Wow. Nasze lotnisko w Warszawie robi wrażenie. Zapewne inne lotniska, na których jeszcze nigdy nie byłem są i większe i ładniejsze, ale z perspektywy moich prawie już 70 centymetrów to jest to wielkie miejsce z jeszcze większymi maszynami. Ale od początku.
Obudziłem się jak zwykle o godzinie 6 rano i jak zwykle musiałem wysokim tonem krzyku rozbudzić mamę i tatę, bo oni zawsze jak ja się budzę to udają, że śpią. Oczywiście oszukują, bo jak wystarczająco głośno krzyknę, to otwierają oczy. Jakby na prawdę spali, to by nie otworzyli oczu. Wiem po sobie. Jak ja tak dobrze zasnę, to nawet jeżeli dziecko takie jak ja krzyczałoby obok, to bym się nie obudził, choć sprawdzić tego się tak łatwo nie da, bo jak śpię to przecież nie krzyczę.
Wstaliśmy, zjedliśmy a ponieważ tata wyglądał jakoś tak słabo (chyba siedział do późna w nocy, bo budzenie go wyjątkowo zajęło mi 12 minut) więc rano zmusiłem go do ćwiczeń ze mną, czyli słynne "siedzimy, siedzimy" oraz "lecimy i spadamy". Od razu się ożywił. Na podłodze pojawiły się pełne walizki. Moja nadal była największa, ale mama też się jakoś zebrała i dorzuciła parę ciuchów do swojej. Generalnie nasza chałupa wyglądała jak romski dom zaraz przed przeniesieniem się w lepsze miejsce. Torby, torebeczki, torebuńki. Udało się wszystko wsadzić do taksówki i już około 15:50 byliśmy na lotnisku.
Że jestem VIPem to oczywiście wiem, ale żeby tak ładnie mnie obsłużono jeszcze zanim dostałem się do samolotu, to muszę powiedzieć, że szacun. Nie może za to tego powiedzieć moja mama, która po podejściu do specjalnego miejsca odprawy rodzin z dziećmi dowiedziała się, od tego przemiłego pana, który wywarł na mnie wrażenie opisywane wcześniej, iż tego dnia nie tylko nie usiądzie razem ze mną i tatą w jednym rzędzie, ale nawet jest szansa, że w ogóle nie poleci, gdyż jest na stand-by, czyli na liście zapasowej. Uśmiechnąłem się szeroko pokazując moje dwa nagie zęby. To oczywiście musiał być żart ze strony linii lotniczych, bo przecież rodzice kupowali bilety trzy miesiące przed. Myślałem nawet, czy nie ulać panu na komputer, ale jak już się zebrałem, Pan powiedział, że rodzin się nie rozdziela i załatwił jakoś tam, że mama dostała bilecik, nawet obok nas i sprawa się rozwiązała. Bardzo fajny pan.
Weszliśmy na salę odpraw i miałem wrażenie, że bardzo, ale to bardzo zaniżam średnią wieku, bo wszystkie miejsca siedzące były zajęte przez osoby metryką, która po reformie emerytalnej i tak pozostawi ich po stronie tych, którzy pracować już nie muszą. Nie to, że mi to jakoś przeszadza, wręcz przeciwnie. Biorąc uwagę to co mam zamiar zrobić w samolocie, to korzystnie to się ułożyło, bo starsi i tak nie potrzebują tak wiele snu. Fakt, że tata miał mnie na rękach pomogł wejść do samolotu w pierwszej kolejności, okazało się, że z miejscami jest nadal problem, ale bardzo miła Pani Stewardesa (ta od kredek, tak sobie pomyślałem) tak zamotała wszystkim, że dostaliśmy miejsca razem, na końcu samolotu. Akustyka dobra, niesie się aż do pierwszej klasy, więć lepszego siedzonka sobie wymarzyć nie mogłem. I jak już usiedliśmy, zapieliśmy się pasami, obsługa z niewyjaśnionych powodów obiecała, że jest taka szasna, iż z sufitu wypadną jakieś zabawki i mamy je sobie założyć na buzię (chyba chodziło im o to, że mamy sobie je wsadzić do buzi - bo to byłoby logiczniejsze) i poczułem, że ten lot będzie trochę jak zabawa na mojej macie edukacyjnej. Zrobiło się bardzo domowo i nawet zacząłem sobie kombinować, że może jednak nie będę wył, że być może po cichu popatrzę jak się lata i dam ludziom pospać? Tak sobie rozmyślałem skacząc na kolanach taty, nagle poczułem ostry ból w końcówce palca serdecznego lewej ręki. Po później przeprowadzonych dogłębnych analizach doszedłem do wniosku, iż tacie, który żuje zazwyczaj gumę z otwartą buzią niechcący podczas trampolinkowania wsadziłem rzeczony paluszek między górny a dolny siekacz, ale w tym momencie uznałem, że czara się przelała i syrenę włączyć czas najwyższy. Nie płakałem zbyt długo, bo tata wie, że skakaniem pokolanach może mnie bardzo łatwo przekupić i w miarę szybko zapominam, że coś sie wydarzyło. Owszem, rozdarłem się głośno, ale w miarę szybko uśmiech wrócił na moje ustka. Pozostała oczywiście sprawa przewijaka i właśnie to miał być ten element, który finalnie chciałem żeby zadycydował o tym, czy będę pamiętany przez wspópasażerów czy nie.
Po tym jak rodzice zjedli indyka w pomidorach tata zabrał mnie do łezienki na końcu samolotu i w samotności, jak w spagetti westernach miała się rozegrać scena finałowa. Wszystko widziałem jak w zwolnionym tempie. Ojciec podniósł się i zaczał zbliżać do mnie ręce, mówiąc coś do mamy, potem uniósł mnie do góry, powoli wbiłem się w powietrze (uczucie było wzmocnione świadomością, że znajdowaliśmy się w tym momencie na wysokości 10 kilometrów) i zaczęliśmy zmierzać do ustronnego miejsca przy ogonie. Tak właściwie, logicznie rzecz biorąc umiejscowienie łazienek przy ogonie w samolocie ma sens pod względem słowotwórczym. Z przodu to powinien być wlew paliwa. A przy ogonie to tylko kloaka. Ale ad rem. Weszliśmy do klaustrofobicznego pomieszczonka, w którym unosił się zapach migdałów (gdyby unosił się zapach fiołków, mógłbym zaakceptować wersję, że leci z nami stygmatyk i właśnie przed chwilą był sobie ulżył w tym przybytku - ale migdały?) a tata za ściany rozłożył klapkę, która miała służyć jako przebierak. I już wtedy wiedziałem, że tu nasza pokojowa ścieżka się kończy. Klapka był zrobiona z zimnego, twardego i lekko przybrudzonego plastiku, który nijak nie kojarzył mi się z moim ukochanym przebierakiem w sypialni rodziców na Powstańców 61. Spojrzałem tylko z politowaniem jak tata układa na tym łożu madejowym wszystkie kocyki jakie miał ze sobą, z bluzy robi mi delikatny podgłówek i jakby to wszystko było mało wyciera mokrym ręczniczkiem przewijak, w celu oczyszczenia go z niewidocznych w sumie zabrudzeń. Kiedy mnie położył na tym wymoszczeniu już miałem otworzyć mój jamochłon, kiedy naszła mnie refleksja, że w sumie nie zasłużył sobie na takie traktowanie, że to nie on skonstruował tego boeinga i ryczenie mu prosto w twarz nie zmieni mojej pozycji nijak. Tata tak zgrabnie ułożył miękkie szmatki żebym miał jak najwygodniej i wydarcie się do niego było by zupełnie sprzeczne z uczuciami jakie w tej chwili miałem do niego. Dlatego uśmiechnąłem się tylko nieznacznie i puściłem do niego oko. Nie zauważył tego wprawdzie, ale jak wiele razy do tej pory moi rodzice nie zauważali moich starań, aby powiedzieć im że bardzo ich kocham, to nawet już mi się liczyć nie chce. Gdyby wiedział, jak wiele musiałem w sobie przetworzyć i przemyśleć, aby w tej chwili zamiast karczemnej awantury z płaczem aż do kaszlu zobaczył uniesione ustka w kącikach. Ech wy rodzice, jak wy nic o życiu nie wiecie. Tata, kiedy puszczałem do niego oko akurat odwrócił się do umywalki odkręcił wodę w celu wyszorowania rąk przed zmianą mojej pieluchy i nacisnął dyszę dyspensera z mydłem w płynie. W pomieszczeniu jeszcze raz dał się poczuć słodki zapach migdałów. Teraz już wiedziałem skąd się brał. Zamyśliłem się i nadal bezdźwięcznie oddałem się rytuałowi oczyszczenia...
Mama siedziała na swoim siedzeniu kiedy wróciliśmy po udanej operacji zrzucenia niepotrzebnych nawisów urynopochodnych. - Był bardzo grzeczny - powiedział tata. - On w ogóle jest na tej wycieczce bardzo grzeczny. Daj mi go, bo go muszę wycałować - powiedziała mama i przytuliła mnie do siebie tak jak lubię. - Kocham Cię, ty mały robalku. - Chyba się do Ciebie uśmiechnął. -Widziałam i przez chwilę wydawało mi się, że puścił do mnie oko - rzekła roześmiana mama- Co ty, przecież dzieci nie potrafią takich rzeczy, nie w tym wieku. Mój stary, poczciwy ojcze, jaki Ty jesteś niekumaty, to aż mi za Ciebie wstyd...
wtorek, 2 lipca 2013
poniedziałek, 1 lipca 2013
NOWOCZESNE TECHNOLOGIE W SŁUŻBIE RODZICIELSKIEJ
Ponieważ jestem tatą pracującym w dużej
firmie, która czasem wysyła mnie do obcego kraju i nie wracam na noc do domu,
zdarza się tak, że przychodzi wieczór, a ja nie mam możliwości poleżeć z
Karolem na łóżku, poczytać książki i powygłupiać się, tak jak to zwykle bywa,
kiedy razem zasypiamy. Wtedy w sukurs przychodzi nam nowoczesna technologia
VOIP, która rozszerzona o wideo pozwala na całkiem swobodną konwersację, do
tego całkiem za free. Oczywiście nie jest to to samo, co zlegnięcie obok
naszego małego potwora, próba odgryzienia mu ucha i obżarcia paluszków u nóg,
ale Karol bardzo ceni sobie to, że o nim pamiętam i dzwonię do niego na Skypie.
Rozmowy potrafią trwać dziesięć minut, bo
maluchy są zafascynowana telefonem czy tabletem a jak jeszcze pokazuje się w
nim tata i gada śmieszne rzeczy, to jest rewelacyjnie i w to im graj.
Chciałbym, aby Karol zobaczył, że jego rodzice używają zdobyczy
technologicznych w pewnych celach. Chcę żeby wiedział, że nie dajemy mu tableta
do ręki, żeby siedział przez dwie godziny cicho i nie przeszkadzał nam, a
jedynie po to, aby wywołać w nim pozytywne emocje w trakcie rozmowy z tatą,
którego akurat tego dnia nie mogło być w domu.
Ostatnio czytałem artykuł o wykluczeniu
dzieci z cyfrowego świata, jako trend któremu ulegają niektórzy rodzice i
zabraniają swoim pociechom nawet dotykać telefonu czy telewizora. Żeby nie było
wątpliwości - Karol wie, do czego służy pilot i potrafi włączyć odbiornik. Ale
ponieważ sami nie oglądamy prawie w ogóle telewizji nasz syn, który jak każde
dziecko kopiuje swoich rodziców, nie ma parcia na siedzenie przed ekranem i
oglądaniem czegokolwiek. Inaczej jest z telefonem, bo widzi, że często go
używamy i też chce. Nie danie dziecku pogadać przez telefon przyrównuje czasem
do nie pozwolenia dziecku na wsi poklepania krowy po grzbiecie, kiedy widzi
ono, że tata codziennie rano to robi.
Technologia nas otacza i ułatwia nam życie, a jeżeli ta naturalna dla nas droga zostanie zamknięta dla mojego syna, jestem pewien że prędzej czy później i tak ją odnajdzie i wtedy pójdzie nią sam, bez rekomendacji od taty. I albo nazwie tatę wapniakiem, albo będzie co gorsza miał pretensje, że go wykluczyliśmy.
Dlatego jestem zwolennikiem dawania dziecku możliwości poznania tego co nowoczesne, ale zawsze z rodzicem, przy rodzicu i jako narzędzie a nie czasoumilacz i uciszacz.
Technologia nas otacza i ułatwia nam życie, a jeżeli ta naturalna dla nas droga zostanie zamknięta dla mojego syna, jestem pewien że prędzej czy później i tak ją odnajdzie i wtedy pójdzie nią sam, bez rekomendacji od taty. I albo nazwie tatę wapniakiem, albo będzie co gorsza miał pretensje, że go wykluczyliśmy.
Dlatego jestem zwolennikiem dawania dziecku możliwości poznania tego co nowoczesne, ale zawsze z rodzicem, przy rodzicu i jako narzędzie a nie czasoumilacz i uciszacz.
niedziela, 30 czerwca 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - DZIEŃ PRZED
Właściwie to jest noc przed. Moi rodzice, czyli Hubi i Beti dzielnie walczyli z walizkami. Pierwszy raz na wyjazd wakacyjny zdecydowali się na takie bagaże. Na kółeczkach i jak ludzie. Gdyby nie ja, pewnie wzięliby plecaki, spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy i już. A od kiedy jestem ja, ich plany ulegają znacznym aberracjom (zastanawiam się, czy powinienem używać słów, których przecież jeszcze nie mogę znać?) i muszą naginać pod to, czego ja mogę chcieć.
Dzisiejszą noc dam im w gratisie i prześpię ją całą, bo przecież muszę zbierać siły na samolot. A propos samolotu – wczoraj długo myślałem na ten temat i jeżeli Pani stewardesa jednak nie da mi kredek, to nie zrobię awantury. Doszedłem do wniosku, że z racji na mój jeszcze nikły wzrost i brak możliwości chwytnych Pani zakwalifikuje mnie do niezdolnych namalowania czegokolwiek. I przed samym sobą uznałem, że będzie miała rację. Jednak co do miękkiego przebieraka – to kompromisów nie będzie.
Pakowanie to bardzo specyficzny proces. Widzę jak mama z tatą chodzą po domu wyjmując tyle nowych rzeczy, które będą chcieli zabrać a jakby spytali mnie, dowiedzieli by się, ze zamiast tych pięciu bluzeczek, których nawet nie lubię, bo i skąd – skoro nigdy ich nie nosiłem, najchętniej wziąłbym niebieskiego pajacyka, w którym często śpię (nie tylko dlatego, że ma wygodne wnętrze, ale także że tak swojsko sobie go ulałem na rękawkach) oraz takie mięciutki, szare spodenki. I tyle. Przecież można w tym chodzić ze trzy dni, potem mała przepierka i znowu. Ale cóż – nie przetłumaczysz.
I mam swoją walizkę! Duża. Właściwie największa. Tata się spakował w taką niedużą na kółkach, mama – widziałem – jeszcze się próbuje wcisnąć w taką szarą z twardymi ściankami, a mnie dali największą. Trudno określić mi zależność pomiędzy wagą ciała posiadacza bagażu a wagą jego bagażu. To stanowi swoistą zagadkę, bo jeżeli wziąć za wykładnię fakt, że moja walizka jest cięższa dwukrotnie ode mnie, to jeżeli torba taty waży tylko 11 kg to idąc tym schematem, mojego ojca z domu mógłby go wyciągnąć nawet delikatny podmuch wiatru, a przecież widzę jak wygląda i jak przed lustrem wciąga brzuch i w całość mi się to nie składa.
Jutro będę pierwszy raz na lotnisku, więc wszystko opiszę i opowiem jak wygląda wielki samolot.
Jeszcze tylko jedno. W Nowym Jorku, do którego jedziemy poznam moją kuzynkę Sophie. Problem tylko polega na tym, że ona ni w ząb nie potrafi mówić po polsku. Będę musiał opracować jakiś system komunikacji niewerbalnej, bo inaczej to nie poznamy się bliżej. I takie pierwsze propozycje to np. jak pociągnę za włosy – to znaczy chodź bliżej. Tak intuicyjnie, żeby mowa ciała powiedziała wszystko to co pomyśli głowa. Jak wsadzę palec w oko – to znaczy bawimy się w chowanego – ty kryjesz. Jak ugryzę ją moimi dwoma wychodzącymi dopiero dolnymi jedynkami – to znaczy czas na małe co nieco. A jak zamknę oczy, to znaczy że nadszedł drzemki czas. Te trzy nadchodzące tygodnie będą bardzo emocjonujące. A teraz lecę już spać, bo jutro tyle emocji…
piątek, 28 czerwca 2013
WIEK 'nie' 2
W poprzednim odcinku podałem tylko jeden przykład możliwości negocjacyjnych. Oto drugi.
Przykład drugi.
Karol lubi ciastka i ma tę zdolność
wynajdywania ich na węch w najbardziej zakamuflowanych miejscach. Ostatnio
zjadł babci, po uprzednim wyniuchaniu ich w jej torbie, sobie tylko znanym
sposobem, pół paczki dropsików miętowych. Kiedy kończył zawołał, że brakuje mu
pastylek i czy możemy mu przynieść KAKO (ciastko). W domu na dolnej półce
odnalazł niefrasobliwie źle ukryte herbatniki. Na szczęście zapakowane w folię.
Zaczął je gryźć, ale pierwszy dziab nie przedarł się przez celofan. Zauważyłem
to i podszedłem do niego zagajając rozmowę
- Karol, masz Kako?
- mhm - nauczył się tego zwrotu, właściwie
mruczando-zwrotu parę dni wcześniej
- i chcesz je zjeść, tak?
- Takkkk.
- A jak byśmy się zamienili? Ja bym wziął od
Ciebie ciastko, a mama szybko zrobiłaby bułeczkę?
- nie
- ale bułeczka byłaby z masłem
- mimo? - to znaczy masło. Czasem mleko, ale
w tym wypadku znaczyło masło
- tak z masełkiem, dasz się namówić?
Kawałek bułki z masłem, jest przez nas
traktowany jak mniejsze zło, w starciu z herbatnikiem jest dla nas ewidentnym wygranym.
Sukces. Nie sądziłem, że może odpuścić
ciasteczko do kawałka bułki z masłem. Dlatego zawsze należy próbować,
sprawdzać, bo czasem najbardziej nieprawdopodobna propozycja może być
rozpatrzona pozytywnie. A o to chodzi w tym związku małego człowieka z dużym,
aby i wilk był syty i Manchester City. A potem można śmiało startować na
dyrektora handlowego dużego dystrybutora tekstyliów lub napojów. Negocjacje
roczne z sieciami to spacerek po plaży w Sopocie w porównaniu z negocjacjami
warunków nie przychodzenia o 4 nad ranem do łóżka rodziców. Mówię wam....
czwartek, 27 czerwca 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - REISE FIEBER
Zostały dwa dni do wyjazdu. Moi rodzice się w ogóle nie przejmują tym, że za dwa dni przelecimy kilka tysięcy kilometrów za jednym zamachem.
Jest tyle pytań, które chciałbym im zadać przed wyjazdem, tyle rzeczy, które chciałbym zabrać ze sobą, a oni na pewno ich nie wezmą, tyle elementów mojej półrocznej układanki, które mogę jedynie wylać na papier.
Nie powiem, trochę się denerwuję, bo to w końcu moja pierwsza podróż tak daleko. Kilka zagadek, które są jeszcze dla mnie nierozwiązane to np. czy będą mnie bolały uszy, jak będziemy startować, czy będą mnie bolały uszy jak będziemy lądować, jak będzie smakowało mleko mamy na wysokości 10 000 metrów, czy w samolocie można się odgazowywać tak samo bez ograniczeń jak w domu, czy Pani stewardesa nie bacząc na mój wiek da mi zestaw do rysowania i będę mógł kredki i kartki z niepokolorowanymi kształtami wsadzić do mordki i spróbować zjeść, a w końcu, czy puszczą mnie przez granicę z moimi mocno lewicowymi poglądami i czy w samolocie jest mięciutki przebierak. Bo jak nie, to zdaje mi się, że awantura będzie gotowa jeszcze przed tym, zanim dobrze wystartujemy.
A, jeszcze męczy mnie niepewność, czy mama, jeżeli nie nakarmi mnie przed odlotem będzie mogła przenieść w sobie powyżej 100 ml mleka, czy może będzie musiała założyć na siebie foliowe, przeźroczyste woreczki zapinane na zipper?
Strasznie tego dużo. Jutro zastanowię się jak dać rodzicom do zrozumienia, że nie ruszam się z domu bez mojego łóżeczka, bo przecież nie wyobrażam sobie, że będę spał w jakimś obcym miejscu!.
środa, 26 czerwca 2013
WIEK 'nie'
Znam dzieci, które robią to bardziej
spektakularnie i głośniej, ale ten okres, jakkolwiek dziecko przezeń nie
przechodzi, jest dla wszystkich rodziców pewnego rodzaju próbą. Bo jeszcze nie
do końca potrafi powiedzieć taki bąbel, a już rozumie tak dużo, że z pełną
świadomością może się nie zgodzić. Mimo, iż staraliśmy się nie używać w
stosunku do niego słowa "NIE", żeby pokazać, że jest wiele sposobów
na wyrażenie swojej dezaprobaty, bardzo ciężko jest uniknąć całkowicie tego
słowa. Z resztą nie o to nam chodziło. Raczej chcieliśmy sami nie wpaść w
pułapkę zabraniania mu rzeczy, które są właściwie nie dla niego, ale jakby tak
się przyjrzeć im z bliska, to czemu miałby ich nie robić? Jak np. grzebanie w
szafce z garnkami. Minus - trochę głośno się robi w kuchni, ale za to radość w
jego oczach kiedy gotuje zupę ze szmatki oraz rękawicy kuchennej? Bezcenna.
Dlatego NIE wychodziło naszych ust rzadziej niż mogła by na to wskazywać
sytuacja.
Jednak Karol zrozumiał znaczenie przeczenia i
zaczął używać go regularnie. Pół biedy, kiedy informuje o stanie rzecz ( czy
zrobiłeś siku? Karol, śpisz? jesteś głodny?) a problem zaczyna się wtedy, kiedy
nie chce czegoś zrobić. A Karol ma charakter i raczej ma określone chęci lub
ich brak. Dlatego zdecydowaliśmy się na eksperymentalną metodę, która o dziwo
(bo wydawało się nam, że jest za mały, żeby zrozumieć tryb warunkowy) zdaje
egzamin i polecam jej wypróbowanie. Chodzi o to, aby nie zabraniać, tylko
stawiać warunki, pod których parasolem jesteśmy w stanie zmusić dziecko do zrobienia tego co chcemy w zamian
za to, że dostanie od nas to co chce, lub tego zamiennik, w odroczonym czasie. My
się nie poddajemy, a ono ma wrażenie, że dostało to czego chciało. Jakbyśmy
czytali podręcznik "wstęp do negocjacji".
Przykład pierwszy. Karol lubi jeździć
samochodem. Lubi także siadać za kierownicą i udawać, że prowadzi auto. Czasem
jest tak, że nie wejdzie na swoje siedzenie z tyłu, tylko od razu prze na
siedzenie z przodu i łapie za kierownicę. Któregoś razu otworzyłem tylne drzwi
i już miałem go wsadzić na jego fotelik, kiedy rozpoczął dość głośne
jamochłonowanie exspresis verbis, co prawda w swoim języku, więc obrazić się
nie mogłem, ale przekaz zrozumiałem. Mogłem powiedzieć "siadaj
natychmiast" i wepchnąć go do jego miejscówki, ale wybrałem trudniejsze
rozwiązanie. Powiedziałem, że owszem, usiądzie na miejscu kierowcy, będzie mógł
pokręcić kierownicą, i nawet pozmieniać biegi, ale za pięć minut, kiedy
zaparkuję samochód po drugiej stronie ulicy. Wydawało mi się, że ta forma
wypowiedzi będzie dla niego zbyt trudna, że argument - jeżeli usiądziesz to
potem dostaniesz - będzie za słaby dla małego człowieka, który całym sobą był
ucieleśnieniem słowa CHCĘ, ale ku mojemu zaskoczeniu Karol potwierdził swoim
wyraźnie zakończonym na literę K a nawet przeciągniętym TAAKKK, i dał się
wsadzić do fotelika. Po przyjechaniu na miejsce miałem nawet pokusę wyjęcia go
z samochodu i zaniesienia od razu do domu, ale potem pomyślałem sobie, że
obiecałem mu chwilę za kierownicą i że będzie mógł pozmieniać biegi. Nie
pamiętał już tego. Ja jednak odpiąłem jego malutkie pasy i zaprosiłem go do
siebie. Nieśmiało usiadł na moich kolanach i zatrąbił szukając w moich oczach
aprobaty. Znalazł jej całe 100%. Bo taka była umowa.
wtorek, 25 czerwca 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - Nazywam się Karol Pełka
Moi Drodzy, Zbliżają się wakacje, więc zdecydowałem się oddać część bloga Karolowi, który w zeszłym roku odbył wielką podróż do USA i prowadził tam bloga. Znaczy teoretycznie mógł prowadzić. Tak czy owak, zapis tej podróży - z okazji okresu wypoczynkowego, zdecydowałem się przytoczyć wszystkim zainteresowanym. Miłej lektury
Cześć. Nazywam się Karol.
Cześć. Nazywam się Karol.
Mam dopiero 5 miesięcy, mówić jeszcze nie umiem, ale przecież każdy wie, że w tym wieku dzieci są już bardzo inteligentne, dużo myślą i wszystko wiedzą. Dlatego doszedłem do wniosku, że wszystko to, czego dziś jeszcze nie umiem powiedzieć będę pisać. A okazja trafia się poważna, bo moi szaleni rodzice wymyślili, że wyjedziemy na wakacje. Tak jakbym ja nie miał teraz wakacji. Siedzę w domu, śpię kiedy chcę, jem kiedy chcę (taka formuła all inclusive) noszą mnie, robią głupie miny itp. No ale oni, mądrzejsi bo starsi doszli do wniosku, że podróże kształcą i wyrobili mi paszport, wizę do USA i nie pytając o zdanie kupili bilet samolotowy. Właśnie dlatego, że nie zostałem zapytany o opinię, tak jakby konsultacje społeczne w naszym domu nie obowiązywały ani trochę, będę wszystko opisywał w tajemnicy przed Mamą i Tatą, tak żeby obnażyć wszystkie błędy i wypaczenia, jakie dokonają się naszej rodzinie podczas tej podróży.
Ostrzegam, że będę bardzo krytyczny, ironiczny i sarkastyczny. O obiektywizmy proszę nawet nie starać się mnie podejrzewać.
Wylatujemy za tydzień, a ja nie widzę, żeby moi starzy jakoś intensywnie się przygotowywali do wyjazdu. No cóż. Od teraz będę miał ich na oku. : )
piątek, 21 czerwca 2013
SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA
- Urwanie kawałka wycinanki - pamiątki z
podróży do Meksyku. Znów sentyment. Na drzwiach wejściowych wisi ( teraz już
połowa) różowej bibułki z wyciętą weń postacią śmierci. Łatwo ją urwać od dołu.
Więc Pani śmierć nie ma teraz nóg i kawałka sukni. Czy Karol zbliżył się przez
to do absolutu? Być może...
- Zadeptywanie siedzenia kierowcy w
samochodzie - jakie jest najfajniejsze miejsce w samochodzie? Za kierownicą. A
jak zrobić, żeby było widać coś przez szybę? Trzeba stanąć na siedzeniu. W
butach, bo bez butów kierownica jeszcze zasłania. Koszt odkurzania - 0. Bo
przecież można samemu w garażu... Liczę na to, że Karol tak dobrze pozna
wnętrze samochodu, że w przyszłości będzie bardzo bezpiecznym i odpowiedzialnym
kierowcą.
czwartek, 20 czerwca 2013
SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 4
- Kaki. To w jego języku okulary. Także kilka
innych obiektów, ale w połączeniu w paluszkiem nakierowanym na przeciwsłoneczne
binokle, nie ma wątpliwości o co mu chodzi. Zniszczył już kilka par, bo
zakładać je uwielbia, a potem stara się przegiąć ruchome części na drugą stronę
co kończy się zazwyczaj cichszym lub głośniejszym " trach" i potrzebą
dokonania zakupu nowych. Mam nadzieję, że Karol będzie miał piątkę z
wytrzymałości materiałów, jeżeli będzie kiedyś chciał studiować na
Politechnice. My za to nauczyliśmy, że trendy w projektach okularów słonecznych
zmieniają się właściwie co kwartał.
środa, 19 czerwca 2013
SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 3
- Notoryczne urywanie pojemniczka na szczotkę
kloaczną. Właściwie tu bardziej straty moralne, a właściwie nawet estetyczne są
brane pod uwagę, bo pojemniczek, który w stanie normalnym podłączony do ściany
ląduje na podłodze skrapiając ociekiem ze szczotki terakotę i dywanik przy
muszli. Zakończę szybko ten temat, bo śliski jest. Nie wiem, jaka może płynąć z
tego nauka. Mam nadzieję, że Karol mi kiedyś o tym powie.
wtorek, 18 czerwca 2013
SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 2
- Pasek napędowy oraz głowica z igłą w
gramofonie. Będąc młodym człowiekiem dałem się pokroić za chwilę przy
adapterze. Tylko ja słuchałem bajek, a Karol szaleńczo kręci talerzem. Szarpie
i tłucze weń, co finalnie spowodowało straty. Na szczęście nie powodujące
stałego unieruchomienia gramofonu. Ja nauczyłem się, że dziś lepiej mimo
wszystko dawać dzieciom do posłuchania telefon komórkowy, a Karol może kiedyś
będzie DJ. Koszt? Bezcenne.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 1
Kiedyś czytałem bardzo ciekawe podsumowanie
na temat kosztów wychowania potomka. Kwota, którą przedstawiono w tym
opracowaniu była sześciocyfrowa (obejmowała pierwsze 18 lat wychowania i nie
wliczone w nią było mieszkanie przekazane w formie darowizny dla opisywanej
latorośli). Czytając wyliczenia przyjąłem tę wiadomość z godnością i z
nastawieniem, że rzeczywiście pewne koszty będzie trzeba ponieść i nie nawet w
formie wyliczanki, czy narzekania, ale zacząłem się zastanawiać, które z tych
kosztów, jakie były przyczyną Karola w naszej rodzinie nie zmieściły się na
liście przedstawionej w nadmienionym artykule. Bo oczywiście takie standardy
jak wózek, łóżeczko czy pieluchy na pewno tam były, ale dość specyficzne drobne
zniszczenia, których pomysłodawcy
artykułu nawet nie pomyśleli, zapewne znalazły się poza listą.
Za każdym razem, kiedy dowiaduję się, że nasz
mały szkrab coś zniszczył wraca do mnie ta lista i szukam wirtualnie pozycji z
listy Karola, na liście tamtej wyliczanki. Oto pozycje, których nie znalazłem.
( Przyznam, że na początku miałem zarys
negatywnej emocji w stosunku do poniesionych strat, ale teraz spokojnie
wychodzę z założenia, że to wszystko ma jakiś sens. Że czegoś się chłopak
nauczył )
- Wciśnięcie kopułek głośnika średnio i
wysoko tonowego do środka - sam to kiedyś zrobiłem pacholęciem będąc. Ciekawiło
mnie, czy jak dotknę tam wewnątrz do poczuję wibracje. Ja się nauczyłem, że nie
ma wibracji. Mam nadzieję, że Karol nauczył się, iż wszystkie dzieci wciskają
głośniki do środka.
Jutro kolejny przykład poniesionych wydatków.
środa, 12 czerwca 2013
CZEGO TATA NAUCZY C.D.
Moje zachowanie będzie miało wpływ na jego
zachowanie. Mimo różności charakterów. On kopiuje mnie i widzę to już dziś.
Jest kilka takich rzeczy, które uważam, że Tata powinien w synu pozostawić.
Taki męski, pokoleniowy implant.
Na początek rzeczy łatwe takie jak robienie
latawca - tata robi, dziecko się przygląda. A później razem go puszczają. Potem
jazda na rowerze. Skoro syn widzi, że tata umie, sam chce też umieć. To samo z
samochodem. I jeszcze taka mała, drobna rzecz. Wiązanie krawata. Kiedy syn
dorasta i potrzebuje do białej koszuli wybrać elegancki dodatek, to czas, żeby
wkroczył tata. I pokazał jak klasycznie wiąże się ten element wejścia podlotka
w czas bycia facetem.
Czy te rytuały zastępują nam coś, co w dawniejszych
czasach było formalną przemianą chłopca w mężczyznę? W naszej kulturze nie ma
takiego momentu w życiu młodego człowieka, kiedy mówi mu się kategorycznie - od
dziś jesteś dorosły. Czy to dobrze? Czy może dzisiejsze czasy powodują, że jest
to zbyteczne? Nie wiem, ale prawie boję się tego momentu, kiedy przyjdzie czas
opowiedzieć dziecku z odpowiednią powagą na temat spraw damsko-męskich. Bo
dopiero to jest skomplikowane.
poniedziałek, 10 czerwca 2013
CZEGO TATA NAUCZY
Wraz z tym, jak Karol rośnie wykształcam w
stosunku do niego zachowania, które bazują na teoriach przeniesionych z
kilkunastoletniego już doświadczenia pracy z ludźmi. Wydawałoby się może, że
świat dorosłych jest nie najlepszym polem doświadczalnym na tego typu zabiegi,
ale mimo iż bardziej skomplikowany to jednak da się pewne rzeczy przełożyć na
wychowanie dziecka. Jednym z takich zachowań jest cierpliwość i chęć, nawet w
wieku 17 miesięcy, do wytłumaczenia temu małemu człowiekowi, że pewne rzeczy
mają sens a pewne nie. Zakładam, że on rozumie to co do niego mówię, że moje argumenty,
mimo iż dorosłe, trafiają do niego, tylko że nie zawsze chce je przyjąć.
Co nie przeszkadza mi cały czas starać się uargumentować
w dokładnie ten sam sposób. Nie zawsze udaje mi się wyperswadować mu to czego
chce, ale cel jest trochę inny. Chodzi o to, aby od samego początku uczyć go,
iż aby cokolwiek uzyskać należy w odpowiedni sposób to uargumentować. Że
zamiast używania siły, przewagi, którą nad nim przecież mam, należy powiedzieć
co jest niepoprawnego w zachowaniu i starać się, aby druga strona zrozumiała
rację tej pierwszej. To bardzo skomplikowane i wydawałoby się niemożliwe z
dzieckiem, które nie umie mówić, ale mam nadzieję, że nie to co mu przekazuję,
ale jak się przy tym zachowuję daje mu poczucie komfortu w naszej relacji. Bo
dzieci obserwują swoich rodziców. A w szczególności ojców i to jak ojcowie
traktują innych, w tym same dzieci, wpływa znacząco na to, jak potem one
traktują ludzi, w tym rodziców.
Dlatego nawet w sytuacjach, kiedy się spieszę
i zachowanie Karola opóźnia to co chcę zrobić, staram się zachować spokój i
cierpliwość tłumacząc, że potrzebuję, żeby zrobił to, o co go proszę. Żeby
postawić się w takiej sytuacji czasem przypominam sobie taki moment z dzieciństwa,
kiedy obudziłem się rano i wiedziałem, że czeka na mnie słoik czekoladowego
kremu, który mogłem zacząć jeść właśnie tego dnia. Cały, literalnie cały byłem
chęcią zjedzenia kilku łyżeczek tego kremu, więc gdyby ktoś bez powodu odebrał
mi tę słodkość, moja frustracja byłaby ogromna. Prawdopodobnie, gdyby mocno
argumentował dlaczego mi go zabierze, też bym się wściekł, ale kto wie, może
bym zrozumiał?
Dlatego wiem, jakie to
ciężkie, żeby dziecku wytłumaczyć, że czegoś nie dostanie
C.D.N.
niedziela, 9 czerwca 2013
TATA, KAKA, TAŃ!
Któregoś dnia, tak około 16 miesiąca nadszedł
dzień, kiedy wstałeś Karolku rano, małymi zaspanymi oczkami rozejrzałeś się po
swoim pokoju, wyszedłszy z dziury, którą Ci z Mamą zostawiamy w Twoim łóżku,
ruszyłeś na codzienną trasę relacji Twój pokój - łóżka rodziców i cały czas
zdmuchując sen z powiek myślałeś w jaki sposób opowiedzieć o tym, co Ci się w
głowie ułożyło. A ułożyło Ci się dużo, bo już poprzedniego dnia, kiedy po
przebyciu identycznej trasy wpakowałeś się nam na poduszki, widziałem że chcesz
nam powiedzieć coś wielkiego. Że jesteś gotowy na to, żeby pierwszy raz w życiu
wypowiedzieć zdanie, które składało się będzie nie tylko z jednego słowa, nie
tylko z podmiotu określonego tak, że polonista nie nazwałby tego nawet
równoważnikiem zdania, ale z okrągłej formy leksykalnej, której sens nie
pozostawia wątpliwości.
Kiedy otworzyłem jedno oko tak, żebyś tego
nie widział, zobaczyłem Ciebie siedzącego na dywanie przed naszym łóżkiem
wpatrującego się w nieskończoność tak, że pomyślałem, iż albo toczy się w Tobie
jakaś mentalna bitwa myśli, albo jeszcze na tyle jesteś nieobudzony, że umysł
już może dzień rozpocząć, ale członki jeszcze chętnie pospałyby z 15 minut.
Siedziałeś tam, a pod kopułą kłębiły się
myśli, które mniej więcej tak bym odczytał:
- No dobrze. Wstałem. Przejście ode mnie do
rodziców pochłonęło tyle energii, że jestem wykończony. Maraton przy tym co mi
się udało tu dziś zrobić to mała przebieżka po placyku zabaw. I to nie pierwszy
raz mi się to zdarzyło, gdyż trasę tę przemierzam codziennie. Hej rodzice! Wy
śpicie, a tu się historia tworzy. Lekkoatleta wam rośnie, słyszycie? Siedzę
więc taki zmarnowany na dywanie, a Tata udaje, że śpi. Lekko uchyla jedno oko,
żebym nie widział, że podpatruje co robię. Ludzie, jacy Ci moi rodzice są
naiwni! Do rzeczy jednak. Witki mi opadły, energii znikąd, a dzień trzeba
rozpocząć. Zawsze o tej porze tata albo mama przygotowują mi porcję kaszki na
mleku. I podejrzewam, że dziś też uratowałaby mnie taka opcja. Ale kto powinien
wstać i ją zrobić? Mama leży od brzegu, ma bliżej, a Tata od ściany. No to
Tata. Skupiam się. Myślę. Chcę powiedzieć "Tato, czy mógłbyś wstać z
łóżka, pójść do kuchni i przygotować mi tę pyszną kaszkę, którą mi zawsze rano
z mamą serwujecie? Proooooszę?"...
Otworzyłeś ustka i już miałeś zacząć piękną
polszczyzną, bo takie będą rzeczypospolite, jaki ich młodzieży chowanie, kiedy
z Twoje małego gardziołka wydobyły się trzy, jakże ważne i znaczące słowa
- Tata, Kaka, Tań!
Ponieważ wiedziałem, jak wiele kosztowała Cię
trasa, jak ciężko było to zdanie ułożyć, bez ociągania wstałem, poszedłem do
kuchni, gdzie dostałeś całą butelkę Twojej ambrozji, tym razem z dodatkową
łyżeczką kaszki za trud tego poranka. Trzy słowa, a ile radości i dumy.
czwartek, 6 czerwca 2013
CZY FACET MOŻE RODZIĆ? C.D.
To spotkanie pozostawiło jednak we mnie
pewną, że się tak wyrażę, niepewność. Mówienie przez facetów, że rodzili razem
z żoną niesie niebezpieczeństwo bycia niezrozumianym przez osoby, które miały w
przeszłości złe doświadczenia z mężczyznami zawłaszczajacymi sobie bez powodu,
to co należy do kobiet. Jeżeli kobieta czuła się zdominowana przez osobnika
płci przeciwnej, pewnie "podzielenie" się z nią tym co jest jedną z
najbardziej kobiecych rzeczy, czyli porodem, może wejść na, tym razem, jej ego.
Dlatego chyba powinienem się zapytać mojej żony ( żeby mieć pewność całkowitą a
nie domniemaną pewność), czy mogę używać stwierdzenia "rodziliśmy
razem" i choć wiem, jaką odpowiedź otrzymam, warto to zrobić nawet tylko
po to, żeby przy następnym spotkaniu z osobą, której moja semantyka będzie solą
w oku, móc odpowiedzieć, że moja żona tak o tym mówi i mam ten zaszczyt, że nie
tylko tak mówi, ale także tak sądzi.
Chyba dobrze sobie to wyjaśnić, bo niby to
taka drobnostka, a jednak może spowodować długą i zaskakującą dyskusję. Bo
przecież facet nie może rodzić.
środa, 5 czerwca 2013
CZY FACET MOŻE RODZIĆ?
Kiedyś na jakimś spotkaniu ze światłymi
ludźmi mediów wszedłem przypadkowo w dyskusję ze znaną prezenterką lifestylową
stacji TVN na temat porodu. Opowiadając historię narodzin Karola użyłem jak
zwykle stwierdzenia, iż rodziliśmy z żoną razem. Nie zastanawiając się jakoś
głęboko nad tym, jak to brzmi ( bo oczywiście fizycznie rodziła Beata) ale jako
że byłem z Nią calutki czas obydwoje doszliśmy bez większych i wyeksplikowanych
uzgodnień do wniosku, że rodziliśmy razem. Dla Niej to stwierdzenie też jest
jak najbardziej naturalne, więc używam go na co dzień Jednak tego dnia moja rozmowa
stanowiła zaczątek do przemyślenia sprawy jeszcze raz.
- rodziliśmy 15 godzin, to było przeżycie dla
mnie i dla moja żony. Ale wszystko udało się na 100% - powiedziałem po tym jak
opisałem cały proces przygotowania, jazdy do szpitala i tych szczegółów, które
były tak ważne podczas tego dnia.
- rodziliście tak? - a Twój udział w
skurczach to jaki był - 50 procent?
- nie, no oczywiście, że cały ból był po
stronie żony - odparłem jeszcze nie czując, że wszedłem w świetnie przemyślaną,
i bez szans na wygranie, dyskusję.
- No to znaczy, że Ty nie rodziłeś. -
szukałem chociaż cienia sympatycznej zaczepki, którą mógłbym wykorzystać do
wytłumaczenia, co rozumiem przez fakt nazywana porodu wspólnym. Nie znalazłem.
- No dobra. Niech będzie. Urodził mi się
zdrowy syn i dostał 9 w skali Apgara. - powiedziałem podkreślając Karola jako
podmiot tego zdania.
- sam się urodził. - stwierdziła
dziennikarka, która chwilę wcześniej z uroczym uśmiechem kończyła wywiad ze
znaną modelką przed kamerami telewizyjnymi.
- sam się nie urodził, bo pomagała mu
położna. A cały czas parła żona. - trochę już zniesmaczony tym dyskursem
odparłem, ale nie dawało mi spokoju to, że angażując się mocno w poród mojego
dziecka, wierząc, że moja obecność podczas porodu coś jednak dała, mając bardzo
silne emocje do tego wszystkiego musiałem tłumaczyć co mam na myśli osobie,
która zupełnie nie chciała zrozumieć co mam na myśli.
- Zostawcie ten temat, bo widzę że się nie
dogadacie, a Hubert nie miał tej wypowiedzi zamiaru nadać barwy szowinistycznej,
znam go trochę. - w sukurs przyszła mi znajoma, która znała mnie i tę dziennikarkę na tyle, że mogła sobie pozwolić na rozdzielenie nas jak mama
rozdziela dwoje nastolatków kłócących się o to, czy lepsi są chłopcy z Back
Street boys, czy James Hetfield z Metallici.
Uśmiechnęliśmy się do siebie z tym, że mój
uśmiech miał na celu zamknięcie potyczki a jej twarz jak prompter pod kamerą
emitowała komunikat - "bardzo się z Tobą nie zgadzam, i gdybyśmy mieli
więcej czasu, to udowodniłabym Ci jak bardzo nie masz racji". C.D.N
poniedziałek, 3 czerwca 2013
WYPADKI CHODZĄ PO DZIECIACH C.D. 2
Miałem nie opisywać sytuacji mrożących krew w
żyłach, ale zależy mi na tym aby pokazać jak my Tatowie mamy wpływ na to, jak
bezpieczne są nasze dzieci i że od nas i naszej szybkiej reakcji zależny czasem
nawet ich zdrowie i życie.
Mój przyjaciel, którego syn ma ponad dwa lata
opowiedział mi historię, w której odegrał główną rolę, mimo iż scenariusz mógł
spokojnie posłużyć za kanwę do nagrania horroru.
Którejś z nocy, jego syn dostał bardzo
wysokiej gorączki. Tak w sumie bez powodu, tak z niczego się wzięła ta
gorączka, ale wywindowała pod 40 stopni. Razem z żoną próbowali ochłodzić
dziecko, aż w pewnym momencie chłopak dostał drgawek, usta mu posiniały i
przestał oddychać.
Sytuacja na tyle tragiczna, że dziecku
zagrażało realne niebezpieczeństwo niedotlenienia mózgu. Żona mojego
przyjaciela, przestraszyła się tak bardzo o zdrowie swojego dziecka, że nie
była w stanie wykręcić numeru pogotowia. Mój przyjaciel zachował zimną krew, na
tle na ile można w takiej sytuacji zachować zimną krew, zaczął sztuczne
oddychanie na dziecku i bardzo stanowczym głosem poprosił żonę aby wykręciła
numer 112 by opowiedzieć co się
wydarzyło. Emocje matki w stosunku do dziecka są tak mocne, że nie dziwi nikogo
fakt, że psychika każdej, nawet bardzo wytrzymałej kobiety, czasem nie jest w
stanie przetworzyć tak niebezpiecznej perspektywy. Natomiast umysł faceta jest
skoncentrowany bardziej na rozwiązaniu problemu, a nie na zastanawialiśmy się
na jego skutkach. Natura nas stworzyła w ten sposób pewnie też dlatego, abyśmy
mogli się uzupełniać w tak trudnych sytuacjach.
Kiedy przyjechała karetka, syn mojego przyjaciela już oddychał, ale tak
czy owak został zabrany na obserwację do szpitala.
Tata pełni ważną rolę w życiu i zapewnieniu
zdrowia dziecka. Dzięki naszemu męskiemu podejściu niektóre sytuacje są
szybciej opanowywane, niebezpieczeństwa szybciej zażegnywane i dajemy mamom
naszych dzieci komfort, że gdyby sobie miały z czymś nie poradzić to jesteśmy i
czuwamy. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, iż jesteśmy
niezastępowalni, że bez nas kobiety nie dałoby sobie rady etc. Dałyby, z
pewnością tak, tylko po co mają się
męczyć, skoro nam sprawia radość być potrzebnymi. Życzę wszystkim, żeby nie
musieć za często tego udowadniać. Bo to, pomimo naszej macho-skorupy, bardzo
obciążające i stresujące.

Subskrybuj:
Posty (Atom)


