piątek, 5 lipca 2013

czwartek, 4 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - MIĘKKIE LĄDOWANIE

Wszyscy rodzice boją się, że lądowanie będzie dla dziecka bolesne bo zmieni się ciśnienie i zatkają się im uszka. Nie podejrzewają nawet, że my jako maluchy jedyną rzecz, jaką robimy perfekcyjnie już od 1 doby to ssanie. Ssanie, które wymusza przełykanie, co z kolei przepięknie odblokowuje kanaliki i uszka się nie zatykają. Gdyby rodzice wiedzieli, że my to naturalnie wiemy i robimy ( bo przecież krzywdy sobie zrobić nie damy) to nie zamartwiali by się faktem, iż włączono sygnalizację "zapiąć pasy" a samolot zaczyna tracić wysokość. Niektórym dzieciom uszka owszem zatykają się, ale to wynika tylko i wyłącznie z ich lenistwa i zaniedbania. Niektórym dziewczynkom się zwyczajnie nie chce, a chłopcy chcą za wszelką cenę udowodnić, że da się wylądować bez przełykania a słuchaweczki się nie zatkają. Uwierzcie mi - wiem co mówię.

Ja leniuchem nie byłem, a mama w geście antycypującym moje zamierzenia podłączyła mnie pod swój system mlekodawczy i spokojnie, bez bólu wylądowaliśmy na lotnisku Newark o godzinie 21:00 lokalnego czasu.
Spałem podczas lotu na kolanach mamy, trochę na fotelu taty, więc wyspany generalnie byłem, ale biorąc pod uwagę, że lecieliśmy na zachód to był najdłuższy dzień w moim dotychczasowym życiu i miałem prawo być leciutko zdezorientowany.
Pan przy wejściu do odprawy paszportowej odpowiedział mojemu tacie, iż z dziećmi trzeba stać w taj samej kolejce co inni i tym razem bardzo chciałem na niego ulać, albo przynajmniej wgryźć się w jego łydki moimi dwoma oznakami dorastania wyrzynającymi się z dolnych dziąseł, ale mama szybko zawołała nas do ogonka ludzi, w którym stanie tak wg zgrubnych estymacji miało trwać jakieś 50 minut. Pomyliłem się niewiele, ale niestety na niekorzyść oczekiwaczy (czy może oczekiwaczów - sam nie wiem).
Pan oficer od paszportów poprosił mamę i tatę o przyłożenie ręki do takiego panelu skanującego odciski palców, a kiedy tata zapytał, czy dziecko też ma przyłożyć, ja nie czekając na odpowiedź przyłożyłem w ten panel małą piąstką, raz a potem drugi i trzeci bo wydawało mi się że pan oficer mówił coś o tym, że nie zdążył zeskanować moich lini papilarnych. Chyba, że " could you please take this kid away or I will not let you in" znaczy coś innego niż prośba o repetę.
Na lotnisku czekała babcia Lidka z dziadkiem Andy'mi zawieźli nas do domu. I to wszystko nagle wydało mi się bardzo dziwne. Bo tak, wg mnie należało już wstawać, jak zwykle poskakać trochę, obudzić domowników a tu się okazało, że nikt się jeszcze nie zdążył położyć i że zamiast dnia jest noc. I wcale nie zamierzała się ona kończyć. Trochę się zmartwiłem, bo wydawało mi się, że zrozumiałem następstwo dnia i nocy, nawet budziłem się już o regularnej porze porannej (z niewiadomych powodów przez mamę i tatę nazywaną porą "abstrakcyjną") a tu nagle taka niespodzianka? Więc uznałem, że nie może mnie poranek ominąć, bo skąd wtedy będę wiedział kiedy (i czy w ogóle) przyszedł. Dlatego nie spałem aż do rana. Mama chyba też chyba nie wiedziała dokładnie co się dzieje bo kiedy tak sobie razem leżeliśmy na łóżku i czekaliśmy na świt, pytała mnie "dlaczego nie śpię?, co się dzieje?, czemu nie mogę zmróżyć oczu" A wystarczyło powiedzieć mi, że czas jest cofnięty o 6 godzin i spokojnie mogę się obudzić za 8 żeby na luzie trafić na świt.

No też z drugiej strony jeżeli miała ochotę poleżeć sobie obok mnie patrząc w sufit i podając mi cały czas smoczka, którego regularnie wypluwałem (nie to, że go nie lubię, ale jak zaczynam myśleć o czymś bardzo skomplikowanym nie chcę zaburzać pracy synaps innymi procesami - to znacznie spowalnia funkcjonowanie systemu) to przecież nie chciałem psuć jej zabawy.

To niesamowite, jak rodzice sądzą, że kiedy my dzieci mamy poniżej pół roku to nie należy nam się garść podstawowych informacji jak choćby taka, że musimy przestawić zegarki.
Świt nadszedł, więc przestałem się kręcić i gadać, zmrużyłem oczy i zasnąłem tylko po to, aby się obudzić o 7:30. Czasu nowojorskiego tym razem. I wszystko wiadomo.


środa, 3 lipca 2013

SZUKANIE NIANI

Przyszedł na nas taki moment, kiedy musieliśmy znaleźć kogoś, kto pomógł by mamie Karola wrócić do pracy i zajął się naszym wtedy prawie rocznym dzieckiem, kiedy obydwoje będziemy w pracy. O ile sadzę, że decydujące zdanie na temat niani powinna mieć mama, o tyle uważam, że zdanie taty może mieć zdecydowany wpływ na wybór osoby, która przejmie obowiązki dziennej opieki nad dzieckiem.

W naszym wypadku zaczęliśmy poszukiwania na 4 miesiące przed rzeczywistym czasem, kiedy mama Karola miała wrócić do pracy, więc komfort dawało to duży. I polecam takie rozwiązanie, oczywiście jeżeli jest taka możliwość. Zastanawialiśmy się naturalnie, czy lepsze dla młodego człowieka jest pozostanie w domu, czy pójście do żłobka, ale mimo wielu plusów tego drugiego rozwiązania i dzięki temu że mogliśmy sobie na to pozwolić,  zdecydowaliśmy się na osobę do domu. Najłatwiejsze rozwiązanie to niewątpliwie poszukiwania internetowe. Popularny portal niania.pl daje szerokie możliwości ogłoszeniowe i z niego skorzystaliśmy. Warto napisać ogłoszenie tak, żeby potencjalnie opiekunki z miejsca wiedziały z kim będą miały przyjemność. Czyli od razu zaznaczyć jakiego typu dom się prowadzi. Np. wegetarianie, miłośnicy psów i kotów, wielbiciele głośnej muzyki grunge etc. To daje takie grube ziarno odsiewu ludzi, którzy absolutnie nie pasują swoim profilem. Potem telefony zaczynają się rozdzwaniać.

I tu zaczyna się rola taty. Bo mama będzie oceniać przydatność potencjalnej niani pod względem technik opieki nad dzieckiem, czy pani potrafi dziecko trzymać, jak się do niego odzywa, jak się bawi, czy potrafi złapać kontakt z maleństwem. Mama jest dzieckocentryczna. Bo to jej skarb, który będzie oddawała na kilka godzin dziennie w ramiona obcej osoby.



A potrzeba trzeźwego oka obserwatora-pragmatyka musi być wypełniona przez tatę właśnie. Tata może się zabawić w takiego psychologa behawiorystę, który obserwuje zachowanie osoby, podpatruje jej dorosłe zachowanie, stawia ją czasem w mniej wygodnej sytuacji, mniej mówi a raczej patrzy. Bo niania idealna staje się dodatkowym członkiem rodziny i wybranie odpowiedniej osoby to świetna inwestycja, w którą warto zainwestować więcej niż jedna godzina i więcej niźli tylko jedno spotkanie. Tata zauważy, czy Pani wymyła ręce przed dotknięciem dziecka, czy zdjęła buty przed wejściem do domu, czy wypowiada się elokwentnie i czy rozmowa z nią się "klei". 




Czy to za wiele jak na rozmowę z nianią? Ja uważam, że oddanie kogoś, kto jest dla mnie jedną z najważniejszych osób na świecie to decyzja bardzo brzmienia w skutki. Elementy które wymieniłem mieszczą się moim wzorcu życia między ludźmi, więc jeżeli chcę, aby moje dziecko miało spójne i podobne wartości to szukam ich u osoby, która będzie miała na to wpływ. A ponieważ jestem tatą to mogę spokojnie nie iść na kompromisy, bo chodzi o nasz maleńki skarb.

CDN. 

wtorek, 2 lipca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - LOTNISKO I SAMOLOT

Wow. Nasze lotnisko w Warszawie robi wrażenie. Zapewne inne lotniska, na których jeszcze nigdy nie byłem są i większe i ładniejsze, ale z perspektywy moich prawie już 70 centymetrów to jest to wielkie miejsce z jeszcze większymi maszynami. Ale od początku.
Obudziłem się jak zwykle o godzinie 6 rano i jak zwykle musiałem wysokim tonem krzyku rozbudzić mamę i tatę, bo oni zawsze jak ja się budzę to udają, że śpią. Oczywiście oszukują, bo jak wystarczająco głośno krzyknę, to otwierają oczy. Jakby na prawdę spali, to by nie otworzyli oczu. Wiem po sobie. Jak ja tak dobrze zasnę, to nawet jeżeli dziecko takie jak ja krzyczałoby obok, to bym się nie obudził, choć sprawdzić tego się tak łatwo nie da, bo jak śpię to przecież nie krzyczę.

Wstaliśmy, zjedliśmy a ponieważ tata wyglądał jakoś tak słabo (chyba siedział do późna w nocy, bo budzenie go wyjątkowo zajęło mi 12 minut) więc rano zmusiłem go do ćwiczeń ze mną, czyli słynne "siedzimy, siedzimy" oraz "lecimy i spadamy". Od razu się ożywił. Na podłodze pojawiły się pełne walizki. Moja nadal była największa, ale mama też się jakoś zebrała i dorzuciła parę ciuchów do swojej. Generalnie nasza chałupa wyglądała jak romski dom zaraz przed przeniesieniem się w lepsze miejsce. Torby, torebeczki, torebuńki. Udało się wszystko wsadzić do taksówki i już około 15:50 byliśmy na lotnisku.

Że jestem VIPem to oczywiście wiem, ale żeby tak ładnie mnie obsłużono jeszcze zanim dostałem się do samolotu, to muszę powiedzieć, że szacun. Nie może za to tego powiedzieć moja mama, która po podejściu do specjalnego miejsca odprawy rodzin z dziećmi dowiedziała się, od tego przemiłego pana, który wywarł na mnie wrażenie opisywane wcześniej, iż tego dnia nie tylko nie usiądzie razem ze mną i tatą w jednym rzędzie, ale nawet jest szansa, że w ogóle nie poleci, gdyż jest na stand-by, czyli na liście zapasowej. Uśmiechnąłem się szeroko pokazując moje dwa nagie zęby. To oczywiście musiał być żart ze strony linii lotniczych, bo przecież rodzice kupowali bilety trzy miesiące przed. Myślałem nawet, czy nie ulać panu na komputer, ale jak już się zebrałem, Pan powiedział, że rodzin się nie rozdziela i załatwił jakoś tam, że mama dostała bilecik, nawet obok nas i sprawa się rozwiązała. Bardzo fajny pan.

Weszliśmy na salę odpraw i miałem wrażenie, że bardzo, ale to bardzo zaniżam średnią wieku, bo wszystkie miejsca siedzące były zajęte przez osoby metryką, która po reformie emerytalnej i tak pozostawi ich po stronie tych, którzy pracować już nie muszą. Nie to, że mi to jakoś przeszadza, wręcz przeciwnie. Biorąc uwagę to co mam zamiar zrobić w samolocie, to korzystnie to się ułożyło, bo starsi i tak nie potrzebują tak wiele snu. Fakt, że tata miał mnie na rękach pomogł wejść do samolotu w pierwszej kolejności, okazało się, że z miejscami jest nadal problem, ale bardzo miła Pani Stewardesa (ta od kredek, tak sobie pomyślałem) tak zamotała wszystkim, że dostaliśmy miejsca razem, na końcu samolotu. Akustyka dobra, niesie się aż do pierwszej klasy, więć lepszego siedzonka sobie wymarzyć nie mogłem. I jak już usiedliśmy, zapieliśmy się pasami, obsługa z niewyjaśnionych powodów obiecała, że jest taka szasna, iż z sufitu wypadną jakieś zabawki i mamy je sobie założyć na buzię (chyba chodziło im o to, że mamy sobie je wsadzić do buzi - bo to byłoby logiczniejsze) i poczułem, że ten lot będzie trochę jak zabawa na mojej macie edukacyjnej. Zrobiło się bardzo domowo i nawet zacząłem sobie kombinować, że może jednak nie będę wył, że być może po cichu popatrzę jak się lata i dam ludziom pospać? Tak sobie rozmyślałem skacząc na kolanach taty, nagle poczułem ostry ból w końcówce palca serdecznego lewej ręki. Po później przeprowadzonych dogłębnych analizach doszedłem do wniosku, iż tacie, który żuje zazwyczaj gumę z otwartą buzią niechcący podczas trampolinkowania wsadziłem rzeczony paluszek między górny a dolny siekacz, ale w tym momencie uznałem, że czara się przelała i syrenę włączyć czas najwyższy. Nie płakałem zbyt długo, bo tata wie, że skakaniem pokolanach może mnie bardzo łatwo przekupić i w miarę szybko zapominam, że coś sie wydarzyło. Owszem, rozdarłem się głośno, ale w miarę szybko uśmiech wrócił na moje ustka. Pozostała oczywiście sprawa przewijaka i właśnie to miał być ten element, który finalnie chciałem żeby zadycydował o tym, czy będę pamiętany przez wspópasażerów czy nie.

Po tym jak rodzice zjedli indyka w pomidorach tata zabrał mnie do łezienki na końcu samolotu i w samotności, jak w spagetti westernach miała się rozegrać scena finałowa. Wszystko widziałem jak w zwolnionym tempie. Ojciec podniósł się i zaczał zbliżać do mnie ręce, mówiąc coś do mamy, potem uniósł mnie do góry, powoli wbiłem się w powietrze (uczucie było wzmocnione świadomością, że znajdowaliśmy się w tym momencie na wysokości 10 kilometrów) i zaczęliśmy zmierzać do ustronnego miejsca przy ogonie. Tak właściwie, logicznie rzecz biorąc umiejscowienie łazienek przy ogonie w samolocie ma sens pod względem słowotwórczym. Z przodu to powinien być wlew paliwa. A przy ogonie to tylko kloaka. Ale ad rem. Weszliśmy do klaustrofobicznego pomieszczonka, w którym unosił się zapach migdałów (gdyby unosił się zapach fiołków, mógłbym zaakceptować wersję, że leci z nami stygmatyk i właśnie przed chwilą był sobie ulżył w tym przybytku - ale migdały?) a tata za ściany rozłożył klapkę, która miała służyć jako przebierak. I już wtedy wiedziałem, że tu nasza pokojowa ścieżka się kończy. Klapka był zrobiona z zimnego, twardego i lekko przybrudzonego plastiku, który nijak nie kojarzył mi się z moim ukochanym przebierakiem w sypialni rodziców na Powstańców 61. Spojrzałem tylko z politowaniem jak tata układa na tym łożu madejowym wszystkie kocyki jakie miał ze sobą, z bluzy robi mi delikatny podgłówek i jakby to wszystko było mało wyciera mokrym ręczniczkiem przewijak, w celu oczyszczenia go z niewidocznych w sumie zabrudzeń. Kiedy mnie położył na tym wymoszczeniu już miałem otworzyć mój jamochłon, kiedy naszła mnie refleksja, że w sumie nie zasłużył sobie na takie traktowanie, że to nie on skonstruował tego boeinga i ryczenie mu prosto w twarz nie zmieni mojej pozycji nijak. Tata tak zgrabnie ułożył miękkie szmatki żebym miał jak najwygodniej i wydarcie się do niego było by zupełnie sprzeczne z uczuciami jakie w tej chwili miałem do niego. Dlatego uśmiechnąłem się tylko nieznacznie i puściłem do niego oko. Nie zauważył tego wprawdzie, ale jak wiele razy do tej pory moi rodzice nie zauważali moich starań, aby powiedzieć im że bardzo ich kocham, to nawet już mi się liczyć nie chce. Gdyby wiedział, jak wiele musiałem w sobie przetworzyć i przemyśleć, aby w tej chwili zamiast karczemnej awantury z płaczem aż do kaszlu zobaczył uniesione ustka w kącikach. Ech wy rodzice, jak wy nic o życiu nie wiecie. Tata, kiedy puszczałem do niego oko akurat odwrócił się do umywalki odkręcił wodę w celu wyszorowania rąk przed zmianą mojej pieluchy i nacisnął dyszę dyspensera z mydłem w płynie. W pomieszczeniu jeszcze raz dał się poczuć słodki zapach migdałów. Teraz już wiedziałem skąd się brał. Zamyśliłem się i nadal bezdźwięcznie oddałem się rytuałowi oczyszczenia...

Mama siedziała na swoim siedzeniu kiedy wróciliśmy po udanej operacji zrzucenia niepotrzebnych nawisów urynopochodnych. - Był bardzo grzeczny - powiedział tata. - On w ogóle jest na tej wycieczce bardzo grzeczny. Daj mi go, bo go muszę wycałować - powiedziała mama i przytuliła mnie do siebie tak jak lubię. - Kocham Cię, ty mały robalku. - Chyba się do Ciebie uśmiechnął. -Widziałam i przez chwilę wydawało mi się, że puścił do mnie oko - rzekła roześmiana mama- Co ty, przecież dzieci nie potrafią takich rzeczy, nie w tym wieku. Mój stary, poczciwy ojcze, jaki Ty jesteś niekumaty, to aż mi za Ciebie wstyd...

poniedziałek, 1 lipca 2013

NOWOCZESNE TECHNOLOGIE W SŁUŻBIE RODZICIELSKIEJ



Ponieważ jestem tatą pracującym w dużej firmie, która czasem wysyła mnie do obcego kraju i nie wracam na noc do domu, zdarza się tak, że przychodzi wieczór, a ja nie mam możliwości poleżeć z Karolem na łóżku, poczytać książki i powygłupiać się, tak jak to zwykle bywa, kiedy razem zasypiamy. Wtedy w sukurs przychodzi nam nowoczesna technologia VOIP, która rozszerzona o wideo pozwala na całkiem swobodną konwersację, do tego całkiem za free. Oczywiście nie jest to to samo, co zlegnięcie obok naszego małego potwora, próba odgryzienia mu ucha i obżarcia paluszków u nóg, ale Karol bardzo ceni sobie to, że o nim pamiętam i dzwonię do niego na Skypie.
Rozmowy potrafią trwać dziesięć minut, bo maluchy są zafascynowana telefonem czy tabletem a jak jeszcze pokazuje się w nim tata i gada śmieszne rzeczy, to jest rewelacyjnie i w to im graj. Chciałbym, aby Karol zobaczył, że jego rodzice używają zdobyczy technologicznych w pewnych celach. Chcę żeby wiedział, że nie dajemy mu tableta do ręki, żeby siedział przez dwie godziny cicho i nie przeszkadzał nam, a jedynie po to, aby wywołać w nim pozytywne emocje w trakcie rozmowy z tatą, którego akurat tego dnia nie mogło być w domu.


Ostatnio czytałem artykuł o wykluczeniu dzieci z cyfrowego świata, jako trend któremu ulegają niektórzy rodzice i zabraniają swoim pociechom nawet dotykać telefonu czy telewizora. Żeby nie było wątpliwości - Karol wie, do czego służy pilot i potrafi włączyć odbiornik. Ale ponieważ sami nie oglądamy prawie w ogóle telewizji nasz syn, który jak każde dziecko kopiuje swoich rodziców, nie ma parcia na siedzenie przed ekranem i oglądaniem czegokolwiek. Inaczej jest z telefonem, bo widzi, że często go używamy i też chce. Nie danie dziecku pogadać przez telefon przyrównuje czasem do nie pozwolenia dziecku na wsi poklepania krowy po grzbiecie, kiedy widzi ono, że tata codziennie rano to robi. 

Technologia nas otacza i ułatwia nam życie, a jeżeli ta naturalna dla nas droga zostanie zamknięta dla mojego syna, jestem pewien że prędzej czy później i tak ją odnajdzie i wtedy pójdzie nią sam, bez rekomendacji od taty. I albo nazwie tatę wapniakiem, albo będzie co gorsza miał pretensje, że go wykluczyliśmy. 



Dlatego jestem zwolennikiem dawania dziecku możliwości poznania tego co nowoczesne, ale zawsze z rodzicem, przy rodzicu i jako narzędzie a nie czasoumilacz i uciszacz. 

niedziela, 30 czerwca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - DZIEŃ PRZED



Właściwie to jest noc przed. Moi rodzice, czyli Hubi i Beti dzielnie walczyli z walizkami. Pierwszy raz na wyjazd wakacyjny zdecydowali się na takie bagaże. Na kółeczkach i jak ludzie. Gdyby nie ja, pewnie wzięliby plecaki, spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy i już. A od kiedy jestem ja, ich plany ulegają znacznym aberracjom (zastanawiam się, czy powinienem używać słów, których przecież jeszcze nie mogę znać?) i muszą naginać pod to, czego ja mogę chcieć. 


Dzisiejszą noc dam im w gratisie i prześpię ją całą, bo przecież muszę zbierać siły na samolot. A propos samolotu – wczoraj długo myślałem na ten temat i jeżeli Pani stewardesa jednak nie da mi kredek, to nie zrobię awantury. Doszedłem do wniosku, że z racji na mój jeszcze nikły wzrost i brak możliwości chwytnych Pani zakwalifikuje mnie do niezdolnych namalowania czegokolwiek. I przed samym sobą uznałem, że będzie miała rację. Jednak co do miękkiego przebieraka – to kompromisów nie będzie.
Pakowanie to bardzo specyficzny proces. Widzę jak mama z tatą chodzą po domu wyjmując tyle nowych rzeczy, które będą chcieli zabrać a jakby spytali mnie, dowiedzieli by się, ze zamiast tych pięciu bluzeczek, których nawet nie lubię, bo i skąd – skoro nigdy ich nie nosiłem, najchętniej wziąłbym niebieskiego pajacyka, w którym często śpię (nie tylko dlatego, że ma wygodne wnętrze, ale także że tak swojsko sobie go ulałem na rękawkach) oraz takie mięciutki, szare spodenki. I tyle. Przecież można w tym chodzić ze trzy dni, potem mała przepierka i znowu. Ale cóż – nie przetłumaczysz.
I mam swoją walizkę! Duża. Właściwie największa. Tata się spakował w taką niedużą na kółkach, mama – widziałem – jeszcze się próbuje wcisnąć w taką szarą z twardymi ściankami, a mnie dali największą. Trudno określić mi zależność pomiędzy wagą ciała posiadacza bagażu a wagą jego bagażu. To stanowi swoistą zagadkę, bo jeżeli wziąć za wykładnię fakt, że moja walizka jest cięższa dwukrotnie ode mnie, to jeżeli torba taty waży tylko 11 kg to idąc tym schematem, mojego ojca z domu mógłby go wyciągnąć nawet delikatny podmuch wiatru, a przecież widzę jak wygląda i jak przed lustrem wciąga brzuch i w całość mi się to nie składa.
Jutro będę pierwszy raz na lotnisku, więc wszystko opiszę i opowiem jak wygląda wielki samolot.

Jeszcze tylko jedno. W Nowym Jorku, do którego jedziemy poznam moją kuzynkę Sophie. Problem tylko polega na tym, że ona ni w ząb nie potrafi mówić po polsku. Będę musiał opracować jakiś system komunikacji niewerbalnej, bo inaczej to nie poznamy się bliżej. I takie pierwsze propozycje to np. jak pociągnę za włosy – to znaczy chodź bliżej. Tak intuicyjnie, żeby mowa ciała powiedziała wszystko to co pomyśli głowa. Jak wsadzę palec w oko – to znaczy bawimy się w chowanego – ty kryjesz. Jak ugryzę ją moimi dwoma wychodzącymi dopiero dolnymi jedynkami – to znaczy czas na małe co nieco. A jak zamknę oczy, to znaczy że nadszedł drzemki czas. Te trzy nadchodzące tygodnie będą bardzo emocjonujące. A teraz lecę już spać, bo jutro tyle emocji…


piątek, 28 czerwca 2013

WIEK 'nie' 2

W poprzednim odcinku podałem tylko jeden przykład możliwości negocjacyjnych. Oto drugi. 
Przykład drugi.
Karol lubi ciastka i ma tę zdolność wynajdywania ich na węch w najbardziej zakamuflowanych miejscach. Ostatnio zjadł babci, po uprzednim wyniuchaniu ich w jej torbie, sobie tylko znanym sposobem, pół paczki dropsików miętowych. Kiedy kończył zawołał, że brakuje mu pastylek i czy możemy mu przynieść KAKO (ciastko). W domu na dolnej półce odnalazł niefrasobliwie źle ukryte herbatniki. Na szczęście zapakowane w folię. Zaczął je gryźć, ale pierwszy dziab nie przedarł się przez celofan. Zauważyłem to i podszedłem do niego zagajając rozmowę
- Karol, masz Kako?
- mhm - nauczył się tego zwrotu, właściwie mruczando-zwrotu parę dni wcześniej
- i chcesz je zjeść, tak?
- Takkkk.
- A jak byśmy się zamienili? Ja bym wziął od Ciebie ciastko, a mama szybko zrobiłaby bułeczkę?
- nie
- ale bułeczka byłaby z masłem
- mimo? - to znaczy masło. Czasem mleko, ale w tym wypadku znaczyło masło
- tak z masełkiem, dasz się namówić?
Kawałek bułki z masłem, jest przez nas traktowany jak mniejsze zło, w starciu z herbatnikiem jest dla nas ewidentnym  wygranym.
- mmmmmm, takkkk



Sukces. Nie sądziłem, że może odpuścić ciasteczko do kawałka bułki z masłem. Dlatego zawsze należy próbować, sprawdzać, bo czasem najbardziej nieprawdopodobna propozycja może być rozpatrzona pozytywnie. A o to chodzi w tym związku małego człowieka z dużym, aby i wilk był syty i Manchester City. A potem można śmiało startować na dyrektora handlowego dużego dystrybutora tekstyliów lub napojów. Negocjacje roczne z sieciami to spacerek po plaży w Sopocie w porównaniu z negocjacjami warunków nie przychodzenia o 4 nad ranem do łóżka rodziców. Mówię wam....


czwartek, 27 czerwca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - REISE FIEBER

 
Zostały dwa dni do wyjazdu. Moi rodzice się w ogóle nie przejmują tym, że za dwa dni przelecimy kilka tysięcy kilometrów za jednym zamachem.

Jest tyle pytań, które chciałbym im zadać przed wyjazdem, tyle rzeczy, które chciałbym zabrać ze sobą, a oni na pewno ich nie wezmą, tyle elementów mojej półrocznej układanki, które mogę jedynie wylać na papier.

Nie powiem, trochę się denerwuję, bo to w końcu moja pierwsza podróż tak daleko. Kilka zagadek, które są jeszcze dla mnie nierozwiązane to np. czy będą mnie bolały uszy, jak będziemy startować, czy będą mnie bolały uszy jak będziemy lądować, jak będzie smakowało mleko mamy na wysokości 10 000 metrów, czy w samolocie można się odgazowywać tak samo bez ograniczeń jak w domu, czy Pani stewardesa nie bacząc na mój wiek da mi zestaw do rysowania i będę mógł kredki i kartki z niepokolorowanymi kształtami wsadzić do mordki i spróbować zjeść, a w końcu, czy puszczą mnie przez granicę z moimi mocno lewicowymi poglądami i czy w samolocie jest mięciutki przebierak. Bo jak nie, to zdaje mi się, że awantura będzie gotowa jeszcze przed tym, zanim dobrze wystartujemy.
A, jeszcze męczy mnie niepewność, czy mama, jeżeli nie nakarmi mnie przed odlotem będzie mogła przenieść w sobie powyżej 100 ml mleka, czy może będzie musiała założyć na siebie foliowe, przeźroczyste woreczki zapinane na zipper?

Strasznie tego dużo. Jutro zastanowię się jak dać rodzicom do zrozumienia, że nie ruszam się z domu bez mojego łóżeczka, bo przecież nie wyobrażam sobie, że będę spał w jakimś obcym miejscu!.

środa, 26 czerwca 2013

WIEK 'nie'

Karol mając rok i siedem miesięcy zaczął wchodzić w wiek nazwany buntem dwulatka, a ponieważ jeszcze nie miał dwóch lat, nazwałem ten okres okresem "NIE"



Znam dzieci, które robią to bardziej spektakularnie i głośniej, ale ten okres, jakkolwiek dziecko przezeń nie przechodzi, jest dla wszystkich rodziców pewnego rodzaju próbą. Bo jeszcze nie do końca potrafi powiedzieć taki bąbel, a już rozumie tak dużo, że z pełną świadomością może się nie zgodzić. Mimo, iż staraliśmy się nie używać w stosunku do niego słowa "NIE", żeby pokazać, że jest wiele sposobów na wyrażenie swojej dezaprobaty, bardzo ciężko jest uniknąć całkowicie tego słowa. Z resztą nie o to nam chodziło. Raczej chcieliśmy sami nie wpaść w pułapkę zabraniania mu rzeczy, które są właściwie nie dla niego, ale jakby tak się przyjrzeć im z bliska, to czemu miałby ich nie robić? Jak np. grzebanie w szafce z garnkami. Minus - trochę głośno się robi w kuchni, ale za to radość w jego oczach kiedy gotuje zupę ze szmatki oraz rękawicy kuchennej? Bezcenna. Dlatego NIE wychodziło naszych ust rzadziej niż mogła by na to wskazywać sytuacja.

Jednak Karol zrozumiał znaczenie przeczenia i zaczął używać go regularnie. Pół biedy, kiedy informuje o stanie rzecz ( czy zrobiłeś siku? Karol, śpisz? jesteś głodny?) a problem zaczyna się wtedy, kiedy nie chce czegoś zrobić. A Karol ma charakter i raczej ma określone chęci lub ich brak. Dlatego zdecydowaliśmy się na eksperymentalną metodę, która o dziwo (bo wydawało się nam, że jest za mały, żeby zrozumieć tryb warunkowy) zdaje egzamin i polecam jej wypróbowanie. Chodzi o to, aby nie zabraniać, tylko stawiać warunki, pod których parasolem jesteśmy w stanie zmusić  dziecko do zrobienia tego co chcemy w zamian za to, że dostanie od nas to co chce, lub tego zamiennik, w odroczonym czasie. My się nie poddajemy, a ono ma wrażenie, że dostało to czego chciało. Jakbyśmy czytali podręcznik "wstęp do negocjacji".


Przykład pierwszy. Karol lubi jeździć samochodem. Lubi także siadać za kierownicą i udawać, że prowadzi auto. Czasem jest tak, że nie wejdzie na swoje siedzenie z tyłu, tylko od razu prze na siedzenie z przodu i łapie za kierownicę. Któregoś razu otworzyłem tylne drzwi i już miałem go wsadzić na jego fotelik, kiedy rozpoczął dość głośne jamochłonowanie exspresis verbis, co prawda w swoim języku, więc obrazić się nie mogłem, ale przekaz zrozumiałem. Mogłem powiedzieć "siadaj natychmiast" i wepchnąć go do jego miejscówki, ale wybrałem trudniejsze rozwiązanie. Powiedziałem, że owszem, usiądzie na miejscu kierowcy, będzie mógł pokręcić kierownicą, i nawet pozmieniać biegi, ale za pięć minut, kiedy zaparkuję samochód po drugiej stronie ulicy. Wydawało mi się, że ta forma wypowiedzi będzie dla niego zbyt trudna, że argument - jeżeli usiądziesz to potem dostaniesz - będzie za słaby dla małego człowieka, który całym sobą był ucieleśnieniem słowa CHCĘ, ale ku mojemu zaskoczeniu Karol potwierdził swoim wyraźnie zakończonym na literę K a nawet przeciągniętym TAAKKK, i dał się wsadzić do fotelika. Po przyjechaniu na miejsce miałem nawet pokusę wyjęcia go z samochodu i zaniesienia od razu do domu, ale potem pomyślałem sobie, że obiecałem mu chwilę za kierownicą i że będzie mógł pozmieniać biegi. Nie pamiętał już tego. Ja jednak odpiąłem jego malutkie pasy i zaprosiłem go do siebie. Nieśmiało usiadł na moich kolanach i zatrąbił szukając w moich oczach aprobaty. Znalazł jej całe 100%. Bo taka była umowa. 

wtorek, 25 czerwca 2013

RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - Nazywam się Karol Pełka

Moi Drodzy, Zbliżają się wakacje, więc zdecydowałem się oddać część bloga Karolowi, który w zeszłym roku odbył wielką podróż do USA i prowadził tam bloga. Znaczy teoretycznie mógł prowadzić. Tak czy owak, zapis tej podróży - z okazji okresu wypoczynkowego, zdecydowałem się przytoczyć wszystkim zainteresowanym. Miłej lektury


Cześć. Nazywam się Karol. 
Mam dopiero 5 miesięcy, mówić jeszcze nie umiem, ale przecież każdy wie, że w tym wieku dzieci są już bardzo inteligentne, dużo myślą i wszystko wiedzą. Dlatego doszedłem do wniosku, że wszystko to, czego dziś jeszcze nie umiem powiedzieć będę pisać. A okazja trafia się poważna, bo moi szaleni rodzice wymyślili, że wyjedziemy na wakacje. Tak jakbym ja nie miał teraz wakacji. Siedzę w domu, śpię kiedy chcę, jem kiedy chcę (taka formuła all inclusive) noszą mnie, robią głupie miny itp. No ale oni, mądrzejsi bo starsi doszli do wniosku, że podróże kształcą i wyrobili mi paszport, wizę do USA i nie pytając o zdanie kupili bilet samolotowy. Właśnie dlatego, że nie zostałem zapytany o opinię, tak jakby konsultacje społeczne w naszym domu nie obowiązywały ani trochę, będę wszystko opisywał w tajemnicy przed Mamą i Tatą, tak żeby obnażyć wszystkie błędy i wypaczenia, jakie dokonają się naszej rodzinie podczas tej podróży. 

Ostrzegam, że będę bardzo krytyczny, ironiczny i sarkastyczny. O obiektywizmy proszę nawet nie starać się mnie podejrzewać.

Wylatujemy za tydzień, a ja nie widzę, żeby moi starzy jakoś intensywnie się przygotowywali do wyjazdu. No cóż. Od teraz będę miał ich na oku. : )

piątek, 21 czerwca 2013

SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA

- Urwanie kawałka wycinanki - pamiątki z podróży do Meksyku. Znów sentyment. Na drzwiach wejściowych wisi ( teraz już połowa) różowej bibułki z wyciętą weń postacią śmierci. Łatwo ją urwać od dołu. Więc Pani śmierć nie ma teraz nóg i kawałka sukni. Czy Karol zbliżył się przez to do absolutu? Być może...




- Zadeptywanie siedzenia kierowcy w samochodzie - jakie jest najfajniejsze miejsce w samochodzie? Za kierownicą. A jak zrobić, żeby było widać coś przez szybę? Trzeba stanąć na siedzeniu. W butach, bo bez butów kierownica jeszcze zasłania. Koszt odkurzania - 0. Bo przecież można samemu w garażu... Liczę na to, że Karol tak dobrze pozna wnętrze samochodu, że w przyszłości będzie bardzo bezpiecznym i odpowiedzialnym kierowcą. 

czwartek, 20 czerwca 2013

SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 4

- Kaki. To w jego języku okulary. Także kilka innych obiektów, ale w połączeniu w paluszkiem nakierowanym na przeciwsłoneczne binokle, nie ma wątpliwości o co mu chodzi. Zniszczył już kilka par, bo zakładać je uwielbia, a potem stara się przegiąć ruchome części na drugą stronę co kończy się zazwyczaj cichszym lub głośniejszym " trach" i potrzebą dokonania zakupu nowych. Mam nadzieję, że Karol będzie miał piątkę z wytrzymałości materiałów, jeżeli będzie kiedyś chciał studiować na Politechnice. My za to nauczyliśmy, że trendy w projektach okularów słonecznych zmieniają się właściwie co kwartał.

środa, 19 czerwca 2013

SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 3

- Notoryczne urywanie pojemniczka na szczotkę kloaczną. Właściwie tu bardziej straty moralne, a właściwie nawet estetyczne są brane pod uwagę, bo pojemniczek, który w stanie normalnym podłączony do ściany ląduje na podłodze skrapiając ociekiem ze szczotki terakotę i dywanik przy muszli. Zakończę szybko ten temat, bo śliski jest. Nie wiem, jaka może płynąć z tego nauka. Mam nadzieję, że Karol mi kiedyś o tym powie. 


wtorek, 18 czerwca 2013

SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 2

- Pasek napędowy oraz głowica z igłą w gramofonie. Będąc młodym człowiekiem dałem się  pokroić za chwilę przy adapterze. Tylko ja słuchałem bajek, a Karol szaleńczo kręci talerzem. Szarpie i tłucze weń, co finalnie spowodowało straty. Na szczęście nie powodujące stałego unieruchomienia gramofonu. Ja nauczyłem się, że dziś lepiej mimo wszystko dawać dzieciom do posłuchania telefon komórkowy, a Karol może kiedyś będzie DJ. Koszt? Bezcenne.



poniedziałek, 17 czerwca 2013

SUMA KOSZTÓW WYCHOWANIA POTOMSTWA 1

Kiedyś czytałem bardzo ciekawe podsumowanie na temat kosztów wychowania potomka. Kwota, którą przedstawiono w tym opracowaniu była sześciocyfrowa (obejmowała pierwsze 18 lat wychowania i nie wliczone w nią było mieszkanie przekazane w formie darowizny dla opisywanej latorośli). Czytając wyliczenia przyjąłem tę wiadomość z godnością i z nastawieniem, że rzeczywiście pewne koszty będzie trzeba ponieść i nie nawet w formie wyliczanki, czy narzekania, ale zacząłem się zastanawiać, które z tych kosztów, jakie były przyczyną Karola w naszej rodzinie nie zmieściły się na liście przedstawionej w nadmienionym artykule. Bo oczywiście takie standardy jak wózek, łóżeczko czy pieluchy na pewno tam były, ale dość specyficzne drobne zniszczenia,  których pomysłodawcy artykułu nawet nie pomyśleli, zapewne znalazły się poza listą.
Za każdym razem, kiedy dowiaduję się, że nasz mały szkrab coś zniszczył wraca do mnie ta lista i szukam wirtualnie pozycji z listy Karola, na liście tamtej wyliczanki. Oto pozycje, których nie znalazłem.
( Przyznam, że na początku miałem zarys negatywnej emocji w stosunku do poniesionych strat, ale teraz spokojnie wychodzę z założenia, że to wszystko ma jakiś sens. Że czegoś się chłopak nauczył )



- Wciśnięcie kopułek głośnika średnio i wysoko tonowego do środka - sam to kiedyś zrobiłem pacholęciem będąc. Ciekawiło mnie, czy jak dotknę tam wewnątrz do poczuję wibracje. Ja się nauczyłem, że nie ma wibracji. Mam nadzieję, że Karol nauczył się, iż wszystkie dzieci wciskają głośniki do środka. 

Jutro kolejny przykład poniesionych wydatków.



środa, 12 czerwca 2013

CZEGO TATA NAUCZY C.D.




Moje zachowanie będzie miało wpływ na jego zachowanie. Mimo różności charakterów. On kopiuje mnie i widzę to już dziś. Jest kilka takich rzeczy, które uważam, że Tata powinien w synu pozostawić. Taki męski, pokoleniowy implant. 

Na początek rzeczy łatwe takie jak robienie latawca - tata robi, dziecko się przygląda. A później razem go puszczają. Potem jazda na rowerze. Skoro syn widzi, że tata umie, sam chce też umieć. To samo z samochodem. I jeszcze taka mała, drobna rzecz. Wiązanie krawata. Kiedy syn dorasta i potrzebuje do białej koszuli wybrać elegancki dodatek, to czas, żeby wkroczył tata. I pokazał jak klasycznie wiąże się ten element wejścia podlotka w czas bycia facetem. 

Father & Son

Czy te rytuały zastępują nam coś, co w dawniejszych czasach było formalną przemianą chłopca w mężczyznę? W naszej kulturze nie ma takiego momentu w życiu młodego człowieka, kiedy mówi mu się kategorycznie - od dziś jesteś dorosły. Czy to dobrze? Czy może dzisiejsze czasy powodują, że jest to zbyteczne? Nie wiem, ale prawie boję się tego momentu, kiedy przyjdzie czas opowiedzieć dziecku z odpowiednią powagą na temat spraw damsko-męskich. Bo dopiero to jest skomplikowane.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

CZEGO TATA NAUCZY


5 Ways to Teach Kids Patience (and free Psalms printable!)
Wraz z tym, jak Karol rośnie wykształcam w stosunku do niego zachowania, które bazują na teoriach przeniesionych z kilkunastoletniego już doświadczenia pracy z ludźmi. Wydawałoby się może, że świat dorosłych jest nie najlepszym polem doświadczalnym na tego typu zabiegi, ale mimo iż bardziej skomplikowany to jednak da się pewne rzeczy przełożyć na wychowanie dziecka. Jednym z takich zachowań jest cierpliwość i chęć, nawet w wieku 17 miesięcy, do wytłumaczenia temu małemu człowiekowi, że pewne rzeczy mają sens a pewne nie. Zakładam, że on rozumie to co do niego mówię, że moje argumenty, mimo iż dorosłe, trafiają do niego, tylko że nie zawsze chce je przyjąć.



father & son <3
Co nie przeszkadza mi cały czas starać się uargumentować w dokładnie ten sam sposób. Nie zawsze udaje mi się wyperswadować mu to czego chce, ale cel jest trochę inny. Chodzi o to, aby od samego początku uczyć go, iż aby cokolwiek uzyskać należy w odpowiedni sposób to uargumentować. Że zamiast używania siły, przewagi, którą nad nim przecież mam, należy powiedzieć co jest niepoprawnego w zachowaniu i starać się, aby druga strona zrozumiała rację tej pierwszej. To bardzo skomplikowane i wydawałoby się niemożliwe z dzieckiem, które nie umie mówić, ale mam nadzieję, że nie to co mu przekazuję, ale jak się przy tym zachowuję daje mu poczucie komfortu w naszej relacji. Bo dzieci obserwują swoich rodziców. A w szczególności ojców i to jak ojcowie traktują innych, w tym same dzieci, wpływa znacząco na to, jak potem one traktują ludzi, w tym rodziców.


Dlatego nawet w sytuacjach, kiedy się spieszę i zachowanie Karola opóźnia to co chcę zrobić, staram się zachować spokój i cierpliwość tłumacząc, że potrzebuję, żeby zrobił to, o co go proszę. Żeby postawić się w takiej sytuacji czasem przypominam sobie taki moment z dzieciństwa, kiedy obudziłem się rano i wiedziałem, że czeka na mnie słoik czekoladowego kremu, który mogłem zacząć jeść właśnie tego dnia. Cały, literalnie cały byłem chęcią zjedzenia kilku łyżeczek tego kremu, więc gdyby ktoś bez powodu odebrał mi tę słodkość, moja frustracja byłaby ogromna. Prawdopodobnie, gdyby mocno argumentował dlaczego mi go zabierze, też bym się wściekł, ale kto wie, może bym zrozumiał?

Dlatego wiem, jakie to ciężkie, żeby dziecku wytłumaczyć, że czegoś nie dostanie
C.D.N.

niedziela, 9 czerwca 2013

TATA, KAKA, TAŃ!




Któregoś dnia, tak około 16 miesiąca nadszedł dzień, kiedy wstałeś Karolku rano, małymi zaspanymi oczkami rozejrzałeś się po swoim pokoju, wyszedłszy z dziury, którą Ci z Mamą zostawiamy w Twoim łóżku, ruszyłeś na codzienną trasę relacji Twój pokój - łóżka rodziców i cały czas zdmuchując sen z powiek myślałeś w jaki sposób opowiedzieć o tym, co Ci się w głowie ułożyło. A ułożyło Ci się dużo, bo już poprzedniego dnia, kiedy po przebyciu identycznej trasy wpakowałeś się nam na poduszki, widziałem że chcesz nam powiedzieć coś wielkiego. Że jesteś gotowy na to, żeby pierwszy raz w życiu wypowiedzieć zdanie, które składało się będzie nie tylko z jednego słowa, nie tylko z podmiotu określonego tak, że polonista nie nazwałby tego nawet równoważnikiem zdania, ale z okrągłej formy leksykalnej, której sens nie pozostawia wątpliwości.

Kiedy otworzyłem jedno oko tak, żebyś tego nie widział, zobaczyłem Ciebie siedzącego na dywanie przed naszym łóżkiem wpatrującego się w nieskończoność tak, że pomyślałem, iż albo toczy się w Tobie jakaś mentalna bitwa myśli, albo jeszcze na tyle jesteś nieobudzony, że umysł już może dzień rozpocząć, ale członki jeszcze chętnie pospałyby z 15 minut.

Siedziałeś tam, a pod kopułą kłębiły się myśli, które mniej więcej tak bym odczytał:
- No dobrze. Wstałem. Przejście ode mnie do rodziców pochłonęło tyle energii, że jestem wykończony. Maraton przy tym co mi się udało tu dziś zrobić to mała przebieżka po placyku zabaw. I to nie pierwszy raz mi się to zdarzyło, gdyż trasę tę przemierzam codziennie. Hej rodzice! Wy śpicie, a tu się historia tworzy. Lekkoatleta wam rośnie, słyszycie? Siedzę więc taki zmarnowany na dywanie, a Tata udaje, że śpi. Lekko uchyla jedno oko, żebym nie widział, że podpatruje co robię. Ludzie, jacy Ci moi rodzice są naiwni! Do rzeczy jednak. Witki mi opadły, energii znikąd, a dzień trzeba rozpocząć. Zawsze o tej porze tata albo mama przygotowują mi porcję kaszki na mleku. I podejrzewam, że dziś też uratowałaby mnie taka opcja. Ale kto powinien wstać i ją zrobić? Mama leży od brzegu, ma bliżej, a Tata od ściany. No to Tata. Skupiam się. Myślę. Chcę powiedzieć "Tato, czy mógłbyś wstać z łóżka, pójść do kuchni i przygotować mi tę pyszną kaszkę, którą mi zawsze rano z mamą serwujecie? Proooooszę?"...

School kids in Britain were given milk daily as families struggled to provide a good diet with calcium during hard times. Margaret Thatcher in her role as Education Secretary, suspended free school milk, earning her the moniker of "Thatcher the Milk Snatcher"

Otworzyłeś ustka i już miałeś zacząć piękną polszczyzną, bo takie będą rzeczypospolite, jaki ich młodzieży chowanie, kiedy z Twoje małego gardziołka wydobyły się trzy, jakże ważne i znaczące słowa
- Tata, Kaka, Tań!

Ponieważ wiedziałem, jak wiele kosztowała Cię trasa, jak ciężko było to zdanie ułożyć, bez ociągania wstałem, poszedłem do kuchni, gdzie dostałeś całą butelkę Twojej ambrozji, tym razem z dodatkową łyżeczką kaszki za trud tego poranka. Trzy słowa, a ile radości i dumy.