wtorek, 23 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ XIII


Pechowy tydzień. Pechowy, dla mamy, bo odkryłem którą część należy nacisnąć, aby mamie powróciły nudności. Zabawa jest przednia, bo ostatnio spędziliśmy nad muszlą prawie dwadzieścia minut. Mówią, że muszle same nie szumią. Ale za to jak ryczą!

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ XII


Mam paznokcie. Jak jeszcze raz zacznie piszczeć, to wydrapię mamie na pęcherzu moczowym "Litwo ojczyzno moja." Chłe, Chłe...

piątek, 19 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ XI


Poranek był ciężki. Budzenie, gimnastyka, obchód. Jak co dziennie robiłem przegląd organów, nowo-rozwiniętych członków, kiedy będąc w okolicach tzw rectum zauważyłem, iż czegoś tam brakuje. Nie zgadniecie, jak ucieszyłem się, kiedy okazało się, iż ogonek zaniknął. Świadczyło to o tym, iż moje nadzieje nie są do końca pogrzebane, że człekokształtny koszmar, który od kilku tygodni spędzał mi sen z nibypowiek mógł być tylko fikcją.

I wtedy usłyszałem ten dzwięk. Każde dziecko słyszało go choćby raz w swoim płodowym życiu. Wysokie częstotliwości całkowicie zagłuszyły moją radość z niebycia małpiszonem. Pisk dochodzący z zewnątrz brzucha mamy był przenikający aż po świeżo wykształconą śledzionę, zalążek wątroby i początkujący żołądek. Ktoś mnie podglądał ultradzwiękami. Zakładam, że to mama i tata, ale dlaczego tak głośno? Gdyby tylko wiedzieli, jakie spustoszenie sieje ultrasonograf w moim małym umyśle, pewnie by się zastanowili dwa razy, ale widać z tego nie wiedzieli. Dlatego zdecydowałem, że będę utrudniał zaglądanie im do mojego małego pęcherza płodowego i odwracał się będę tak, żeby niczego nie mogli zobaczyć. A co mi tam.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ VII


Mam 20 mm długości, nazywam się Tytus de Zoo. Ten uciążliwy stukot, który nie da się uciszyć to serce. Wali, jak młotek. Mam już dość. Nie dość, że będę miał pełno sierści na  brzuchu to jeszcze będę rzucał w ludzi kupą. Życie jest niesprawiedliwe. 

piątek, 12 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ VI


No i niestety. Jestem małpą, o czym świadczy ogonek, który pięknie urósł mi przy mojej małej, jak dotąd ślicznej pupce. I cały misterny plan podbijania świata poszedł się klepać. A żeby tak wszystkich odpowiedzialnych za rozmnażanie się gatunków porwał dryf genetyczny i zawiódł na bezludną wyspę beż żarcia i picia. Obrażam się. Bez odbioru. 


Orangutan

czwartek, 11 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ V


Coś zaczęło rytmicznie pukać. To irytujące, bo będąc jedynie słuchem można popaść w hipnozę. To coś, co gorsza, jest we mnie. Na szczęście powoli zaczynają mi się kształtować paluszki, więc uciszę tego świerszcza jak tylko uzyskam czucie. A tak przy okazji - parzystokopytne odpadają, bo mam u stópek 10 malutkich paluszków. Pozostaje mi jeszcze bycie orangutanem a te zdania, które słyszę z zewnątrz to mogą być zachwyceni moją owłosioną mamą zwiedzający i podnieceni goście warszawskiego zoo. Dopóki nie wyrośnie mi sierść na pleckach cały czas jest szansa.


Little toes of a baby

środa, 10 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ IV


Oczy, mam oczy! Znaczy zaznaczyły mi się miejsca, gdzie będę miał oczy. I po boczkach urosły mi takie grudki, gdzie będą rączki. Czyli ptak odpada. Gdybym został poczęty w rodzinie buddyjskiej, to kto wie, czy reinkarnacja nie zawiodłaby mnie do kurzego jaja, ale teraz nabierając świadomości swojego pochodzenia (przecież słyszę po jakiemu gadają na zewnątrz!) powoli nabieram obaw, czy aby nie będę parzystokopytnym. 


Latest Alien Eyes of animal species

wtorek, 9 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ III


Urosłem do 1,5 milimetra i nadal nie wiem kim jestem. Kształtem przypominam gruszkę, kolorem muflona i zaczynam obrastać w dziwną masę. Obawy przed byciem kurą powoli odchodzą w niepamięć, ale cały czas mam przed moimi nieistniejącymi jeszcze oczami  sekserkę, która grzebie mi pod ogonem i szuka pierwszorzędnych cech, aby zakwalifikować mnie do drużyny kurek lub kogutów.  Czemu ten czas tak wolno leci?

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ II


Przysnąłem chyba trochę, bo naokoło mnie zrobiło się żółto jak wewnątrz jajka. Wtedy przeżyłem pierwszą traumę w życiu. Wszystkie okoliczności wskazywały na to, że niestety będę kurczakiem. Pół biedy wykluć się jako zielononóżka kuropatwiana, bo przynajmniej ekologicznie życie bym spędził, ale jak wyjrzę na świat jako kurka chodu klatkowego i mnie przerobią na de volaja? Zdenerwowany całkowicie zdecydowałem się zasnąć i zdać na los.

niedziela, 7 kwietnia 2013

CIĄŻA Z PERSPEKTYWY MAŁEGO CZŁOWIEKA - TYDZIEŃ I

Może w to nie uwierzycie, ale dzieci od samego początku myślą. Nie potrafią pisać, ale gdybyśmy wyobrazili sobie, że wszystko to co myślą jesteśmy w stanie usłyszeć, to wiele byśmy usłyszeli. 

Załóżmy, że udała mi się ta sztuka i usłyszałem, to co Karol mówił podczas ciąży. Nawet jeżeli w to nie wierzycie, to posłuchajcie, bo bardzo ciekawe, co mi opowiedział. 


Kiedy byłem zygotą.
Można powiedzieć też kiedy byłem stanem zaraz po tym, jak haploidalna gameta męska połączyła się z haploidalną gametą żeńską, ale po pierwsze nie znam jeszcze takich słów , a po drugie, ktoś może poczuć się urażony i nie chcieć czytać dalej.
Nie mniej jednak, podobno rosyjscy naukowcy (bo właśnie żeby wprowadzić wszystkich w stan naukowego uniesienia otworzyłem tekstem rodem z podręcznika do ginekologii) odkryli, że ludzka świadomość rozpoczyna zapis dokładnie z momentem zapłodnienia.
Ludzie, przecież nie trzeba być naukowcem, żeby wiedzieć, że tak jest. Nie wszystkie  maluchy potrafią przypomnieć sobie szczegóły życia płodowego, ale ponieważ cały czas doskonale pamiętam jak to było, to chciałbym, żeby świat o tym usłyszał, co się działo przez ten cały czas.  Może uda się wnieść do ciała nauki wielki kamień milowy. Może uda się podnieść stan wiedzy na temat życia prenatalnego. Może uda się mieć, będąc jeszcze pacholęciem, swój wkład w rozwój! Tak czy inaczej, oto moje zapiski, jakie robiłem sobie zaraz po tym jak usłyszałem wielki krzyk:

Tydzień pierwszy.
Na początku było ciemno, ciepło, wilgotno i usłyszałem krzyk. Kobiecy, długi i przenikliwy. 
- Genesis - pomyślałem - albo potop - dodałem i zastanowiłem się nad stanem rzeczy. Przed chwilą jednak komórka obiła się o drugą i nagle ni z tego ni z owego dostała się do środka. Kiedy kliknęło, nagle zacząłem słyszeć. Jeszcze nic nie czułem. Tylko słyszałem. Jakbym był wielkim uchem, które jest tak wielkie że nikt nie wie, gdzie się dokładnie zaczyna, gdzie kończy, gdzie ma strzemiączko a gdzie kowadełko i z racji faktu, że jest nieskończone, wszyscy traktują je tak, jakby go w ogóle nie było. Jak kosmos. A ono jest i słyszy. I ja właśnie byłem takim jakby uchem. Tyle że nieskończenie małym. Ale piekielnie dobrze słyszącym i potrafiącym zbierać myśli. Miałem dopiero dwie komórki, nie wiele, a zarazem tak wiele. Uznałem, że muszę się zdrzemnąć. 

czwartek, 4 kwietnia 2013

OBSERWUJĘ CIĘ TATO


Tak mógłbyś mi Karol powiedzieć. Mam nadzieję.

ŚMIECH

Wiesz Karol, czego się od Ciebie uczę?
Uczę się od Ciebie tego, że można się śmiać ze wszystkiego, a to bardzo pomaga iść do przodu. Im jesteśmy starsi tym bardziej nie chce nam się śmiać, nawet z rzeczy, które powinny nas śmieszyć.
A Ty pokazujesz, że można się chichrać nawet z tego, kiedy nagle wyjrzę zza winkla i powiem przeciągłe słowo, które w Twoim języku może znaczyć cokolwiek. Śmiejesz się z tego, kiedy podrzucam ręcznik do góry, śmiejesz się kiedy polewam Cię wodą z butelki po szamponie, śmiejesz się kiedy zakładam skarpetkę na rękę i udając pacynkę wydobywam z siebie głos potwora skarpetkowego mówiąc
- Cześć Karol. Mam zjeść Ci brzuch?
A Ty odpowiadasz
- Nia
- To może zjem Ci ucho?
- Nia
- A może nogę?
- Dak - nagle zgadzasz się i unosisz stopę na wysokość mojej ręki uzbrojonej w skarpetę i na Twoich ustach pojawia się promyk radości.

My duzi ludzie tracimy tę zdolność. Jakby połączenia międzykomórkowe w mózgu odpowiedzialne za radość i śmiech wapnieją i stajemy się bardziej smutni.

I jak tak siedzimy sobie na dywanie a Ty karmisz pluszowego Shreka jabłkiem, to myślę sobie, że w sumie to jest zabawne i właśnie dlatego, że to Ty mi pokazujesz iż należy się z tego cieszyć na mojej twarzy pojawia się szeroki uśmiech. To jeszcze nie rechot, ale obiecuję Ci, że będę nad tym pracował. 

środa, 27 marca 2013

A JEDNAK CEL

Myślałem, że nie będę wyznaczał Tobie żadnych celów. Ale jednak. A może ten cel jest dla mnie nie dla Ciebie. A może jest dla nas obydwu?
Codzi o to, że większość relacji ojców do synów jakie znam są przynajmniej trudne, jeżeli nie bardzo trudne. Faceci mają problem z uczuciami, mają trudność mówienia tego co czują a jak to robią to wydaje się im to być nieszczere, dziwne i niemęskie. Może własnie o to chodzi? O tę niemęskość? I potem uczą swoich synów jak być twardym, trochę na wierzchu nieczułym gościem, myśląc że dzięki temu będzie im, tym synom w życiu, łatwiej. A ja traktuję zdolność do pokazywania tego co się czuje jako wartość i mimo iż nie wiem, jak ciężko będzie mi pokazać to Tobie, czyli innemu facetowi. Bo teraz, kiedy jesteś jeszcze małym chłopakiem to jest łatwe. Przytulanie się i okazywanie sobie uczuć przez dotyk jest naturalne, zrozumiałe i nie wymaga wielkiego tłumaczenia. Ale kiedy przyjdzie rozumiejącemu dziecku powiedzieć do tego wszystkiego, że sie go kocha, to może stać sie to wyzwaniem. I to jest ten mój cel. Żeby za parę lat, kiedy będziemy mogli po dorosłemu pogadać nie będzie dla nas problemem powiedzenie sobie "kocham Cię" i nie poczujemy niezręczności tej sytuacji. Tego będę sie musiał najpierw ja sam nauczyć a potem zachęcić Ciebie to zrozumienia jak to ważne dla twardzieli, jakimi świat chce, żebyśmy byli.

czwartek, 31 stycznia 2013

Pisanie bloga jako pomysł na lepszą pamięć


Pisanie tego wszystkiego ma dwojaką wartość. Bo po pierwsze kiedyś, kiedy będziesz już duży, a nic nie będziesz pamiętał z tego co się wydarzyło między Twoimi narodzinami a trzecimi urodzinami, będziesz zastananawiał się jaki wtedy byłeś i będziesz pytał się nas o szczegóły, to nie będziemy w stanie dokładnie odpowiedzieć na Twoje pytania. Odnosząc się jednak do notatek łatwiej będzie nam przypomnieć sobie czy zacząłeś chodzić jak miałeś 10 miesięcy czy jednak 14. Bo po latach to wszystko jakoś skleja się w jedną całość i różnica miesiąca czy dwóch nie ma znaczenia. A będąc z Tobą tu i teraz ma to kolosalne znaczenie, czy chodzisz czy nie, czy mówisz czy nie, czy umiesz pokazać, że chcesz kaszkę czy też nie. To po pierwsze. A po drugie, co w zasadzie jest powiązane z pierwszym bardzo mocno, chciałem mieć taki mały skarbczyk uczuć, jakich doznajemy z mamą, kiedy wydarzają się rzeczy dla nas pierwsze. Potem, jak już będziemy starzy będziemy odnosić się do tych krótkich chwil i przypominali sobie jak to było kiedy Karol zrobił pierwszy krok, albo kiedy nastąpił ten dzień kiedy na wszystko zaczął mówić pupa. Czas ma w swojej brutalnej naturze funkcję, która niekiedy bardzo pomaga, ale własnie w takich sprawach jak macierzyństwo niestety działa na niekorzyść. Funkcja ta, to zacieranie śladów w pamięci. Śladów rzeczy, przez które przyznam Ci się szczeczerze czasem się rozklejam. Jak np chwila, kiedy siedzisz przez telewizorem, z oczami wlepionymi w Dee Dee Bridgewater, która swoim chrypiacym głosem kończy 'Ne me quite pa', w języku oryginału, zapada chwila ciszy a ty, jeszcze przed tym, kiedy wszyscy obdarzają artystkę gromkim aplauzem, zaczynasz klaskać swoimi małymi rączkami i mówisz:
- na, na, na
- tak Karolku. Pani śpiewa piosenkę. Podoba Ci się?

A Ty znów łapiesz się za rączki i bujasz się na boki, trochę nie w takt muzyki, ale na pewno poruszony jej dźwiękami. To było w grudniu 2012. Miałeś wtedy rok i dwa miesiące. Musi być coś niesamowitego w muzyce, skoro dzieci w tym wieku potrafią zasłuchać się i w taki sposób reagować na nią.
Nie pamiętanie tego wypłaszcza obraz Twojego dzieciństwa w naszy pamięciach i to ze szkodą dla nas i dla Ciebie. Bo w tych szczegółach kryje się Twój charakter, Twoje upodobania i chwile szczęścia. A chwile szczęścia są dla Ciebie teraz bardzo ważne. Stresem np. może być zbyt wczesne wyjęcie Ciebie z wanienki, kiedy jeszcze nie ochlapałes wszystkich zabawek, kiedy piana na Twojej brodzie nie była zmywana 15 razy i dopóki nie wyprodukowałeś 10 dużych bąbli pod wodą zanużając usta kilka milimetrów pod powierzchnią wody. Jeżeli istotą Twoich kąpieli są te trzy elementy a my o nich kiedyś zapomnimy, to tak jakbyśmy w dorosłym życiu na pytanie o naszą największą przygodę, nie wymienili dopiero co odbytej podróży dookoła świata.
Ty żyjesz chwilami. I one wypełniają kolorytem całość czasoprzestrzeni na dany okres. Coraz krótszy, ale nadal jeszcze na tyle ważny, że rozbawienie Cię piłką może całkowicie wymazać ból ze świeżo nabitego guza. Nagle przestajesz płakać i śmiejesz się do rozpuku jakby cały czas byłby właśnie tą chwilą. I to jest kwintesencja dzieciństwa. Bilans chwil musi wskazywać na większość chwil dobrych. I dlatego należy je pamiętać. A czas, jak już wspomniałem w tym wypadku nie działa na moją korzyść.
Na szczęście jesteś dziecięcym ekstrawertykiem więc doskonale widać kiedy chwila jest dobra, a kiedy zła. I ile trwa.
Spis z natury na dzień 15 stycznia jest taki, że jest kilka pewniaków, które podane w odpowiednim czasie mogą każdą, nawet najgorszą chwilę zamienić na dobrą.
Kuka - w twoim języku oznacza ciastko. Etymologia tego słowa jest prosta. Święta Bożego Narodzenia, które spędzaliśmy u dziadków jednych i drugich obfitowały w moc serników, makowców etc. Podsłuchawszy jak my dorośli nazywamy te cudeńka, zakodowałeś sobie Kuka. Więc morelka suszona, daktyl oraz biszkopt wprawiają Cię w stan, kiedy słowo to potrafisz wypowiedzieć nawet 10 razy pod rząd w bardzo zróżnicowaną intonacją.
Bua - intonowane krótko, tak jak w tej pisowni. W bardziej złożonej formie 'cicia bua' co oznacza, że zaraz przyjdzie Lucy (twoja opiekunka) i przyniesie świeżą bułkę z piekarni.
Uhuha, uhuha - początek piosenki, która kończy się na ' nasza zima zła'. Piosenka, którą rozpoczynasz i wymuszasz jej zakończenie przez wtajemniczone osoby. Bardzo Cię to bawi. Z drugiej strony, kiedy ja zacznę ten zaśpiew zatrzymam się na słowie 'zima' radośnie czekasz ułamek sekundy, aby nie w rytm, ale zaraz po nim dodać swoje zaaaaa, intonując tak jak Chińczycy wypowiedzieli by jeden ze swoich znaków intonacyjnych przypominających dalszej domku. Najpierw wysoko a potem szybko do dołu. Po całej oktawie wręcz.
Kaka - słowo które wypowiadasz rano i wieczorem z natarczywością kataryniarza z ulicy ząbkowskiej. Oznacza kaszkę, którą dostajesz po śnie i przed snem. Nawet najszybsze przygotowanie powoduje Twoja frustrację, jakbyś przygotowywał się do tej fantastycznej chwili wchłonięcia 250 ml ambrozji właśnie przez to, że wprawiasz się w zły nastrój, ażeby skala zmiany na dobre była maksymalnie odczuwalna.

Dobre chwile są dobre, dopóki trwają. A na razie nic nie stoi na przeszkodzie aby trwały. Mam nadzieję, że jak najdłużej.

czwartek, 28 czerwca 2012

POKOLENIA



Miałeś zaledwie kilka miesięcy, kiedy Twój pradziadek, czyli tata, taty Twojego taty zorganizował imprezę z okazji 90 urodzin. Jest coś takiego w każdym facecie, że cieszy się jak dziecko, kiedy widzi, że jego ciężka praca na potomstwem nie idzie na marne, a dziadek tak naturalnie i tak wdzięcznie potrafił się z tego cieszyć, że mógłby w rodzinnej komedii grać pierwszoplanową rolę ucieleśnienia radości z powodu posiadania tak dużej familii. Impreza, na którą nas zaprosił odbyła się w hotelu niedaleko jego mieszkania na Tamce w Warszawie, hotelu który pamięta czasy świetności i dojrzałości komunizmu z ludzką twarzą, menu było dostosowane do charakteru wnętrz, ale biorąc pod uwagę fakt, że obchodził 90 urodziny, to wszystko współgrało tworząc taką swojską harmonię.

Dziadek Zdzisiek, był człowiekiem pozytywnie nastawionym do życia, nie stwarzał niepotrzebnych problemów, zawsze witał się radosnym "siemasz" i z uśmiechem na twarzy zaczynał rozmowę, robił herbatę, wyjmował wino albo coś mocniejszego i rozpoczynała się rozmowa.
Kiedy przyjechaliśmy do niego pierwszy raz z Tobą, Ty jeszcze nawet nie gaworzyłeś, zrobiło mu się bardzo przyjemnie, że pamiętaliśmy o pradziadku i zechcieliśmy zajechać do niego i pokazać mu Ciebie. Od razu rozpoczał opowieść o reszcie swoich prawnuków, czyli Bartku i Małgosi i cieszył się, że przedłużysz ród Pełków. Bo dziadek stał na straży pamięci o rodzinie, sam mając pamięć bardzo dobrą. Potrafił z głowy sypać datami urodzin i śmierci swoich wszystkich braci, rodziców a nawet dzieci swoich kuzynów. Niesamowite jest to, jak ludzie urodzeni jeszcze przed wojną, nie przyzwyczajeni do posiadania telefonów komórkowych, w których można zapisać ważne rocznice, trzymali wszystko w głowie. A dziadka głowa była trzeźwa, mimo iż lubił wypić.

Pamiętam na naszym weselu, na którym dziadek jak zwykle obtańcowywał wszystkie panienki młodsze od niego, czyli wszystkie i bawił się do białego rana, podszedł do mnie i zaproponował, żebyśmy wypili kielonek. Picie alkoholu z dziadkiem ma wartość łączenia pokoleń i nie ma w tym absolutnie nic złego. Tworzy się taki procentowy pomost pomiędzy osiemdziesięcio kilku latkiem a trzydziestoparo latkiem i jest mocniejszy niż jakakolwiek inna metoda zrozumienia międzygeneracyjnego. Uściskaliśmy się wtedy czule, ucałowaliśmy serdecznie i myślę, że i jemu i mnie zrobiło się jakoś tak dobrze. Mnie, bo widziałem dokładnie skąd pochodzimy, a jemu bo widział doskonale dokąd idziemy.

Dlatego kiedy zobaczył Ciebie, pomyślał sobie zapewne, że kierunek, jaki potwierdziliśmy na weselu podczas konsumpcji napoju wysokokalorycznego, był słuszny a wynik jego, czyli Ty, jest godnym rozwojem tego, czego sam by chciał. A chciał, żeby rodzina Pełków rosła w siłę, żeby ludzie noszący to nazwisko byli dobrymi osobnikami, żyjącymi porządnie i mądrze. Bo rodzina Pełków to historia bardzo ciekawa i nikt, nawet dziadek nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego brat jego ojca nosił nazwisko Pałkiewicz, a ojciej Pełka. Babcia natomiast w dokumentach wpisane ma Pełczyńska. W związku z tym bardzo cieszył się, kiedy zacząłem spisywać wszystkie dane naszej rodziny i ułożyłem to, co udało mi się zebrać w drzewo genealogiczne, które zaprezentowałem podczas jego 85 urodzin.

Dziadek, kiedy do niego przychodziliśmy wyciągał zdjęcia, dokumenty, stare zapiski i opowiadał o tym, jak wyglądało jego życie przed wojną, podczas wojny, jak ojciec Wawrzyniec wyjeżdał na front, wracał i ni mniej ni więcej tylko robił dzieci, a potem znów znikał. Z tej też przyczyny dziadek miał 4 rodzeństwa sam będąc drugim od końca dzieckiem w chronologii urodzeń, pamiętał głównie swoją macochę Anielę, z sentymentem opowiadał o tym, jak za młodu mieszkał w Kobyłce i jak jego najmłodszy syn, czyli Twoj dziadek Heniek spadł z grzebietu swojej najstarszego brata wbijając sobie w czoło kawałek butelki, przez musiał zacząć nosić okulary.

Dziadek Zdzisiek żył w mieszkaniu na ulicy Topiel. Mieszkaniu, które dla mnie zawsze kojarzyć się będzie z zapachem zupy grzybowej z kluskami, jaką to zupę gotowała babcia Danusia zawsze na Święta i dzieliła hojnie wszystkich biesiadników. Do tego były grzyby suszone zasmażane w bułce tartej i kompot z suszu. O ile kompotu wypić nie byłem w stanie, o tyle grzybami zajadałem się po brzegi. Bo trzeba Ci wiedzieć, że Dziadek Zdzisiek to był zapalony grzybiarz. Potrafił godzinami chodzić po lesie i szukać odpowiednich kapeluszy, które godne były ust rodziny Pełków. Jego zbiory były dorodne, duże i smakowały nieziemsko szczególnie w nadmienionej już formie zasmażanej w bułce ale także marynowane w occie. Choć przyznam, że ja lubie trochę bardziej ostre, więcej octu, a dziś dodałbym nawet odrobinę chili, to tamten smak wspominam z dużym sentymentem. Dziadek z resztą w lodówce miał tyle skarbów z pod szyldu "sam znalazłem, sam zrobiłem", że każda wizyta kończyła się relatywnie poważnym obżarstwem smakołykami typu dżem, pomidory, wino lub inkryminowane grzyby.

Dziadek był komunistą, ale nie z przekonania. Miał legitymację partyjną i chwalił mi się, że wziął ją tylko dlatego, że gdyby nie wziął, to w zakładzie energetycznym nie osiągnąłby wiele, jego synowie nie mieliby gdzie mieszkać, a Heniek nie dostałby się na studia wyższe. Kiedyś zapytałem go o to, czy przechodząc przez to wszystko w taki a nie inny sposób czuje się patriotą. A on mi na to odparł, że żył w takiej Polsce jakiej przyszło mu żyć, a fakt że dziś zadaje mu to pytanie jest najepszym dowodem na to, iż zadbał o kolejne pokolenia w taki sposób, że ta rozmowa w ogóle ma miejsce. To, że nie brał udziału w Powstaniu Warszawskim, mimo iż mieszkał blisko, to że był w partii i czerpał z tego powodu korzyści materialne to wszystko, jak powiedział, nie było godne medali, ale podczas wojny dbał o to, żeby matka i młodszy brat mieli co jeść i żeby przeżyli, potem starał się, aby synowie wyrośli na porządnych chłopaków. Wszystko po to, żeby dziś móc żyć tak jak żyjemy, żeby iść do przodu. Czy to można nazwać patriotyzmem? W skali mikro pewnie tak, w skali makro - to chyba trzeba by połączyć bardzo dużo takich mikropatriotyzmów, żeby się uzbierało coś zacnego, ale na swój sposób Dziadek dbając o swoją rodzinę zabezpieczał przetrwanie całego społeczeństwa. Tak mi to wytłumaczył, a ponieważ jestem dziś tym kim jestem, a Ty Karolku jesteś tym kim jesteś, nawet nie chcę kwestionować podejścia Dziadka, bo dużo wody będzie musiało upłynąćw w Wiśle, zanim nabiorę tyle mądrości życiowej co on. Szczególnie, że kilka tygodni po 90 urodzinach, Dziadka zabrakło. Ostatni raz widziałem go w szpitalu po wylewie, kiedy leżał na łóżku i patrzył się na wszystko to, co go otaczało w sposób jaki dziecko patrzy zaraz przebudzieniu. Usiadłem obok niego i chciałem powiedzieć coś normalnego, ale w takich sytuacjach w zasadzie nie wiele przechodzi przez gardło. Dziadek leżał w białej pościeli o zapachu szpitala, złapałem go za rękę a on minimalnie uśmiechnął się do mnie i jakby chciał powiedzieć "Sie masz!". Kiwnąłem tylko głową i nic nie powiedziałem. Poznał mnie, mam nadzieję i wiedział, że przyszedłem go odwiedzić. Myślałem nawet, żeby przynieść mu Ciebie i pokazać jak urosłeś, ale nie wpuszczono by nas razem na oddział.

Mam wrażenie, że ten człowiek nie do zdarcia, bo do 90 roku nie chorował właściwie na nic, chciał się z nami pożegnać w dniu swoich 90 urodzin, zaprosić całą rodzinę i jak tatuaż na stałe wbić się w nasze umysły jako człowiek witalny, uśmiechnięty i pogodny. Takiego go z resztą będę pamiętał i chciałbym, żebyś wiedział że geny jakie nam przekazał są dobre, radosne, życiowo uczciwe i co ważne bardzo długotrwałe.

Kiedy ostatni raz byliśmy u niego w domu z wizytą przekazał Ci Karolku prezent, który obiecałem oddać Tobie na 18 urodziny. Kiedy będziemy Ci go dawać, opowiem Ci o Dziadku Pełce jeszcze raz. Ale to za paręnaście lat.

WIDZENIE INNYCH DZIECI



Wiesz Karolku, że od kiedy jesteś z nami zupełnie inaczej patrzę na inne dzieci. Trochę podglądam innych rodziców, trochę wyobrażam sobie Twoje zachowanie w wieku dzieciaków, które podpatruje i niekiedy uśmiecham się tylko, czasem odwracam wzrok i zaczynam myśleć co w tej właśnie chwili robisz a czasem rozczulam się i łza mi się kręci w oku.

Patrzenie na innych uświadamia także, że wraz z tą grupą dorastających brzdąców za kilkadziesiąt lat będziecie tworzyć podstawę społeczeństwa, taką zdrową tkankę i będziecie rdzeniem, solą ziemi. Teraz mając ziemię za pazurkami pełzacie po podłogach, trawnikach i kocykach nie zdając sobie sprawy jak ważni jesteście. Nie tylko dla swoich rodziców, bo o tym mówimy wam codziennie i dajemy to odczuć od rana do wieczora, ale jak ważni jesteście dla wszystkich. Jaką rolę odegracie potem, niezależnie od tego kim będziecie. Bo życie jest bardzo zaskakujące i losy różnych ludzi plotą się tak zaskakująco, iż może się okazać, że jutro będziesz raczkował obok przyszłego prezydenta, albo dyrektora szkoły, do której będą uczęszczać Twoje dzieci. A może patrząc na chłopczyka, który w Ikei wymuszał na swojej mamie zakup maskotki spotkałem Twojego najlepszego kumpla ze szkoły? Być może także dziewczynka, która w sklepie obok naszego domu uśmiechnęła się do mnie bezzębnie będzie tą, której skradniesz pierwszy pocałunek?
Kiedyś, jak chodziłem do szkoły muzycznej i na przerwach między zajęciami zajmowałem się wszystkim, aby tylko nie myśleć o półnutach i pauzach, spotkałem na korytarzu dziewczynkę, która wydała mi się bardzo znajoma. Chodziliśmy razem na jedne zajęcia i widziałem, że ona też mi się przygląda. Moja wrodzona nieśmiałość do płci przeciwnej nie pozwoliła mi się odważyć na zagadanie, ale okazało się, iż ona ma tej odwagi dużo więcej i któregoś razu podeszła do mnie i powiedziała, że mnie zna i że nawet ma moje zdjęcie u siebie w domu. Gdybym był starszy to mogłoby być niebezpieczne, ale ponieważ miałem dopiero 11 lat zaryzykowałem pytanie
- skąd masz moje zdjęcie? – nie pamiętam jak miała na imię ta dziewczynka, ale wiem, że miała warkocze.
- z imprezy – odpowiedziała, a ja znów przypomniałem sobie, że mam lat 11 i na imprezy nie chodzę.
- z imprezy? – parafrazowanie jest silnym narzędziem. Niby coś mówię, niby konwersacja posuwa się do przodu, a mimo wszystko stoję w miejscu i czekam na otwarcie w taki sposób, aby móc się wybronić bez szwanku.
- z imprezy z Mikołajem, trzymasz mnie za rękę a w drugiej torbę z cukierkami – odpowiedziała ona i zacząłem sobie przypominać, że też mam takie zdjęcie. Czarno-białe więc nie mogłem zobaczyć, że dziewczynka jest ruda.
- Też mam takie zdjęcie – riposta godna Casanovy, ale powiedzmy sobie szczerze w tym wieku to nie ma aż takiego znaczenia.
I rozmowa się rozmyła, bo chodziło w niej tylko o to, żeby potwierdzić tożsamość nieznajomego na zdjęciu, ale sens tej przytoczonej opowieści jest taki, iż ludzi spotkanych raz w życiu możemy napotkać w najmniej oczekiwanym momencie. Od samych narodzin aż do końca. Dlatego jak będziesz sypał w oczy piaskiem małego chłopczyka w czerwonej czapeczce miej świadomość, że może Ci to wytknąć za kilkanaście lat w postaci bardzo różnej.

piątek, 25 maja 2012

CAŁY ROK W KRÓTKICH SŁOWACH.



Wiesz, kiedyś chciałem stworzyć w prezencie Mamy kalendarz ze zdjęciami z prywatnych zbiorów, ale zanim go zrobiłem (to znaczy zacząłem go robić, bo dotąd go jeszcze nie skończyłem) opisałem wszystkie miesiące w sposób, w jaki spontanicznie chciałbym je widzieć. Chciałbym je Tobie podarować, zaczynając od października, czyli miesiąca w którym pierwszy raz Ciebie zobaczyłem. Może kiedyś zobaczysz to w ten sam sposób?

Październik
Jesień wdziera się bezlitośnie pod płaszcze wilgotnym przeciągiem i stara się skryć na trawnikach opadające żółcią goryczy liście, pozostawiając bezbronnie nagie drzewa, których ramiona odarte z szumu w milczeniu czekają na okrycie się wodnym rękawem.

Listopad

Intensywny zapach herbaty z bergamotką w połączeniu z eterycznym miodem oraz pobudzającym imbirem kontrastuje z ferią odcieni szarości po drugiej stronie szyby. Krople odmierzają uciekające sekundy do czasu, kiedy grafitowość zacznie blaknąć i nabierze charakteru białości.

Grudzień

Puch ląduje miękko na Twoich włosach, zastanawiając się, czy czas między końcem spadania a topnieniem będzie wystarczająco długi, aby nacieszyć się swoją unikalnością, której nikt nie zauważa. Myślisz o prezentach, a ciepło zbliźającego się czasu rozgrzewa Cię od środka promieniując na ukryte w kieszeniach ręce.

Styczeń

Śnieg otula ciszę białym szalem. Z okna widzisz coraz mniej niebieskie, od wstającego słońca, niebo, wchodzisz w biel poranka i napełniasz płuca orzeźwiającym zapachem  mrozu.

Luty

Tęsknota za wiosną miesza się z radością odczuwania zimy, policzki cały czas pieką od krystalicznego powietrza, myśli wędrują tam, gdzie wyczuwa się deliktanie jodłową poświatę w nucie serca atmosfery otoczenia.


Marzec.

Ciepło przychodzi tak samo niespodziewanie, jak truchliwie chowa się w poszewce odchodzącej zimy. Możesz szerzej rozpostrzec ramiona, przyswoić więcej tlenu i pić nadchodzącą wiosnę duszkiem.

Kwiecień

Pierwszy ciepły dzień spędzasz na wilgotnej jeszcze od deszczu łące, słońce bawi się refleksami Twoich włosów, jakby miały naturę pryzmatu, czujesz promienie, które uwalniają Cię od tego, co tu i pokazują Ci to, co jest tam.

Maj

Pachnie ciepłym deszczem wysychającym na chodniku, po którym dzieci uciekły do domu, aby nie zmokły im pierwszy raz w tym roku założone krótkie spodenki. Na asfalcie pozostają mokre ślady małych butów prowadzące do klatki, w której maluchy skryły się przed burzą.

Czerwiec

Perspektywa wakacji jest złośliwie rozciągnięta w czasie. Zauważasz paradoksalną niebieskość wody w czajniku, niedorzeczną zieleń roślin doniczkowych i abstrakcyjną kremowość zawartości piaskownicy. Wszystko to przywołuje obrazy, za którymi tęsknota staje się coraz bardziej nie do zniesienia.

Lipiec.
Jesteś u siebie, czyli jedziesz w nieznane. Ludzie, zapachy, smaki, wrażenia, kolory, kontrasty, słowa, poranki, zmierzchy, uśmiechy i ścieżki, które nigdy się nie kończą.

Sierpień

Jeszcze nie chcesz wracać, jeszcze chcesz chłonąć to, co przepełniając ciało i uwalniając umysł daje Ci siłę, aby cały czas przyspieszać, nawet wtedy, kiedy droga staje się kręta i uporczywie zwiększa kąt nachylenia.

Wrzesień

Fragmenty wspomnień cały czas żyją w synapsach i aktywują dość niespodziewanie ośrodki odpowiedzialne za odczuwanie. Nagle słyszysz podźwięki ulicy, czujesz posmaki przypraw i widzisz poświatę miasta z okna lądującego samolotu. Spełnienie wysuszane jest kolejnym pragnieniem. 

czwartek, 24 maja 2012

KULINARIA II



To jest temat, które mnie fascynuje i mam nadzieję, że tak samo będzie z Tobą, jak dorośniesz na tyle, aby dany Ci do ręki nóż kuchenny naostrzony dopiero co nie posłużył do pozbawienia Zakładu Ubezpieczeń Społecznych dość dobrego i regularnego płatnika w postaci Twojego Taty. Odkryłem niedawno, że mając 7 miesięcy zaczynasz rozróżniać smaki na tyle, że możesz dać znać, iż coś Ci smakuje a coś nie.
Do myślenia zmusiło mnie pewne niedzielne popołudnie, kiedy to siedząc w domu doszliśmy we trójkę do wniosku, iż czas Ciebie nakarmić. Do tego celu otworzyłem bardzo drobno zmiażdżoną marchewkę w słoiczku, i tak jak mam w zwyczaju, sprawdziłem najpierw własnym językiem, czy aby nie jest za mdłe i doszedłem do wniosku, że gotowe dania dziecięce z grupy warzyw są tak bezpłciowe i nijakie, że nie zdziwiłbym się, gdybyś nie chciał tego tknąć. Naiwnie wierząc, iż mój syn zachowa się inaczej, niżby podpowiadała intuicja starego kuchennego wyjadacza (to naprawdę trafne określenie) podstawiłem Ci pierwszą łyżkę masy marchewkowej pod usta i zachęciłem szerokim „aaaaaa” do otwarcia jamochłonu i spróbowania przysmaku, rodem z krainy Amiszów. Pierwszą porcję zawsze jesz, żeby sprawdzić, czym chcą Cię napakować. W tym przypadku Twoja cierpliwość się skończyła po pierwszej łyżeczce, i nie chcąc robić awantury w sumie o taki drobiazg zacisnąłeś wargi i nie dałeś sobie wcisnąć ani jednej łyżki więcej. Trochę byłem w kropce, bo jeść trzeba, a ja ochoty na tartą marchewkę nie miałem. Uznałem, iż pokazanie Ci jak się je będzie miało zbawienny, w dodatku edukacyjny efekt i rzucisz się na jedzenie pouczony w ten sposób jak Pan Michał Wołodyjowski na małą grupkę Tatarów, którzy nagle pojawili się pod Chreptiowem.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy nie rzuciłeś się na karotkę w stanie płynnym, tylko na zachęcacz w postaci mojego prywatnego dania, którym była tradycyjna potrawa indyjska z kurczakiem, czyli Tikka Butter Masala. Na szczęście nie była ostra tak jak lubię, za to miała wyraźny, kwaśnawy smak (od pomidorów i jakiegoś rodzaju octu), pachniała kuchnią w Bangalore (to dzieki kminowi rzymskiemu oraz czarnuszce) i wyglądała trochę jak Twoje danie z marchewki. Oczy zrobiły Ci się wielkie i szaleńcze, ślinianki, jakby połączone magicznym kabelkiem z radarem wykrywającym ciekawe smaki, dały znać o sobie w postaci cienkiej strużki, która ukazała się w kąciku ust. Wyciągnąłeś swoje małe łapki w stronę moje łyżeczki i bezdźwięcznie powiedziałeś „podziel się Tato…”
Słaby jestem i ulegam, więc i Tobie synu uległem. Podałem byłem Ci do ust to, czego podawać nie powinienem byłem. Smakowało Ci pierwszo klaśnie, a że było tam dużo soli i innych rozwesela czy, zdecydowałem, że urozmaicę Cię Twój klasyczny słoiczek od lat 4 dwiema łyżkami sosu z okolic Taj Mahal i nie wiele myśląc zmieszałem dwa specjały ze sobą w proporcji 1 do 5 na korzyść pomarańczowego przysmaku przeciśniętego przez blender z wizerunkiem bobasa na opakowaniu. Taka mikstura pasowała Ci jak ulał (nomen omen – miało to miejsce zaraz po jedzeniu skutkując ubrudzeniem śliniaczka oraz obydwu nogawek świeżo wypranych spodni Taty). Niech mi teraz ktoś powie, że 7 miesięczne dzieci nie mają gustu smakowego. Niech ktoś zobaczy jak nasz syn reaguje na bezpłciową zupkę ze słoiczka a potem porówna to z reakcją na potrawę, która ma w sobie odrobinę, szczyptę dosłownie soli oraz 5 kropel soku z cytryny. Różnica jest kolosalna i dumny jestem z Ciebie Karolku, że mając dopiero tyle lat, już wpisujesz się w treść motto, które wisi na drzwiach wejściowych do domu rodzinnego. Mówi ono – Życie jest zbyt krótkie, by pić kiepskie wino. Rośnij smacznie, mój mały początkujący hedonisto!. 

SPANIE NA BALKONIE



W mieszkaniu, w którym wraz z odejściem wód mamy zacząłeś wychodzić na dobre na świat są dwa balkony. Jeden, większy, wychodzi na ruchliwą ulice, po której tramwaje jeżdżą tak głośno, spanie w lato przy otwartym oknie to zadanie trudniejsze niż naprawianie Tupolewa w wytartym łożyskiem tocznym w tylnym silniku. Drugo balkon jednak, do którego przedostać się można przez naszą sypialnię, jest cichy, spokojny i co najważniejsze zabudowany. Ponieważ jesteś dzieckiem jesiennym, jak łatwo policzyć mając trzy miesiące zahaczałeś swoim niecnym wzrostem o grudzień, a ponieważ mama wyczuła, iż dobrze śpi się Tobie na świeżym powietrzu, mimo pory oraz mrozu lądowałeś prawie co dzień na balkonie. Czy padał śnieg, czy nie, czy było -15 czy -5 Twoja poranna drzemka wiązała się z opatuleniem Ciebie w 4-5 warstw ubrań ciepłych i wełnianych, zawinięciem Ciebie w kocyki i pledziki a potem wystawienie w gondoli od wózka na balkon i szybkie ucieknięcie stamtąd z racji przymarzania nóg do posadzki. Potrafiłeś w takim przyjemnym chłodzie spać nawet 4 godziny a mama wtedy miała chwilę czasu na wymycie się, ogarnięcie, zrobienie sobie czegoś do jedzenia i paru innych czynności, które zazwyczaj robiła przy okazji a teraz musi planować to z wyprzedzeniem co najmniej 4 godzinnym. Czasem jak wychodziłem po Ciebie na balkon i widziałem jak budzisz się z mroźnego snu zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest Ci za zimno, czy nie robimy Ci krzywdy i czy fakt, że potrafisz zasnąć na 4 godziny nie jest powiązany bądź co bądź z lekkim stanem hibernacji. Jednak zawsze jak odgacałem Cię z wszystkiego, w co byłeś zawinięty upewniałem się, że wszystko jest ok i sam fakt ciepłego nosa i lekko spoconej szyjki mówi za siebie. No i Twój uśmiech, który potwierdzał wysoka formę i brak przeciwwskazań do ponownego położenia Ciebie na balkon. 

niedziela, 22 kwietnia 2012

KULINARIA I UCZENIE TATY KIM JEST

Chyba będziesz żarłokiem. Można się oczywiście tego spodziewać, bo rodzice od jedzenia nie stronią, wręcz przeciwnie dobrze zjeść lubią, a szczególnie jak jest smaczne.
Kiedy mama już się nauczyła dokładnie jaki masz rytm jedzeniowy, kiedy system karmieniowy ustalił się tak, iż nie stanowił dla nas już wiedzy tajemnej, zacząłem się zastanawiać jak to jest, że przez pierwsze miesiące jesz tylko samo mleko, rośniesz jak na drożdżach i głodny nie chodzisz. Biorąc siebie jako tzw wyznacznik, to po dwóch tygodniach dostałbym świra pijąc ciągle płyny, o konsystencji takiej, że nawet kupę robiłeś co tydzień. W końcu jak mogą malutkie jelitka wyssać z mleka coś poza odrobiną śmietanki i w jaki sposób tworzą twoje malutkie wnętrzności masę stałą, wypychaną drugim końcem układu pokarmowego. Dlatego urozmaicałem Ci smaki (bo skoro rosłeś na mleku, uznałem, że na naleśniki czy jajecznicę możesz spokojnie, bez szkody dla Ciebie samego, jeszcze zaczekać) podrzucając a to kawałek cytryny, a to banana, a to jabłuszko. Nie chodziło o to, żeby Ciebie nakarmić, ale o to, żeby dać kubeczkom coś na odmianę niż tylko mamowe mleczko.
Pierwszą pizzę zjadłeś jak miałeś 6 miesięcy i stało się to na Brooklynie w Nowym Jorku. Restauracja nosiła nazwę Spumani's i była off-turystyczną, ale bardzo popularną wśród lokalnych smakoszy, destynacją na lunche i kolacyjki.
Fantastycznie było obserwować, jak wbijasz swoje wtedy już dwa dolne zęby w miękkie ciasto i starasz się ugryźć. Oczywiście buźkę masz za małą, oczywiście o ugryzieniu nie ma mowy, ale smak w mordce pozostaje. Pierwsze chińskie też jadłeś w nowym Jorku.
Masz szczęście, którego ja nie miałem, kiedy byłem takim bąblem, jak Ty. Jeżeli różnorodność smaków rozwija korę mózgową, tak jak twierdzą naukowcy, to w dzisiejszych czasach jest tak wiele potraw, w których się można zakochać, które otwierają całe światy wyobraźni organoleptycznej, że aż mi się oczy śmieją, że będziesz mógł tego wszystkiego doświadczyć i skorzystać. Kiedy ja byłem mały dostępność pobudzaczy smakowych była tak ograniczona, że dzieci musiały być zamknięte w ograniczonym kręgu zapachów i kiedy pojawił się banan jako egzotyczny owoc, czy mandarynka raz na rok, to nawet dobrze nie mógł mój umysł tego zanalizować. A teraz banan jest czasem tańszy od jabłka, a rarytasy takie jak mango (którego jesteś z resztą fanem), melon, granat, cytryna, pomarańcza, papaja, ananas etc są dostępne od ręki i wszystko to może być twoje na skinięcie paluszka. Przez to można otwierać kolejne kanały komunikacji między językiem a mózgiem i kodować, katalogować oraz ukrywać w podświadomości kolejne kody kulinarne. A potem, kiedy będziesz dorosły, może zaowocuje to poczuciem takiego błogiego komfortu, który wziął się nie wiadomo skąd, podczas wgryzania się w słodkie, dojrzałe jabłko, albo wyczuwaniu owoców bergamotki w dobrze schłodzonym Chardonnay.

Patrzę na Ciebie i właściwie jest to dla mnie najlepszy sposób na wyobrażenie sobie siebie, kiedy byłem w Twoim wieku. Szczególnie, że jesteśmy do siebie trochę podobni.
Tak samo mogłem się śmiać, tak samo patrzeć na innych, tak samo przewracać się z brzuszka na plecy i tak samo płakać. Ponieważ nie pamiętam z tamtych czasów absolutnie nic, teraz odkrywam to wszystko na nowo. Uczę się siebie poprzez to, jak Ty się zachowujesz. Może właśnie tak to jest, że nie pamiętamy jacy byliśmy po to, żeby odkrywać w swoich dzieciach siebie. I to jest ten moment, kiedy facet po raz pierwszy uświadamia sobie, że patrzy na dziecko nie pod kątem - w którym aspekcie mój syn jest taki jak ja, tylko patrzy na niego i widzi gdzie on sam był taki, jak teraz jest jego syn. To ważne, bo jesteś taką kruszynką, takim małym robakiem, a już mogę się od Ciebie czegoś nauczyć. Okazuje się, że paradoksalnie szybciej Ja się uczę od Ciebie, niż Ty ode mnie. I to jest kolejne zaskoczenie w byciu tatą.

ODKRYWANIE SIEBIE

Wiesz jak fantastycznym zajęciem było patrzenie jak odkrywasz siebie samego i powoli, bo tak Cię stworzyła natura, dochodziłeś do tego, że coś możesz? Poranne rytuały, polegające na kładzeniu Cię na matę edukacyjną na początku były tylko sposobem na to, żeby zająć Cię trochę czymś co nie wymagało trzymania Cię na rękach. Potem, kiedy zacząłeś powoli dochodzić do tego, że masz także brzuszek i nauczyłeś się na niego przewracać, zacząłem obserwować Ciebie pod kątem Twojego postępujacego rozwoju i tego, jak postęp ten zaskakiwał samego Ciebie. Pierwsze przekręcenie się na brzuch było nawet przerażające, bo tyle wysiłku włożonego w przełożenie nogi za siebie dało efekt w przydziobaniu w podłogę. Ale jako silny chłop, nie zapłakałeś, tylko zrobiłeś wielkie oczy, jak to w ogóle możliwe, że świat nie jest już do góry nogami. Potem przekręcanie nie było już takie straszne, a jak około 6 miesiąca zacząłeś stosować przekręcanie się z brzucha na plecy i odwrotnie jako narzędzie zabawy, potwierdziła się moja tajemna teoria, iż sześciomiesięczniaki to bardzo inteligentne osobniki, tylko że ciężko im jeszcze o tym wszystkim opowiedzieć.

Pamiętam, że smoczek dostałeś dopiero w drugim miesiącu życia, bo postanowiliśmy z mamą, że im później zaczniesz ssać tego oszukańca, tym lepiej. Uspokojenie Ciebie ze stanu pobudzenia nerwowego polegało wtedy na przytuleniu Ciebie mocno do siebie, a potem na piłce do pilates wykonaniu 100-200 skoków o różnej wysokości. Chyba się bałeś wtedy, bo za każdym razem kurczyłeś rączki, ale sposób ten było niezawodny. Nawet potrafiłeś zasnąć w ten sposób. To był taki nasz męski sposób na to, aby być ze sobą i silnie wejść w interakcję.

Faceci tacy są. Chcą widzieć od razu wyniki, żeby to co robią przyniosło efekt natychmiast. A Ty mnie uczyłeś cierpliwości, systematyczności i tego, że na efekt trzeba będzie poczekać. Bo z dzieciakami to jest długa, żmudna praca i rezultaty widzą wszyscy inni, ale nie sam rodzic. Ponieważ każde dziecko, i przez to Ty też, zmieniasz się codziennie o taką małą troszkę, to zmiany te są przez nas przeoczane. Dopiero jak się trochę zbierze dni, przyjdzie Babcia albo Prababcia i zwróci uwagę, na coś, czego nie widzimy, zdajemy sobie sprawę, że nasza codzienna praca nie poszła na marne. Że coraz bardziej stajesz się dzieciakiem, a nie niemowlakiem.

wtorek, 21 lutego 2012

TAK WYGLĄDAŁEŚ W LUTYM

Choć blog ten miał być czysto tekstowy, nie łatwo będzie mi potem opisać tak dokładnie jak robią to zdjęcia, jak Karol wyglądałeś. Dlatego seria obrazków z Tobą, mój synku.