy swoje wymagania, mamy swoje humory i gorsze oraz lepsze chwile, ale czas spędzony w taki sposób jak spędziliśmy go teraz dał nam więcej niż jakakolwiek wycieczka czy weekend spędzony w domu. Po pierwsze byliśmy 24 godziny na dobę razem i nie mieliśmy od siebie ucieczki, więc musieliśmy się nauczyć naszych codziennych rytuałów, żeby wyjazd nie stał się uciążliwym robieniem sobie nieświadomie lub świadomie na złość. Po drugie długie rozmowy i dyskusje zbliżyły nas do siebie, a szczególnie, że na ten czas przypadł właśnie u mnie wysyp słów i chęć poważniejszych rozmów. Dzięki temu, że byłem non-stop z rodzicami i ciocią Mają, mogli oni zobaczyć jak szybko się uczę mówić, a co więcej, mogli być tegoż poważną częścią. Gdybym ten okres spędził w domu, pewnie też bym się rozwinął tak szybko, ale za to nie zauważyli by tego moi rodzice tak bardzo dogłębnie, jak widzieli to na wakacjach.

Zabranie mnie ze sobą dało im też świetne miejsca w samolocie, bo lecąc z infantem na kolanach przeważnie dostaje się rząd przy ścianie, gdzie nogi można wyciągnąć na całą długość. A ja miałem kołyskę, więc kiedy nachodziła mnie ochota na drzemkę, mieli komfort jak w pierwszej klasie.

Będą też mieli fantastyczne wspomnienia z tych, chwil kiedy swoim jeszcze zupełnie dziecięcym okiem zachwycalem się panią kelnerką niosącą soczek z pomarańczy (okrzykiem "jest soczeeeeeek"), lub kiedy oblany morską falą krzyczalem "woda jeeeeest".

Uważam, że zabieranie dzieci na wycieczkę, która jest nie do końca zaplanowana jest świetne, bo oczywiście położenie się w hotelu, w którym panie skaczą na około nas dzieci, jest kuszące i dużo bardziej komfortowe niż opiekowanie się nami przez cały dzień w doli i niedoli, ale czy płynie z tego dobro - nie wiem. Taki hotel raczej oddaliłyby mnie od rodziców zamiast przybliżyć. Bo właśnie we wspólnych emocjach najłatwiej zapisać wspomnienia, które potem wywołują wspólny śmiech lub infantylne zażenowanie. Dobrze, że są takie hotele, bo zabawy tam co niemiara. Dobrze też, że moi rodzice wybierają te, w których jednymi animatorami ich synka są oni sami. Ja sobie zdaję sprawę, że podróżowanie ze mną jest inne, wolniejsze i pewnie bardziej męczące. Ale przecież zabierając mnie na wakacje doskonale o tym wiedzieli. Bo decydowanie się na współpodróżowanie z dwulatkiem zmienia wszystko. Na lepsze.

Poznałem tatę trochę bardziej, jesteśmy bliżej, rozumiemy się lepiej, docieramy się, można powiedzieć. Po trzech tygodniach upewniłem się w przekonaniu, iż mogę polegać na mojej mamie, która jest zawsze tam, gdzie być powinna. Czy to w basenie, kiedy chcąc przepłynąć za wiele jak na jeden raz zachłystuję się wodą, czy kiedy budzę się rano, a jej uśmiechnięte oblicze wita mnie obok na poduszce. Wiem, że jestem dla nich bardzo ważny, bo za każdym razem kiedy testowałem ich czujność uciekając w tłum Azjatów lub w stronę ulicy, wiedziałem, że jakaś wyciągnięta ręka podąży za mną i zawróci, kiedy będę chciał przekroczyć granicę, której przekraczać nie powinienem. Takie wakacje są ważne, bo dzięki nim przyznałem nam certyfikat "zgranej rodziny" - taki medal za udany wyjazd. Takiej sprawności nie da się zdobyć w domu, w tym celu trzeba wyjechać. Nasz wyjazd był takim testem, egzaminem dojrzałości poza domem. Zdaliśmy go na piątkę z plusem.

Wiem też, że po każdym takim rodzinnym wyjeździe powinienem moim starszym zafundować jeden tydzień krótkich wakacji, tym razem beze mnie, żeby mogli spokojnie pobyć ze sobą, w takim tempie jak lubią z i takimi atrakcjami jakie preferują. Drodzy rodzice, nie mam nic przeciwko, żebyście mnie odstawili do babci i pojechali w dowolnym czasie. Choćby i do Ciechocinka. Ja stawiam!

Teraz będę musiał wrócić do domu, do codziennych zajęć i szarości (niestety w porównaniu z Azją, polska jesień jest niestety bardzo szara) i czekał będę na kolejny szalony pomysł mamy i taty, kiedy to oznajmią mi na dzień przed wyjazdem, że zabierają mnie gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Kocham was rodzice za to (my Ciebie też, Karolku - mama i tata) i dziękuję, że mogliśmy ten czas spędzić razem. Nie wiecie, z resztą ja sam sobie z tego pewnie nie zdaję sprawy, jak to dla mnie ważne

Podpisano.
Wasz Karol vel Dadoł Pipa.