niedziela, 2 marca 2014

MAŁE FOBIE RODZICÓW

Każdy z rodziców ma jakieś takie małe wynaturzenie, które przejawia się tym, że czegoś nie powinno się robić jego dziecku. A to, że nie wolno dawać dziecku czekolady, a to że nie należy karmić białym pieczywem, a to że chłopcy nie powinni bawić się w wojnę, a to żeby dziewczynkom nie kupować różowych ubranek lub lalek barbie. Mimo, iż te wszystkie zakazy mogą brzmieć dziwnie, wychodzę z założenia, iż jeżeli zostały nałożone to jest jakiś większy plan, który uwzględnia ten element i w całości jakiegoś bardziej ogólnego projektu jest w tym wszystkim sens. Nawet jeżeli bardzo ukryty.

Jeżeli dziecko całe życie piło wodę i ktoś na siłę daje mu soczki, a rodzice tego nie chcą to zapewne krzywdy mu nie robią, tylko mają cel, by zbilansowana dieta miała tyle cukru ile dostarczają go świeże owoce. Jeżeli mycie ząbków jest dla dziecka codzienną męczarnią, to cukry zawarte w czekoladzie na pewno zmienią się w kwasy niszczące szkliwo w nocy. Osoby dbające o pochodzenie składników potraw lub brak zawartości glutaminianu sodu, kiedy widzą, że tuczony hormonami i podsypany wegetą kurczak ląduje przed dzieckiem mają prawo do protestu i zachowania swojego trybu karmienia.

Niestety takie odrębności i brak podążania ogólnie wytartą ścieżką często spotykają się z niezrozumieniem pobudek, a ponieważ elementy wydają się być abstrakcyjne, to często chce się udowodnić, iż złamanie zasad nie spowoduje u nikogo krzywdy. Dlatego potajemnie dzieci dostają a to cukierka, a to soczek z marchewki, która nawet nie leżała obok marchewki, a to lizaka po cichu, żeby nikt nie widział.

Uważam, że danie krówki-ciągutki dziecku nie jest aż tak złe samo w sobie, ale w momencie kiedy rodzice chcą kontrolować ten proces, ograniczać go i po swojemu prowadzić dziecko, fakt złamania zakazu staje się sprawą o znaczeniun większego kalibru. To jak powiedzenie rodzicom "wy tam macie te swoje dziwne zasady, a dzieci od lat jadły cukierki i jakoś żyją". Niczym się to nie różni od podjechania na stację benzynową i zatankowawszy do pełna powiedzieć panu w kasie:
- oj te wasze zasady. Jak raz nie zapłacę to przecież świat się nie skończy - i odjechać w radosnym przekonaniu, że udowodniło się światu, iż przez jedno złamanie zasady przecież gwiazdy na głowę nie spadną. A świat jest okrutny i takie złamanie kończy się szybką sprawą sądową i grzywną, jeżeli nie pracami społecznymi. Bo każdy czyn niesie za sobą konsekwencje.

Moja mama opowiadała mi niedawno, że kiedy byłem chłopcem w wieku już nie mlecznymi, ale jeszcze nie przedszkolnym, poszli z moim tatą na sylwestra. Mając te prawie trzy lata, wpisując się w pomysł moich rodziców, którzy chyba lubili Led Zepellin i Omegę, byłem posiadaczem dłuższych, lekko pokręconych włosów. Na zdjęciach, jak teraz je oglądam, wygląda to tak pociesznie, że nie dziwię się moim rodzicielom, czemu nie mieli ochoty mi ich podcinać. Poza tym, nie zależnie jaką mieli motywację, w tym wieku byłem jeszcze ich własnością w 100% i zdany na ich gest lub jego brak, wyglądałem tak jak sobie to wymyślili. Kiedy więc wrócili z imprezy i zobaczyli małego Huberta pozbawionego owłosienia na 2 cm od głowy doznali prawdziwego wstrząsu. Moja mama nie przytaczała dokładnych słów jakie padły podczas karczemnej awantury zaraz po wejściu, ale jestem pewny, że atmosfera nie zachęcała do wspólnej kolacji. Moja babcia, która była tym cyrulikiem, doszła do wniosku, że chłopcy powinni wyglądać jak chłopcy, a nie jak dziewczynki.

Zastanawiam się skąd myśl o tym, żeby mi obciąć włosy zaświtała w głowie mojej babci. Jeżeli miałem loki to zapewne nie dlatego, że moi rodzice o mnie nie dbali, tylko tak chcieli. Co chciała przez to powiedzieć? Bo gdyby chciała o tym porozmawiać, zapewne zapytałaby moich rodziców, czemu mam kudełki jak mały pudelek. Czy chciała wyrazić swoją dezaprobatę i nawet za cenę, jaką musiała zapłacić za ten czyn, nie mogła się powstrzymać i musiała zrobić, tak jakby ona chciała żeby było? Być może było też tak, że bardzo mocno była ze mną emocjonalnie związana, iż doszła do wniosku, że ona też może, tak jakby to było jej dziecko, całkowicie decydować o tym co można a czego nie, jak wypada a jak nie. Może jakieś niezrealizowane w procesie wychowania własnych dzieci demony powróciły i iluzorycznie dały zielone światło do naprawienia swoich błędów młodości? A może po prostu napatoczyły się jej nożyczki? Nie wiem. Ale wiem, że tego typu zachowania jak wchodzenie w rolę rodziców, na wszystkich opiekunów działają bardzo niekorzystnie. Jeżeli takie sytuacje się zdarzają, oznacza to, że gdzieś zatarła się granica pomiędzy myśleniem, że jest się rodzicem a rzeczywistym byciem rodzicem i należy światu przypomnieć, że zasady są po to, żeby ich nie łamać. Naprawdę.

Mając w głowie tę historię jestem bardzo przewrażliwiony na punkcie tych małych fobii jakie mają rodzice, bo one właśnie, nie zależnie od tego, czy traktuje się je jako pozytywne czy negatywne, tworzą szkielet autorskiego programu wychowania dziecka. Programu tworzonego na podstawie własnych doświadczeń i przekonań. Oraz gustów. A dyskusja o gustach, niestety czasem kończy się bardzo emocjonalnie. Podchodzę do tych fobii z wielkim szacunkiem i nie wchodzę z moimi fobiami na fobie innych rodziców. Bo sam wiem, jak reaguję kiedy ktoś chce zapukać w drzwi racjonalności moich.

I cudnie byłoby, gdy świat ułożony był tak, aby wszyscy mieli podobne podejście.



Źródło zdjęcia http://beautyisathingofthepast.blogspot.com/2010_07_01_archive.html