wtorek, 11 października 2011

PRELUDIUM

Kiedy jeszcze Cię z nami nie było zastanawiałem się jak to będzie, kiedy się pojawisz. Bałem się trochę, i chyba nie jestem odosobniony w swoim odczuciu, nie tego że nie damy sobie rady z młodym człowiekiem, że brak nam doświadczenia i że zrobimy coś źle. Baliśmy się, że wolność jaką dotychczas mieliśmy będziemy musieli odłożyć w ciemny kąt, zapomnieć o tym, że można sobie spontanicznie wyjść z domu i wrócić o dowolnej porze,  że dotychczasowy luz jaki mieliśmy zostanie skrępowany ramami jakie nam narzucisz.

Zastanawiając się nad tym, trochę samolubnie, myślałem komu Cię będziemy podrzucać, kiedy będziemy chcieli wyjść do kina lub teatru. Zupełnie nie przewidując jak za kilka miesięcy będą wyglądały plany, w których kiedyś byłeś na bocznicy, nie ujęty w schemacie dnia. Nie dlatego że nie chcieliśmy Ciebie, ale dlatego, że nasze przyzwyczajenia były do tej pory zupełnie inne. Egocentryczne w dobrym tego słowa znaczeniu i skupione na naszej dwójce.

Myśląc o tym wszystkim zrozumiałem, że wiele się zmieni, że owszem nasza dwójka będzie ważna, ale Ty jako pełnoprawna trzecia osoba w naszej rodzinie masz głos, mimo iż przez parę miesięcy jeszcze nie będziesz umiał wyartykułować logicznego zdania.

Mężczyzna nie lubi zmian, woli zostać w świecie swoich wytartych ścieżek, to daje komfort  przewidywalności kolejnych dni. Ale decyzja o posiadaniu dzieci jest z góry skazana na poddanie się trochę innemu trybowi. Chcę być dla Ciebie tatą w pełni tego słowa znaczeniu, więc podjąłem świadomą decyzję, że od pamiętnej nocy w szpitalu Zofii będę szedł trochę skosem, nie tylko do przodu. Nie tylko jak bym chciał, ale także tak jak trzeba. W końcu idąc lekko pod wiatr da się dojść do celu. Tylko co jest celem? Tego jeszcze nie wiem, bo to początek drogi a zapewne dla każdego taty cel jest inny. Sławny sportowiec, wielki skrzypek, porządny facet... A może cel powinien być postawiony sobie, a nie dziecku? Może powinno się powiedzieć - chciałbym, ażeby moje dziecko zawsze otrzymywało ode mnie maksimum miłości. Chciałbym, żeby zawsze mógł zawsze na mnie polegać i wiedzieć, że nawet na końcu świata może na mnie liczyć i będę dla niego oparciem zawsze wtedy kiedy będzie tego potrzebował. Mnie jest chyba bliższa ta druga opcja, choć osobiście nie postawiłem sobie celu w wychowaniu Ciebie. Może powinienem do tego dojrzeć?

Na pewno miałem cel przed Twoimi narodzinami.  Chciałem być najbliżej Twojej mamy jak się tylko da, żeby miała to poczucie, że gdyby nagle potrzebowała mojej pomocy, będę mógł podać jej swoją dłoń i obiecać, że wszystko będzie dobrze.

Niefrasobliwością z mojej strony było, co prawda pójście w piątek 30.09 na ostatnie nietatusiowe wyjście na miasto. Posłuchaj jak to było:

- Grzesiu, w piątek robię takie przedpępkowe wyjście na miasto i jesteś zaproszony - powiedziałem do kolegi Grzegorza który w firmie pełni rolę retail managera.
- no jasne, zrobimy taki POM, że Warszawa będzie huczała potem jeszcze dwa tygodnie. Kto jeszcze idzie? - zapytał Grzegorz uchachawszy się uprzednio swym tradycyjnym rechotem po wysokich częstotliwościach.
- John z żoną Anną.
- no i super. O 20 w zakąskach?
- tak właśnie myślałem, potem pójdziemy w miasto i zobaczymy, co przyniesię życie.

Piątek po robocie przewijał się szybko, Twoja mama krzątała się po naszym mieszkaniu z wielkim już brzuchem i mimo obciążenia, jakim byłeś uśmiechała się do mnie twierdząc, żebym się nie przejmował i szedł spokojnie na imprezę.
- a co jak zaczniesz rodzić?
- nie zacznę. Termin mam dopiero na wtorek, więc spokojnie dam radę. W razie, czego zacisnę pośladki i go nie wypuszczę.
- no dobrze kochanie, ale jakby coś się zaczęło to dzwoń do mnie i będę pędził do domu.

Zakąski były zatłoczone jak co wieczór, pachniało nóżkami i potem. Weszliśmy do środka, mama odjechała do domu po tym jak mnie podrzuciła na Krakowskie, zamówiliśmy trzy kolejki i śledziki.
- za Karolka!
- za Karolka!
Hasło to brzmiało jak odezwa do narodu zebranego przed gmachem jedynej słusznej partii i nikt nie śmiał się sprzeciwić temu rozkazowi. Po trzech kolejkach na szybko, kiedy procenty tylko podjudzają do dalszej akcji, a jeszcze nie dają o sobie znać, podyktowały dwa kolejne rzuty karne. Nikt nie był się w stanie wybronić.
- panowie i pani, co się stanie, jeżeli żona do mnie zadzwoni za chwilę i powie, "jedziemy"?
- jak to co, zaniesiemy Cię na porodówkę i się będziesz musiał ogarnąć. Nie ma miętkiej gry! - Powiedział Grzesiek i zagrał wsiadanego. - Irish pub teraz.
- za Karolka!
- za Karolka!
Jak wypuszczone na szerokie morze wilki morskie, jak ułani, a może nawet ulani, popłynęliśmy dalej. Dość skończyć na tym by powiedzieć, że niektórzy z nas podczas tej nocnej eskapady eksplorowali niewykopaną jeszcze wtedy drugą linię metra, potem niektórzy chcieli odpalić stojącą przy ulicy Mazowieckiej koparkę, ale nie udało im się wejść do szoferki, potem, kiedy drużyna pierścienia się rozpadła na dwa obozy historia zaczęła być dramatyczna. Jedna część starała się pozbierać i znaleźć taksówkę do domu, a my z Grześkiem, dwa imprezowe zwierzęcia, udaliśmy się per pedes do klubu 70, po drodze kupując, a następnie tłukąc na trotuarze szczeniaczka czystej, marki, której nie umiem sobie przypomnieć. Z chodnika spijać nie szło, więc uznaliśmy, że ideał sięgnął bruku i że w gruncie wódki nam nie szkoda.  Mimo iż zaczęła weń wsiąkać.
- za Karolka?
- za Karolka!
- będzie zdrowy, oj zdrowy będzie - słowa Grzegorza odbiły się echem od ściany klubu, do którego właśnie wtedy dochodziliśmy.

Musieliśmy być jeszcze nie do końca stratowani, bo wpuszczono nas bez problemu i byliśmy następnie w stanie zamówić jeszcze jedną kolejkę ognistej.
- teraz uważaj, tak się powinno pić tę ambrozję - powiedział Grzesiek i trzymając w prawej ręce kielonek lewą dłonią, jej wewnętrzna stroną do dołu, dotknął brody, a następnie szybkim ruchem wychylił zawartość.
- kropli nie uronisz, a jakby nawet to możesz schlipać z dłoni.
Powtórzyłem rytuał i uznałem, że to dobry sposób na anihilację tego złożonego związku chemicznego zawierającego 5 wodorów w swoim wzorze. A następnie zaproponowałem toast
- za Karolka!
- za Karolka!

Taksówka podjechała po 10 minutach od zamówienia, mój kompan, którego logopeda łapie później niż mnie wyartykułował adres, pod jaki miałem być zawieziony. Pomyślałem wtedy, że koniecznie muszę zmienić meldunek na jakiś łatwiejszy, bo powiedzenie " Powstańców Śląskich sześćdziesiąt jeden", szczególnie "sześćdziesiąt" po odpowiedniej ilości alkoholu jest stokroć trudniejsze niż wychędożenie grzesznicy podczas triduum paschalnego. Staram się nie podejmować w takim stanie rozmów z kierowcą, bo mam świadomość chwilowo nabytej afazji oraz tego, że trzeźwi kierowcy nie mają zbyt dużej radości wysłuchiwania brzęku zdezynfekowanych etanolem klientów. Rzuciłem okiem na telefon, sprawdziłem, czy nie dostałem po drodze SMS o treści " rodzę!!!", skrzynka była pusta, więc obserwowałem czy Pan, bacząc na mój lekko lewitacyjny stan, nie wiezie mnie z ulicy Żelaznej na Bemowo przez most północny i starałem utrzymać fason.

Zapłaciłem za dużo, ale przynajmniej dotarłem do domu. Małe triumfy, takie jak wciśniecie odpowiedniego kodu do domofonu, czy odtworzenie drzwi odpowiednim kluczem nie uśpiło mojej czujności i po wejściu do domu, powoli, nie zapalając świateł dotarłem do łazienki, gdzie spokojnymi, nienaruszającymi tego semistabilnego stanu ruchami, doprowadziłem się do stanu czystości, jaki uznaję za odpowiedni, ażeby położyć się spać, szczególnie z małżonką, która jak się miało okazać za kilka godzin, spała ostatni raz z Tobą w brzuchu. Żeby nie wiem jak bardzo wirowały płytki w łazience, nie położę się spać bez wymycia zębów i twarzy. A tym razem nawet udało mi się wejść pod prysznic. Nabrałem do siebie jeszcze więcej szacunku za ten wyczyn. Taki pachnących i wypielęgnowany uznałem, że zasługuje na spoczynek i sen sprawiedliwy.

Twoja mama się obudziła i starała wyciągnąć ode mnie szczegóły tego wieczoru, ale to już było dla mnie za wiele i oddałem się marzeniem sennym. Poranek miał być szokujący. W dwojnasub.