Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODRÓŻE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PODRÓŻE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 października 2015

KAROL W JAPONII - Japonia nie jest taka droga


Myśleliśmy, że podróżowanie po Japonii będzie bardzo drogie, ale okazuje się, że można tu spędzić nie płacąc strasznie dużo. Garść danych na ten temat. 

Zakwaterowanie. To może być droga impreza, bo ceny hoteli są mniej więcej jak w Europie. Warto zajrzeć do motelu kapsułowego, ale tam trzeba wcześniej rezerwować miejsca. booking.com to tez dobra opcja bo w większości wypadków można odwołać rezerwacje nie płacąc za taką opcję. 

Najtańszym rozwiązaniem jest CouchSurfing, ale w naszym wypadku nie zadziałało to wcale, gdyż pani przestała się do nas odzywać na dwa tygodnie przed przyjazdem. Ale ewidentne mieszkanie u kogoś jest przyjemne, nie tylko ze względu na koszty ale także dlatego, że poznaje się lokalną ludność. Dlatego naszą ulubioną opcją stały się pobyty dzięki airbnb.com, gdzie płacąc około 200 zł za pokój można całkiem przyjemnie pomieszkać w wybranej przez siebie dogodnej lokalizacji. Można znaleźć też pokój za 100 zł, ale naszym wymaganiem było łóżko dodatkowe dla Karola, więc i koszt musiał wzrosnąć. 
Warto też znajdować miejsce do spania przy węzłach komunikacyjnych, aby nie używać zbyt wielu różnych opcji transportowych - to podnosi koszt pobytu. 

Transport. Będąc tu dwa tygodnie opłaca się kupić JR pass (około 1400 zł za osobę za dwa tygodnie) - bilet upoważniający do podróży szybkimi pociągami między dużymi miastami oraz wszystkimi innymi o liniami, które są ze stajni wszystkie należą do tego narodowego przewoźnika, więc warto sprawdzić, czy trasa jest obsługiwana przez tego czy innego operatora. 
To samo tyczy się metra w Tokio. Jedna lini - Yamamoto - to kolejka naziemna, która nasza przepustka obsługuje, reszta to linie metra - trzeba za nie płacić w zależności od odległości. Około 4,5 -8 zł za przejazd. Na lotnisko (Narita) można pojechać szybką kolejką - N'EX. Wszystko to w ramach biletu JR PASS. Promesę przepustki należy kupić przez wyjazdem, bo w Japonii nie ma możliwości kupienia tych bardzo przydatnych papierków. 

Jeżeli ktoś ma plan i jednak chce bardzo dokładnie przewęszyć Tokio będzie musiał zakupić bilet na metro albo dużo chodzić. Linia Yamamoto nie obejmuje wszystkich stacji i jeżdżenie nią (fakt, że w ramach passa) powoduje dużą ilość chodzenia. Ale bez dodatkowych kosztów. 

Jedzenie. W życiu nie zjadłem tyle sushi co podczas tego wyjazdu. Ryba świeża, kucharz uśmiechnięty a ceny - dwie sztuki za około 3.50 zł. Nie tak źle. Oczywiście są droższe ale taka cena (120¥) to dobra oferta. Cenowo to nie Tajlandia ani Indie, ale tez i jakość jedzenia jest rewelacyjna. Dobra ofertą jest też zupa z kluskami Udon - około 15 zł (500¥) - idealna nawet na duży głód. Kluski są pożywne a zupa supersmaczna. 
Street food jest wszędzie i dobrej jakości, ale sushi wymaga czystości przygotowania, wiec rekomendujemy restauracje. Jest ich bardzo dużo i zawsze wystawiają to, co można u nich kupić na zewnątrz, więc zanim kupimy patrzymy i wiemy co będzie grane. 
Okonomiyaki - smażony placek z rożnego rodzaju wypełnieniem (mięso, kluski, warzywa etc) można kupić już za 700¥ (około 20zł) i śmiało można się jednym najeść. To bardziej na południu Japonii, ale w Tokio spokojnie da się też to dostać. 

Poza tym jest dużo kuchni koreańskiej (dość tłusto, ale smacznie) chińskiej w chinatown (dobra opcja, bo tanie świeże). 

Drogie są europejskie elementy takie jak bagietki, chleb, ciastka - jeżeli się ich wyrzekniemy - nie powinno być tak drogo a jednak nadal bardzo smacznie i aromatycznie.

Jeszcze kwestia kawy - Japończycy piją kawę i normalnie w kawiarni kosztuje ona tyle co w Polsce - czyli od 13 do 17 zł. Ale we wszędobylskiej sieci Seven-Eleven można czarną dużą kawę kupić za około 5 zł. Należy powiedzieć przy kasie, że chce się kupić ciepłą, bo inaczej dostanie się mrożoną i jak ktoś nieprzyzwyczajony to nawet będzie musiał kupić drugą. 

Opcją kawowa numer dwa jest zakupienie w automacie z rzędu czerwonego (czyli gorące napoje) aluminiowej butelki z kawą już zrobioną. W smaku jest całkowite przyjemna i kosztuje 140¥ (4,70zł). 

A można nie pić kawy, tylko wodę. Jest często za darmo z wodopojów publicznych z małymi kranikami i mając bidon sportowy, naładować go można całkiem dobrym wsadem za dokładnie 0 ¥. 

Te trzy elementy (spanie, jedzenie, transport) generują koszty niezbędne. Reszta to oczywiście dodatki, które mogą być bardzo drogie, ale to już zależy od podróżnika. Wejścia do parków czy potrafią kosztować nawet 1000¥ (32 zł) ale bardzo wiele rzeczy jest dostępne publicznie. Jak np toalety, które są super jakości i bardzo gęsto rozłożone po mieście. 

Japonia to Azja, ale Azja wysokiej jakości. Nie da się tu podróżować za uśmiech, ale ceny nie powalają tak jak w Europie. Planując trochę wcześniej można znaleźć dobre bilety samolotowe (poniżej 2000zł) a potem obejrzeć zachwycający kraj za warte tego pieniądze. Bo Japonia zachwyca, jest niepowtarzalna, przepiękna i bardzo bezpieczna. Za to wszystko warto zapłacić extra w porównaniu do innych krajów w regionie, bo rzeczywiście Japonia jest od reszty nieporównywalnie inna. 








sobota, 24 października 2015

KAROL W JAPONII - Rzecz o świątyniach i nowoczesności






Buddyzm w Japonii jest wyznawany przez 85% społeczeństwa ale myślę, że z buddyzmem w Japonii jest podobnie jak w Polsce z katolicyzmem. 20-30% się w to porządnie włącza a reszta deklaruje, czasem pójdzie na ślub albo chrzciny a potem robi swoje, nie koniecznie związane z  wiarą. Paradoksalnie w Japonii 90% ludzi to zdeklarowani sintoińczycy - paradoksalnie bo te dwa procenty się nie dodają, są równolegle, nakładają się na siebie i dzięki temu w Japonii można spotkać świątynie i kościoły. Kościoły należą do sekt, a świątynie do wyznawców buddyzmu. I czasem ludzie chodzą tu, czasem tam. Jak okazja wymaga. Pewnie bardzo spłaszczam to co zobaczyłem, ale rozmawiając z naszą zaprzyjaźnioną rodziną z Kyoto (z rodu Ohara - zbieżność nazwisk ze Scarlett przypadkowa) takie wrażenie odnieśliśmy. Z resztą im bardziej społeczeństwo jest uprzemysłowione i na wyższym stopniu rozwoju konsumpcji się znajduje tym bardziej marginalizowana jest funkcja wiary i kultów. Japonia wydaje się być tegoż przykładem. Mimo jej zamkniętości na inne kultury (trudno jest się zasymilować obcokrajowcom) i wydawałoby się tradycjonalizm nie widać tylu mnichów na ulicach, nie czuć religii na ulicach, tak jak w Tajlandii czy w Indiach. Świątynie są zamkniętymi tworami, robiącymi wrażenie, a jakże, ale nie wychodzą na ulice tak bardzo jak w innych krajach azjatyckich. 

W Kyoto trafiliśmy na targ wokół świątyni (tu trochę sobie zaprzeczam, gdyż akurat ta impreza była wyjściem na ulicę spoza bram świątyni, ale bardziej chodziło mi w poprzednim wersie o wychodzenie mentalne na ulicę, o widoczne życie religii wśród ludzi, pod strzechą - a targ ten był raczej bazarem wszystkiego niż obwoźną formą sprzedaży elementów praktyki kultu Buddy) dzięki któremu mogliśmy wejść na teren i zobaczyć budynki i ogród bez dużej ilości turystów. Lokalni, którzy przyszli kupić towary nie zaglądali tłumnie do środka świątyni, więc można było spokojnie popatrzeć i zobaczyć jak wyglada. Świątynie są tu drewniane, maja charakterystyczne bramy, przez które wchodzi się na teren ogrodu a potem ścieżką dochodzi się do głównej budowli, której bardzo japoński portal świadczy o tym, że zaraz będzie można wejść do wnętrza. Nie można się tam poruszać w butach, nie wolno siadać nogami w stronę Buddy a przed samym wejściem należy obmyć ręce w bieżącej wodzie oraz odymić sobie głowę trociczkami. 

Tak było w Kyoto, tak było w Narze, tak było w Himeji i we wszystkich miejscach, jakie odwiedziliśmy. A zwiedzanie Japonii to w pewnej części świątynie. Biorąc pod uwagę prostotę japońskiej szkoły projektowania - świątynie są zrobione na bogato. Rzeźby na zewnątrz, bramy, portale wejściowe, ornamentyka wewnątrz wokół Buddy oraz sam Budda - robią wrażenie. Stanowią one (te świątynie znaczy się) tę część do której Japończycy odwołują się twierdząc, że czerpią z tradycji będąc mocno osadzeni w innowacyjnej rzeczywistości. 

Wysoko zagięte rogi dachów z pokrytych dachówkami kontrastują z hybrydowymi samochodami marki Toyota, "uczesane" ogrody z kamyczków stoją na drugim końcu szali z hiperszybkimi pociągami Shinkansen, wysokie pagody po prawej i lewej stronie świątyni są przeciwwagą dla darmowego szybkiego internetu na każdym przystanku autobusowym w Kyoto. 

To bardzo interesujące połączenie, bo patrząc na to jak Japonia rozwijała się przez wieki, jak mimo swojej azjatyckości (która w innych krajach w regionie powoduje, że jest to źródło taniej siły roboczej) potrafiła stać się synonimem jakości, innowacyjności i zaawansowania. I to przez ostatnie 70 lat raptem. To budujące. Choć, po wyborach w tym roku może się okazać, że Polska włączy wsteczny bieg i będziemy musieli cofnąć się do mentalnego budowania kurhanów. Wolałbym jednak obrać za przykład wariant japoński









środa, 21 października 2015

KAROL W JAPONII - Jak uderzyliśmy w kimono


Żona moja bardzo chciała mieć możliwość założenia prawdziwego kimono, takiego jak w "Szogunie" z Richardem Chamberlainem w roli głównej. W mieście Nara, do którego udaliśmy się z Kyoto, traf chciał że urządzano tego dnia darmowe przebieranie turystów w historyczne stroje z regionu. Do tego wszyscy Ci, którzy mu mieli założone misternie ułożone kimona mogli przejść prze rytuał picia herbaty, o którym czytałem już wcześniej i który to rytuał ma swoje ustalone zasady, jest kilkusetletni i udało nam się go zaburzyć przez fakt, że Karol kategorycznie zaprotestował przeciwko piciu tego dość osobliwe smakującego płynu lugolopodobnego. Ale wyglądaliśmy jak typowa rodzina z 18 wieku posiadając swoje latyfundia nieopodal Kyoto. Ja - wręcz szogun, z upiętymi włosami wręcz na czubku głowy, Beti - w kimono o niebieskim kolorze w przepiękne kwiaty (niech się gejsze chowają dzisiejsze) oraz Karol - młody Panicz, dziedzic fortuny rodziny Hubihito - najstarszego rodu w tej prefekturze. Karol co prawda miał strój na agrafki bo nie dał się ścisnąć w pasie a i sukienka była lekko za długa, więc trzeba było przytroczyć jakoś ozdobną dolną część do kimono, ale wyglądał dobrze, nawet wdziawszy po długich negocjacjach specjalne skarpetki z jednym palcem, żeby można było chodzić w drewnianych klapkach. Ciekawe doświadczenie, nie powiem. 














sobota, 17 października 2015

KAROL W JAPONII - kulinaria


KAROL W JAPONII - Dotknąwszy japońskiej ziemi


Specjalnie nie dotykałem telefonu, aby automatycznie zmieniał strefy czasowe. Ten zabieg sprawił, iż nie kontrolowałem tego, jaka naprawdę jest godzina. Bo jaka jest teraz godzina? Ta Warszawie nie ma w zasadzie znaczenia, a ta na miejscu jeszcze absolutnie nie chce być zaakceptowana przez mój organizm. Więc pierwszy raz w życiu nie kontrolowałem tego, co się dzieje z czasem tylko spokojnie starałem nie spóźnić się na kolejny lot. Z Dubaju do Tokio podróż trwała ponad 9 godzin Karol spokojnie spał, a ja miałem czas na to, żeby bez pośpiechu poczytać sobie przewodnik o najważniejszych rzeczach, które można zobaczyć w państwie Kwitnącej Wiśni.

Lotnisko w Tokio przywitało nas zaskakująco ... swojsko. Nie dlatego, że jest podobne do lotniska na Okęciu, ale dlatego, że podróżując trochę po Azji przywykliśmy do tych klimatów i lubimy je na swój sposób. Singapur jest może bardziej zadbany, ale ponieważ mieliśmy wysokie oczekiwania, takie oczekiwania, które trochę nas onieśmielały (że drogo, że nie można się dogadać, że łatwo się zgubić między słowami etc) to miłe rozczarowanie zaskoczyło nas zaraz po wylądowaniu. Oczywiście literki są inne (kto raz się zgubił na ulicach Bangkoku, temu jest łatwiej to ogarnąć, bo wie że patrząc na nazwy ulic i mając nawet mapę też do celu się nie dojdzie) ludzie mówią po angielsku czasem słabo, ale udało nam się spojenie kupić bilety na pociąg do Tokio, udało nam się dotrzeć do naszego pokoju i zjeść pierwsze kluski na mieście. Myślałem, że będzie trudniej.

Karol w tym wszystkim czuje się jak ryba w wodzie. Podróż  zniósł rewelacyjnie, bez żadnych marudzeń, pojadł, pogadał z ludźmi i pytał się tylko kiedy dojedziemy do tych Japończyków.

Kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie spędziliśmy pierwszą noc powiedział tylko że musi walnąć kluchy, bo jest głodny i doszedł do wniosku, że czas położyć się spać. Było już dobrze po 20:00 kiedy dojechaliśmy, więc jego wymagania były jak najbardziej naturalne. Nie mógł trochę zasnąć, bo jet lag im człowiek starszy tym bardziej widoczny, więc pomęczywszy się trochę kręcąc pod kołdrą zasnął w końcu i spał do 12:00. Tak to przeważnie pierwszego dnia w Azji jest.








piątek, 16 października 2015

KAROL W JAPONII - podróż w wersji video


Karol w Japonii - podróż do Japonii

Drugi raz w tym roku. To rozpusta, ale myślę sobie, że zasłużyliśmy. Beti, bo praca z dwoma generatorami energii w domu jest wykańczająca i widziałem, że często miała już po korek emocji, a dla mnie rok ten był ciężką robotą nad znalezieniem nowej pracy, poukładaniem sobie w głowie wszystkiego co mnie spowalniało i uczenie się, że rodzina z dwójką dzieci to nie to samo co z jednym. Klara, która będzie występowała w tym opowiadaniu tylko wirtualnie jest dzieckiem spokojnym, uśmiechniętym i bardzo przyjaznym, ale w połączeniu z temperamentem Karola daje mieszankę o specyficznej wybuchowości. Bo nawet jeżeli ona jest spokojna to Karol potrafi podbiec do niej, pocałować ją z całej siły, ukochać jeszcze mocniej i podeptać, bo przecież trzeba się spieszyć w dalszą drogę. To wszystko trochę męczy, ale męczy pięknie, bo ja wiem, że tworzymy naszą rodzinę, gruntujemy ją pod przyszłe zachowania i schematy. To jak się do siebie odnosimy i jak uczymy się siebie jest ubogacające dla wszystkich stron. 

Dlatego tak trudno mi było podjąć decyzję, że Klara, ze względu na swoją niezakończoną chorobę, będzie musiała zostać w domu, poczekać na nas 2 tygodnie, pomieszkać trochę z Babcią. Ona tego nie czuje oczywiście, ale my, troje podróżników bez sternika, mam ją cały czas przed oczami i tęsknimy. 
Karol wiesz, Klara nie leci z nami, bo się trochę źle czuje i musiała zostać w domu - powiedziałem w taksówce na Okęcie do syna. 
Nie martw się tata. To nic. Będę za Nią tęsknił. 
Ja też mogę?
Możesz. 
I wsiedliśmy do samolotu na tę ostatnią w tym roku podróż. tym razem do Tokyo. 
Karol, jako świeżo upieczony 4 latek jest starym wyjadaczem podróżniczym. Dla niego lotnisko jest bez tajemnic, samoloty go fascynują, ale już nie sam samolot go rusza, ale jego wielkość, kolor a także elementy lotniska, które rozpoznaje dzięki stosowi książek poruszających taką tematykę. Wie co to czerwonobiały rękaw, który pokazuje kierunek wiatru, wie co to wieża kontrolna, zwana przez niego wieżą kontrolową i potrafi sam zapiąć pasy w samolocie. Stary wyjadacz. 

A ja też zupełnie inaczej podchodzę do tej podróży. Inaczej niż zawsze. Bo z jednej strony nie mam z tyłu głowy rzeczy w pracy, bo jakby nie patrzeć jestem trochę bezrobotny, a z drugiej czeka na mnie masa wyzwań w nowej pracy jak wrócimy. Więc zdrowa fascynacja wyjazdem połączona z jeszcze bardziej zdrową ekscytacją nową pracą to mieszanka, która daje mi od pierwszego dnia komfort wyjazdu i brak zaśmiecania głowy problemami stamtąd. Jest tylko tu. 

A obok mnie siedzą żona, która potrzebuje wypoczynku i syn, który jest już na tyle dużym chłopakiem, że podróż ta będzie dla niego inspiracją do rozwijania swych pasji. Bo my mu pokazujemy, że można się czymś fascynować (dla nas to właśnie podróże) a On potem ma coś z tym po w swojej głowie zrobić. Na razie mu pokazujemy, a potem się zobaczy. 

Tym razem podróż przygotowaliśmy całkiem porządnie, trochę jak kiedyś. Jest plan, są rezerwacje wstępne noclegów i jest lista rzeczy, które chcemy zobaczyć. Mamy założone całkiem mocne tempo, ale życie zweryfikuje czy 4 latek to już backpackers czy nie. 

Tradycyjne ważenie bagaży przed wyjazdem pokazało, że każdy z dwóch plecaków waży poniżej 11 kg co jak na 3 osoby (Karol jednak ma trochę rzeczy) to całkiem niezły wynik. Pakowali się dziś rano, ale ponieważ wszystkie rzeczy formalne zrobiłem dzień przed wyjazdem, poszedłem spać o 23:00 i jestem w miarę wyspany, co świadczy o tym, że mój zwyczajowy pośpiech przedwyjazdowy zastąpiło wakacyjne ZEN. Jedynie katar w nosie i zawalone gardło mnie irytują, bo nie mogę normalnie mówić a to dla mnie jest sprawa dużej wagi, bo gadułą jestem z zasady. 

Nie dokształciłem się jedynie z Japonii, więc będę musiał wykorzystać czas lotu z 5 godzinnym połączeniem prze Dubai na to, żeby trochę poczytać. Bo warto wiedzieć jak robić niektóre rzeczy w kraju do którego się leci.  Więc trochę poczytałem. 


środa, 8 lipca 2015

TAJLANDIA we 4 - UROKI KHO SAMUI

Dziś trochę o tym, jak można spędzać czas na wyspie pomalowanej lazurem i wysypanej drobniutkim piaskiem.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

czwartek, 4 czerwca 2015

TAJLANDIA WE 4 - Inny Bangkok i Chiang Mai po raz drugi.

Lubię wracać, do miejsc które kiedyś z wypiekami na twarzach odkrywałem. Wczoraj udało nam się dotrzeć do restauracji, którą świetnie pamiętamy z pobytu w Tajlandii 6 lat temu, i która to restauracja prawie wogóle się nie zmieniła. To bardzo proste miejsce w jednej z bocznych uliczek głównej arterii startego miasta w Chiang Mai, taka niepozorna, trochę brudna i zaniedbana (to też się nie zmieniło) Ale chyba dzięki temu ją poznaliśmy. Nazwa restauracji też nie została nam w pamięci, więc nawet nie mogliśmy się zapytać gdzie ona jest. Pamiętaliśmy tylko, że w bocznej uliczce, niedaleko hotelu, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Teraz z wózkiem i prawie czterolatkiem przy boku weszliśmy, jakby trochę do siebie, do wewnątrz tej, umówmy się, jadłodajni i zachwyceni zapachem jedzonych potraw usiedliśmy przy stoliku. Karol oczywiście zaczął mowić o kluskach, ale tym razem profesjonalnie nazwał to Padthai i zażyczył sobie soczek jabłkowy. Sok jabłkowy w Tajlandii jest tak reglamentowany jak mięso w czasach PRL z tym że u nas po prostu ktoś wysyłał wszystko do Rosji, a tu zwyczajnie jabłka nie rosną, stąd w menu nie uświadczysz tego po typu soczków. Za to są świeżo wyściskane soki z pomarańczy i mango, w cenie śmiesznie nieprzyzwoitej. Co więcej, udało nam się namówić Karola na taki soczek. Uff.

Zamówiliśmy sobie trochę tego i tamtego, a pani która nas obsługiwała wydawała się znać nas i pamietać sprzed ostatniej wizyty. Uśmiechnęła się i przyjęła zamówienie. Fascynująco pachnący kurczak z czosnkiem i pieprzem, krewetki w cieście wraz z warzywami w tej samej panierce, Morning Glory z czosnkiem smażony na szybko w woku, Padthai dla Karola oraz sticki rice z mango. Pomijając fakt, że za wszystko zapłaciliśmy z napojami 500 bathow (czyli 55 zł), muszę przyznać że uczta była boska. Polecam te tajskie przysmaki, bo robi się je szybko a poza tym są lekkostrawne i bardzo smaczne.
Przepis na kurczaka z pieprzem i czosnkiem z tej restauracji jest następujący.

1 pierś z kurczaka.
Świeżo utłuczony pieprz czarny
4 ząbki czosnku
100 gramów Morning Glory (wiem, ze trudno dostępne, więc może być Bok choi Pokrojony w paseczki, albo zielona fasolka szparagowa)
Olej słonecznikowy
Sól
Sos rybny
Sos sojowy
Cukier palmowy (Ew. Brązowy)

Kurczaka na cieniutkie kawałeczki, bo w woku musi się to szybko usmażyć a nie udusić. Razem z grubo pokrojonym dla odmiany czosnkiem wrzucamy na olej na woku. Dość duży ogień, ale nie taki, żeby się spalił czosnek. Jak kurczak sie zrumieni, wrzucamy zielone i mieszamy. Dolewamy wody i sosu sojowego. Pieprz sypiemy na końcu, żeby oddał też smak, a nie tylko pikantność. Sos rybny jest dość śmierdzący, ale nadaje potrawie charakter i chowa się pod innymi smakami. Łyżeczka cukry powinna wystarczyć, żeby zaookrąglić smak. Można, jeżeli jest na podorędziu użyć odrobiny wywaru z kurczaka, żeby było wiecej sosu, ale kurczak też zawsze puszcza swoje smakowite soki. Uwaga z sosami sojowymi i rybnymi, bo są dość słone. Cała potrwa powinna być gotowa w około 7 minut. To jeżeli chodzi o smażenie. Przygotowanie może zająć dłużej, szczególnie jeżeli uprzecie się na zakup Morning Glory - poszukiwania mogą trochę zająć.

Napełnieni smakami wróciliśmy pamięcią do chwili, kiedy byliśmy w tej restauracji pierwszy raz - wtedy we dwójkę i zupełnie w innym tempie. Spieszylismy się, aby zobaczyć kolejną świątynie, sfotografować mnicha i wrócić późno, aby obudzić się wcześnie i pędzić dalej. Dziś spokojnie, czekając aż dziecko jedno zje, a drugie chwilę poleży samo, delektowaliśmy się tym co na stole.

Podobnie było w Bangkoku, bo nie zobaczyliśmy ani jednej świątyni, ani jednego Buddy i ani razu nie jechaliśmy tuk-tukiem. Tryb rodzinny, teraz to wiem, to tryb trochę powolniejszy, wymagających reakcji na nagłe zaśnięcie delikwenta, albo nagle obudzenie się delikwentki, na silną potrzebę zjedzenia loda albo napicia się wody. Kilometry biegną, ale wolniej. My już to widzieliśmy, a dla nich to nowe emocje. Wielkie emocje, bo wszystko, nawet jeżeli dla nas to wcale nie bardzo dużo, dla Karola i Klary to Galaktyka emocji i uniwersum przeżyć. I ten kompromis mi się podoba, im chyba też.

Bangkok więc zwiedziliśmy z perspektywy basenu u naszych znajomych, potem spacerów po rozgrzanych uliczkach, ale niezbyt daleko od domu, bazaru z warzywami pod budynkiem i jednego centrum handlowego z podróbkami markowych ciuchów. Bangkok nocą nas nie interesował aż tak bardzo już, choć pojechaliśmy na Khao San Road trochę tęskno patrząc na życie ulicy, która jest początkiem wszystkich wypraw backpackerskich w Tajlandii. Chyba muszę się pogodzić z faktem, że nie jestemy już przykładowymi backpackersami, którzy jeżdżą nocnymi autobusami, śpią na dworcach i potrafią przejść 5 km do następnego hostelu. Z dzieckiem szkoda, choć cały czas mnie korci. Tęskno mi, to mówi serce, a z drugiej strony trzeba rozważnym być - podpowiada rozum. I tak pomiędzy tym co bym chciał i tym co powinno udaje nam się pokazywać dzieciakom miasta, targi, świątynie oraz baseny, sklepy z lodami, stoiska z plackami bananowymi z czekoladą oraz plaże gdzie można budować zamki z piasku. Kiedyś nie myślałem że będzie mi to potrzebne, a teraz wiem że tak jest dobrze dla nas - dla rodziny.

Mamy bardzo intensywny czas ze sobą i gdyby ktoś mi zaproponował, że za drobną opłatą zajmie się moimi dziećmi podczas tego naszego czasu, że jakaś animatorka zabierze Karola na basen i będzie szalała z nim cały dzień, a ja będę mógł być wakacyjnie dorosły, to powiedziałbym stanowcze nie - dlaczego mam płacić za odebranie mi najważniejszych chwil w moim drugim dzieciństwie - kiedy mogę uczestniczyć w nim z całą moją rodziną. To tak jakby ktoś powiedział, że za pięćdziesiąt złotych wyjdzie z moimi przyjaciółmi na miasto, kiedy ja będę mógł spokojnie poleżeć sobie w łóżku w domu i poczytać starożytnych filozofów. Życie jest zbyt krótkie, żeby pić kiepskie wino.

niedziela, 31 maja 2015

TAJLANDIA WE 4 - początek.

Samolot. Cisza. To znaczy cisza, która zdefiniowana jest brakiem płaczu, krzyku, śmiania się, pytań i uderzania twardymi rzeczami o twarde rzeczy. Szumi monotonnie silnik odrzutowy, słychać szybkie i kojące syknięcia otwieranych napojów w puszkach. Na ekranach bezdźwięcznie przesuwają się obrazy oglądanych przez pasażerów filmów. W słuchawkach Nino Rota rzewnie opowiada historię pewnej włoskiej rodziny z Nowego Jorku... Tęsknię za moimi dziećmi w takiej formie jaką mam nacodzień, ale kiedy obydwoje śpią i nie jest to środek nocy mam chwilę na to, aby przelać to co mi siedzi w głowie na klawiaturę. I samolot nadaje się do tego w sam raz. Lot do Bangkoku trwa 12 godzin, więc powinna się znaleźć odrobina czasu na wszystko. 

Wczoraj jeszcze jak zwykle przed podróżą bardzo niespakowany siedziałem i myślałem jak będzie wygladała ta wycieczka w 4 do miejsca które znam, które bardzo lubię i które nie jest dla mnie ekscytujące ze względu na to, iż jest nowe, ale dlatego, że jest takie dobre i pozytywne. Można tam wracać wiele razy. I zawsze mieć poczucie, że to dobrze wybrana destynacja. A teraz jedzie z nami dwójka maluchów, które znów spowodują, że wycieczka będzie niepowtarzalna. Bo tym razem trzeba będzie nie tylko brać pod uwagę swoje potrzeby, ale potrzeby Karola, który ma już bardzo skrystalizowany obraz tego co będzie robił, ale także rodzące się potrzeby Klary, która trochę jeszcze nieświadomie, potrzeby ma i nie da nam o nich zapomnieć.

Jest mi dziś niespiesznie. Początek wakacji, których bardzo potrzebowałem to ten moment kiedy próbuje sobie zdefiniować czego od nich chcę. Od wakacji i od uczestników. I od siebie.

Ponieważ jest nas 4, będzie z mojej strony dużo pracy w tym, żeby każdy miał możliwość swoje cele osiągnąć. Żona moja potrzebuje wypoczynku, ja potrzebuje trochę czasu na strzepnięcie z siebie elementów, które mnie delikatnie ostatnio spowalniają i naładowania baterii, Karol potrzebuje ekscytacji nowymi rzeczami i dużej dozy zabawy, a Klara bycia blisko nas. Czy to się da pogodzić? Oczywiście, że tak bo jak pomyślę, że będę mógł całe dwa tygodnie spędzić stapiając naszą rodzinę w jeszcze mocniejszą całość, a przy tym świetnie się bawić i jeść rzeczy, za których smakiem tęsknię od ostatniej wizyty w Tajlandii - to uśmiecham się sam do siebie, a ci którzy nie śpią w samolocie patrzą na mnie dziwnie (Na nienaturalnie uśmiechniętego człowieka ze słuchawkami na uszach wpatrzonego w tablet).

Tajlandia to świetny kraj do podróżowania z dziećmi. Jest bezpieczny, ciekawy, smaczny, tani i do tego wszystkiego ekscytujący. Bo są zwierzęta, są plaże, są lasy. Można nauczyć się jeździć na słoniu, można ponurkować z rurką i pobudować zamki z piasku. A dla młodszych - jest po prostu ciepło i nie trzeba nosić grubych bodziaków, za to można wystawić małe, gołe stópki na powietrze. I nie zmarzną.

Pytano się mnie czy się nie boję. Nie boję się, bo wiem, że w Tajlandii jest nie mniej bezpiecznie niż w Warszawie, tylko trzeba się nie pchać tam, gdzie nie powinno się być jak się nie jest tubylcem. Z resztą zasada ta zawsze mnie ograniczała przed szaleństwami podczas podróży i jak dotąd wychodziłem na tym dobrze.

Mamy dwa robaki ze sobą. Dają tyle satysfakcji ile czasu pożerają, ale to pożeranie jest już tak wpisane w naszą codzienność, również wakacyjną, że nie potrafię sobie wyobrazić jak by to było gdybym nie mogł podzielić się moimi emocjami z Beti, a potem z Karolem, a następnie uśmiechnąć się do Klary.

No i w końcu sama Klara. Dla tych, którzy znają nas tylko ze stron bloga winny jestem informację, że w grudniu zeszłego roku na świat przyszła najpiękniejsza córka jaką mam czyli wielkooka i owłosiona osóbka, która jeszcze bardziej zmieniła nasze życie. Teraz zmieniła życie trzech osób, a nie jak w przypadku Karola, dwóch. Bo Klara przyszła do naszej trójki. Karol też na nią czekał i był żywo zainteresowany tym, kiedy przyjdzie, kiedy będzie, jak będzie się z nią bawił i kiedy będzie mógł z nią budować remizę z klocków.

I kiedy jeszcze była w brzuchu u mamy, planowaliśmy wakacje zupełnie nie wiedząc jaka będzie ta nasza córka, czy tak jak z Karolem w USA będzie się nadawała na kompana podróżniczego, czy nie. To jak kupowanie dziury w ziemi na kredyt hipoteczny. Nie wiesz jaki będzie efekt, a zobowiązanie podejmujesz. Więc my też trochę tak na kredyt założyliśmy, że córka będzie urodzona pod szczęśliwą gwiazdą i zaplanowaliśmy wyjazd bez porozumienia z nią. Teraz  zobaczymy czy będzie nas stać na spłacenie tego kredytu i czy obiekt się sprawdzi :)

Cisza nadal trwa, dzieci śpią, zaczyna pachnieć jedzeniem samolotowym. To jeszcze nie jest green curry, ale ślinianki mi się uruchomiły fantastycznie i kapiące kropelki z kącików ust spowodowały pobłażliwy uśmiech pani stewardesy, w następstwie czego dostałem mokry, ciepły ręcznik.
mam go possać? - zapytałem zadziornie. Nie odpowiedziała. A może tylko wydawało mi się, że zapytałem?
Ocknąłem się. Podano wtedy do stołu. Musiałem przerwać pisanie.

Karol ma 3 i pół roku, a ja chciałbym pokazać mu tak wiele, tak wiele opowiedzieć i sprzedać kilka rzeczy, które sam kiedyś kupiłem i do dziś delektuję się tym, że mogę ich doświadczać. A on jest bardzo charakterny i mimo wieku nie wszystko już mu pasuje, co my proponujemy. Nie chce go zmuszać, bo chcę żeby szedł swoją drogą, ale jeżeli dzielenie się pomysłami, które wywołują u mnie takie silne pozytywne emocje, mogłoby mu sprawić jakiś dyskomfort to odpuszczę, ale najpierw ten dyskomfort muszę zobaczyć. I na szczęście jeszcze go nie widzę. Dlatego razem jeździmy na koncerty, razem gotujemy i razem podróżujemy, jeżeli to kupi, to później dalej to sprzeda. Jeżeli nie, będę bardzo chciał poznać te elementy, które wywołają w nim takie uczucia jak u mnie wywołuje podróżowanie.

Klara jest jeszcze za młoda żeby coś poczuć i doświadczyć, ale to działa też na naszą trójkę, że podróż może być fantastyczna z maluchem, podrośniętym maluchem, dużym tatą i całkiem niemałą mamą. Bardzo mi sie to podoba.

Tajandię już opisałem i zakładam, że przez te kilka lat nie zmieniło się na tyle dużo, żebym musiał do bloga sprzed 6 lat wprowadzać erratę. Tym razem postaram się skupić na tym, jak sobie taka rodzina jak nasza radzi z dwójka dzieci przez dwa tygodnie w obcym kraju. Jak uda nam się do siebie zbliżyć dzięki temu, że doświadczymy siebie przez całe dwa tygodnie w pełni, z atrakcjami i po tajsku. A Karolowi oddam głos jeżeli chodzi o prowadzenie spostrzeżeń natury czysto podróżniczych. Bo w końcu już kawał z niego chłopa, więc niech się wypowiada.

środa, 20 listopada 2013

PODRÓŻ - POST SCRIPTUM


Musiało minąć trochę czasu, żebym mógł znów usiąść do pisania. Z wielu powodów. Pierwszy i najważniejszy to chyba ten, że po trzech tygodniach przelewaniu na klawiaturę moich myśli nagle okazało się, że chwilowo potrzebuję odpoczynku i trochę snu. Bo to był drugi powód, dlaczego nie miałem ochoty pisać.
Po powrocie z wakacji prawie tydzień dostosowywalem się do strefy czasowej lokalnej i chodzenie spać o godzinie 21:30 nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym.

Po trzecie należało odrobić zaległości w pracy, domu i rodzinie, a ponieważ doba ma tylko 24 godziny laptop poszedł w kąt.

Teraz wiem, że słusznie bo jest coś takiego w intensywnym pisaniu, że potem trzeba chwilę odpocząć. Poza tym bogactwo tematów podczas wakacji dyskontuje tak mocno codzienność domową, że każda z inicjatyw jaką chciałem podjąć wydawała mi się mało interesująca. Po dwóch tygodniach uznałem jednak, że czas wrócić do spisywania tego co siedzi w głowie, bo jest ktoś, dla kogo to wszystko co się dzieje jest o tyle ważne, że z racji wieku pamiętać tego nie będzie, a warto, żeby wiedział co się wydarzyło. Ten ktoś to Karol oczywiście.

Nasz mały synek wrócił do domu na spiąco, gdyż lot z Londynu był opóźniony, wylądowaliśmy w Warszawie o godzinie 23:20, przetransportowaliśmy się do domu i zasnęliśmy wręcz natychmiast. Rano musieliśmy i iść do pracy.

Budzenie było łatwe, bo wracając z Azji mamy 6 godzin do przodu, stąd 6 rano to dla człowieka południe. Dla Karola także. Obudził się o 6 i spokojnie, jak gdyby nigdy nigdzie nie wyjeżdżał zrobił obchód domu, a następnie przyszedł do nas do łóżka. Nie zdziwił się, iż nie ma w nim Mai, ale także nie poprosił o kaszkę tylko nadal chciał kluski.

Zmianą, jaka miała nastąpić było to, że w odróżnieniu od czasów wakacyjnych, tym razem tata i mama musieli zostawić dziecko samo i pójść na 8 godzin do biura. Tego już Karol zrozumieć nie potrafił i z wielkim wrzaskiem obwieścił, że tata do pracy nie i że na rączki.

Nie udało nam się wyjść zanim zrozumiał, że inaczej nie nie da, więc jeszcze na klatce dało się słyszeć szlochanie przeplatane poszczególnymi słowami, w głównej mierze nakierowanych na mamę i tatę.

Tak było przez kolejne kilka dni, aż wszystko wróciło do normy, a Karol radosnym "papa" zaczął żegnać się z mamą czy tatą siedząc spokojnie na dywanie i układając puzzle.

Zmiany są dobre, bo pokazują jak bardzo nie doceniamy tego co mamy i do czego powinniśmy wracać. Karol ze swoim zachowaniem wrócił do stanu wyjściowego po około tygodniu. Ale nadal jak się go zapytać, gdzie chciałyby lecieć samolotem odpowiada:
- Do Singaparu!


piątek, 15 listopada 2013

KAROL W AZJI -ACH, TO BYŁY WAKACJE



I zawsze przychodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć sobie basta. Nasze trzy tygodnie w doborowej czwórce bez sternika zaczęły powoli dobiegać do swojego naturalnego końca, ale w duchu czuliśmy, że w tryb niewakacyjny wbijemy się dopiero na lotnisku w Warszawie.

Ostatni dzień na Bali spędziliśmy na plaży, gdzie mama i ciocia próbowały swoich sił na desce surfingowej. Wyglądały jak dwie sztuki na wydaniu, bo w szortach i koszulkach z logo słynnej firmy produkującej sprzęt surfingowy nikt nie mógł pomylić się w jakim celu pojawiły się na plaży. Deski w rękach dodawały im jeszcze większego uroku, a fale niosły je jak starych wyjadaczy z Australii. Warto było popatrzeć.

Bali pożegnało nas piękną, jak zwykle z resztą, pogodą i porankiem ciepłym ale nie wkurzajacym. Z resztą wiedząc, iż w Warszawie o tej porze było 8 stopni i padał ciężki i mokry deszcz, nawet zbytni upał nie dałby mi się we znaki. Chciałem chłonąć klimat wakacji przez jeszcze trochę.

Przenieśliśmy się na ostatni wieczór znów do Singapuru, gdzie w nocy odwiedziliśmy te same miejsca co przed 3 tygodniami, tylko że wszystko wyglądało jeszcze bardziej okazale gdyż podświetlone było porządnie przez fantastycznie zaprojektowane lampy, żarówki, ledy i inne nowoczesne źródła światła. Singapur nocą był wisienką na torbie ( tak to się chyba mówi, bo jak z tatą byłem na targu to kupiliśmy ziemniaki, a na wierzch pół kilo wiśni i one wystawały za reklamówkę - wyglądało to zacnie) naszej wyprawy. Fakt, że w połowie wycieczki zasnąłem niczemu nie przeszkadza, bo przecież byłem już tam raz i widziałem to wszystko. Jeszcze kiedyś będę w Singapurze, to wtedy przyjrzę się wszystkiemu dokładniej.

Nie lubię zbyt długich podsumowań. Ale tu się należy długie, bo to też i była długa podróż.
Uważam, że zabieranie dzieci na wakacje ma sens - oczywiście mamy swoje wymagania, mamy swoje humory i gorsze oraz lepsze chwile, ale czas spędzony w taki sposób jak spędziliśmy go teraz dał nam więcej niż jakakolwiek wycieczka czy weekend spędzony w domu. Po pierwsze byliśmy 24 godziny na dobę razem i nie mieliśmy od siebie ucieczki, więc musieliśmy się nauczyć naszych codziennych rytuałów, żeby wyjazd nie stał się uciążliwym robieniem sobie nieświadomie lub świadomie na złość. Po drugie długie rozmowy i dyskusje zbliżyły nas do siebie, a szczególnie, że na ten czas przypadł właśnie u mnie wysyp słów i chęć poważniejszych rozmów. Dzięki temu, że byłem non-stop z rodzicami i ciocią Mają, mogli oni zobaczyć jak szybko się uczę mówić, a co więcej, mogli być tegoż poważną częścią. Gdybym ten okres spędził w domu, pewnie też bym się rozwinął tak szybko, ale za to nie zauważyli by tego moi rodzice tak bardzo dogłębnie, jak widzieli to na wakacjach.

Zabranie mnie ze sobą dało im też świetne miejsca w samolocie, bo lecąc z infantem na kolanach przeważnie dostaje się rząd przy ścianie, gdzie nogi można wyciągnąć na całą długość. A ja miałem kołyskę, więc kiedy nachodziła mnie ochota na drzemkę, mieli komfort jak w pierwszej klasie.

Będą też mieli fantastyczne wspomnienia z tych, chwil kiedy swoim jeszcze zupełnie dziecięcym okiem zachwycalem się panią kelnerką niosącą soczek z pomarańczy (okrzykiem "jest soczeeeeeek"), lub kiedy oblany morską falą krzyczalem "woda jeeeeest".

Uważam, że zabieranie dzieci na wycieczkę, która jest nie do końca zaplanowana jest świetne, bo oczywiście położenie się w hotelu, w którym panie skaczą na około nas dzieci, jest kuszące i dużo bardziej komfortowe niż opiekowanie się nami przez cały dzień w doli i niedoli, ale czy płynie z tego dobro - nie wiem. Taki hotel raczej oddaliłyby mnie od rodziców zamiast przybliżyć. Bo właśnie we wspólnych emocjach najłatwiej zapisać wspomnienia, które potem wywołują wspólny śmiech lub infantylne zażenowanie. Dobrze, że są takie hotele, bo zabawy tam co niemiara. Dobrze też, że moi rodzice wybierają te, w których jednymi animatorami ich synka są oni sami. Ja sobie zdaję sprawę, że podróżowanie ze mną jest inne, wolniejsze i pewnie bardziej męczące. Ale przecież zabierając mnie na wakacje doskonale o tym wiedzieli. Bo decydowanie się na współpodróżowanie z dwulatkiem zmienia wszystko. Na lepsze.

Poznałem tatę trochę bardziej, jesteśmy bliżej, rozumiemy się lepiej, docieramy się, można powiedzieć. Po trzech tygodniach upewniłem się w przekonaniu, iż mogę polegać na mojej mamie, która jest zawsze tam, gdzie być powinna. Czy to w basenie, kiedy chcąc przepłynąć za wiele jak na jeden raz zachłystuję się wodą, czy kiedy budzę się rano, a jej uśmiechnięte oblicze wita mnie obok na poduszce. Wiem, że jestem dla nich bardzo ważny, bo za każdym razem kiedy testowałem ich czujność uciekając w tłum Azjatów lub w stronę ulicy, wiedziałem, że jakaś wyciągnięta ręka podąży za mną i zawróci, kiedy będę chciał przekroczyć granicę, której przekraczać nie powinienem. Takie wakacje są ważne, bo dzięki nim przyznałem nam certyfikat "zgranej rodziny" - taki medal za udany wyjazd. Takiej sprawności nie da się zdobyć w domu, w tym celu trzeba wyjechać. Nasz wyjazd był takim testem, egzaminem dojrzałości poza domem. Zdaliśmy go na piątkę z plusem.

Wiem też, że po każdym takim rodzinnym wyjeździe powinienem moim starszym zafundować jeden tydzień krótkich wakacji, tym razem beze mnie, żeby mogli spokojnie pobyć ze sobą, w takim tempie jak lubią z i takimi atrakcjami jakie preferują. Drodzy rodzice, nie mam nic przeciwko, żebyście mnie odstawili do babci i pojechali w dowolnym czasie. Choćby i do Ciechocinka. Ja stawiam!

Teraz będę musiał wrócić do domu, do codziennych zajęć i szarości (niestety w porównaniu z Azją, polska jesień jest niestety bardzo szara) i czekał będę na kolejny szalony pomysł mamy i taty, kiedy to oznajmią mi na dzień przed wyjazdem, że zabierają mnie gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Kocham was rodzice za to (my Ciebie też, Karolku - mama i tata) i dziękuję, że mogliśmy ten czas spędzić razem. Nie wiecie, z resztą ja sam sobie z tego pewnie nie zdaję sprawy, jak to dla mnie ważne

Podpisano.
Wasz Karol vel Dadoł Pipa.