wtorek, 10 czerwca 2014

NOCE WIELOOSOBOWE

Spanie, to ta czynność, którą sobie bardzo cenię. Mówię o spaniu, czyli wypoczynku po dniu pełnym wrażeń, doznań, emocji. Wtedy śnią się rzeczy, umysł wypluwa z siebie czasem niepołączone nicią logiki obrazy, żeby trochę odreagować wszystko to, czym został zbombardowany podczas dnia.
Nie lubię długo spać, ale lubię, kiedy ten sen jest nieprzerwany, głęboki i intensywny. Wygodny do tego, bo miałem w życiu kilka takich nocy, kiedy to, na czym leżałem było tak piekielnie niewygodne, że przy porównaniu do łoża madejowego, wspomniane przed chwilą wypadało mniej więcej, jak  lekko używane łóżko ramowe na pierwszym piętrze w Ikea. Z materacem na pojedynczych sprężynach. Więc cenię sobie komfort przykrycia się po nos pachnącą (lecz nie wykrochmaloną

, jak drzewiej bywał) kołdrą i miękkość poduszki, która tylko delikatnie unosi moją głowę nad poziom materaca. Zasypiam na plecach i takoż się budzę, choć wiem, że troszkę się w nocy kręcę. I czasem głośno oddycham (to taki eufemizm). Tyle mi wystarczy. Wstaję przed 7:00 sam, niebudzony dręczycielskim dźwiękiem budzika i jeszcze chwilę lubię poczuć całkiem świadomie ciepło posłania, zapach płynu do płukania i posłuchać ciszy poranka. Czasem promienie słońca wypiszą mi na twarzy laurkę i choć odbite od szyb bloku naprzeciw, to całkiem mocne i dziarskie zaglądają na nasz balkon i wierzyć czy nie, wydaje się, że robi się w sypialni jakoś cieplej.  Czasem dzwony z pobliskiego kościoła dadzą o sobie znać, uzmysławiając, iż skoro biją, to jest 6:30, więc można poleżeć w łóżku jeszcze jakieś 20 minut zanim wstanie się i zacznie codzienny poranny wyścig z pikającym w radiu o pełnej godzinie zegarze. Tak od poniedziałku do piątku. Znaczy, tak było od poniedziałku do piątku.
Bo od kiedy pojawił się Karol tryb ten zmienił się kompletnie. Pierwsze miesiące po jego przyjściu na świat i do naszego domu, noc była szatkowana karmieniem, płaczem i przewijaniem. Przyznam, że uczestniczyłem w tych obrzędach nierówno z moją żoną, bo dała mi ten komfort, którego sama nie zaznała. Mogłem, obudziwszy się w momencie kiedy On rozpoczynał głośne domaganie się o zadbanie o jego potrzeby, zasnąć zaraz wiedząc, że Ona się nim zajmie. Miałem szczęście. Potem, kiedy zaczęliśmy już spać spokojnie przez całą noc zastanawialiśmy się, kiedy nastąpi taki moment, w którym Karol wyniesie się do swojego pokoju i będzie przesypiał noce u siebie. Bo jak wszyscy wiemy, dzieci zajmują szerokość łóżka liniowo odzwierciedlającą ich wysokości, a czasem nawet więcej ( bo przecież można wyciągnąć ręce). Stosowaliśmy różne układy i konfiguracje wypoczynkowe, ale zawsze Karolowi udało się tak wcisnąć, żebym ja umiejscowiony był miedzy łóżkiem a ścianą, a Beata lewitowała wręcz na krawędzi łóżka, grożąc podłodze, iż udowodnić może z hukiem, iż 9,82 m/s2 to przyspieszenie, jakie nawet na tak krótkim dystansie może przysporzyć guza, a na pewno jakiegoś siniaka. Lub odgniot w klepce przy łóżku.
Karol w pewnym momencie sam zdecydował, iż będzie zasypiał w swoim pokoju. Łatwo zaakceptował, że łóżko w sypialni to łóżko rodziców, a jego łóżeczko, w którym od tego czasu prosił, aby mu czytać wieczorne bajki, jest jego bazą startową i zajezdnią jednocześnie. Noce znów stały się takie zwyczajne i takie spokojne. I teraz, kiedy czasem proponuje mu, żeby zasnął w naszym łóżku, bo to tak fajnie razem zasypiać on odpowiada:
- Tata, to nie jest moje łóżko. Moje łóżko jest w moim pokoju. Ja nie chcę spać łóżku rodziców.
I jakoś tak mi smutno, bo jest w dziecku coś tak niesamowitego kiedy śpi. Kiedy można patrzeć na nie okiem kochającego rodzica i chyba nie znam takiego taty czy mamy, którzy w tym momencie nie składają całusa na czole takiego niewinnego szkraba i nie chcą się przytulić do niego i zasnąć razem z nim. Nie ma wtedy znaczenia, czy dziecko budzi się o 4:00, czy skopie kołdrę, tak że marzną nerki, czy przełoży się sobie tylko znanym sposobem umiejscawiając się w poprzek na poduszkach. Albo finalnie obudzi się w nocy i bardzo głośno zakomunikuje, iż chce pić.

Mamy jednak szczęście, bo Karol codziennie przychodzi do nas rano zgrabnie wchodząc na łóżko i przekopując się pod ścianę ogłasza, że najpierw musimy przejść przez rytuał nazwany przeze mnie 1000 buziaków i 1000 przytulaków, a potem jest czas na śniadanko. Co dość wyraźnie jest ogłaszane przez Niego, a jeżeli przypadkiem w międzyczasie zadzwoni budzik, to wiadomym dla Niego jest, że trzeba natychmiast wstawać i podać mu serek lub parówkę. I takie momenty muszą mi wystarczyć. Bo przecież sam chciałem, żeby się na noce przeniósł do siebie. Ej, my dorośli to zupełnie nie wiemy, czego my tak naprawdę chcemy od tych naszych dzieci.