poniedziałek, 3 lutego 2014

TATA KAROLA KONKURSIE BLOG ROKU.

UWAGA, POMOC POTRZEBNA!
Blog TATA KAROLA bierze udział w konkursie BLOG ROKU.

Ale żeby powalczyć, musi zebrać głosy fanów. Co trzeba zrobić? wysłać SMS o treści A00319 na numer 7122 (1 zł + vat - cały zysk przeznaczony jest na cel charytatywny). Głosowanie trwa do 6.02.

Więc przejdę czy nie przejdę dalej, wasze sms pomogą chorym dzieciom. : )

A dla tych, którzy wesprą nas sms, uśmiech Karola w nagrodę!

ps. Nie możesz wysłać sms? To udostępnij tę wiadomość. Im więcej tym lepiej. 
Dzięki wszystkim tu zgromadzonym.

Karol i TataKarola

czwartek, 23 stycznia 2014

WAŻNI DZIADKOWIE




Co roku przybywa dziadków, bo co roku rodzą się dzieci dzieci. Ale bycie dziadkiem jest też procesem mentalnym, bo nagle z rodzica, tego krytycznego i pokazującego jak świat powinno się odbierać i jak wartościować należy stać się tym, który niezależnie od wyznawanych zasad zrobi wszystko, żeby małemu nieba uchylić. A to czasem nie łatwe.
Jest jeszcze jedna bardzo ważna cecha nowoczesnego dziadka. To pokazanie, że życie jest po to, żeby przejść przez nie godnie, aby unaocznić, że sensem istnienia jest bycie pozytywnym człowiekiem, który potrafi cieszyć się tym wszystkim co udało mu się do tej pory dostać od życia. Bo dzieci patrzą, obserwują i czerpią od tych, których kochają. Więc na dziadkach, oczywiście mniej niż na rodzicach, także ciąży odpowiedzialność przekazywania tych głębokich wartości.
Bo wnuki są ostatnią szansą na to, żeby zobaczyć błędy wychowawcze popełnione na swoich dzieciach. Ale nie powinno ich już starać się naprawiać. Tylko bezkrytycznie akceptować. I zrozumieć.
A może to jest tak, że problemy komunikacyjne między dziećmi a rodzicami w pewnym wieku wynikają właśnie z tego, że dzieci nie widzą dobrego przykładu pomiędzy swoimi rodzicami a dziadkami? Może powiedzenie mamie KOCHAM CIĘ, stanie się z wiekiem coraz trudniejsze, jeżeli dziecko nigdy nie słyszało tych słów od swojej mamy w stosunku do babci? Jesteśmy splątani zależnościami z góry na dół - to co robili nasi rodzice w stosunku do nas, to co my robimy w stosunku do nich i to jak nasze dzieci będą zachowywały się w stosunku do nas jest ze sobą ściśle powiązane. Każda zmiana musi zacząć się od nas, dlatego myślę, że warto kochać dziadków naszych dzieci, bo od nich się wszystko zaczęło. I nie bójmy się TEGO mówić. A nie tylko O TYM mówić. Żeby to pokazać naszym dzieciom.


źródło - http://crumpledenvelope.tumblr.com/post/3241958745/petitpoulailler-my-valentine-fortnight-day-11

poniedziałek, 20 stycznia 2014

ROBIENIE Z TATA WARIATA

Kiedyś, jeszcze przed urodzeniem Karola, nagraliśmy na konkurs jednej z firm spożywczych film, w którym popełniliśmy tzw lokowanie produktu. 

Nie wygraliśmy, ale ostatnio natknąłem się na niego, kiedy oglądaliśmy z Karolem coś na youtube. Od tego czasu Karol nie daje mi spokoju i prosi o puszczanie "Taty jak jest kucharzem". 

O ile do tej pory ten filmik uważałem za dość kompromitujący ( w końcu był robiony dla wygrania głównej nagrody i mam na nim wąsy w stylu "czeski piłkarz'80") o tyle teraz sądzę, że robienie z siebie wariata, tylko po to, żeby dziecko tak szczerze i bez żadnego biznesu uhahało się po pachy, ma uzasadniony sens. 

Najbardziej śmieszy Karola, moment kiedy prasuję żelazkiem filet z piersi kurczaka. (Ps. Po tym ujęciu musiałem je wyrzucić. I nie mówię o filetach)



niedziela, 19 stycznia 2014

OSOBISTA BAJKA

Wymyśliłem sobie kiedyś, że chciałbym Karolowi napisać książkę. Ładną bajkę, którą będzie chciał słuchać. I oto powstała opowieść o Łosiu Patosiu.

Jest tylko jeden problem. Sama bajka, bez rysunków jest dla dwulatka nudna. Dlatego potrzebuje kogoś kto mi tę bajkę zilustruje. W zamian za to obiecuję wydrukowanie dodatkowego egzemplarza i przesłanie go do autora rysunków w ramach odwdzięczenia się za trud.

Czyż nie byłoby wspaniałym dać swojemu dziecku książkę, którą maja na świecie tylko dwie osoby?

Jeżeli jesteś zainteresowany/na, masz ciekawą kreskę i pomysł jak to zilustrować, zapraszam do stworzenia jedynego w swoim rodzaju dzieła.

Poniżej początek bajki, żeby było wiadomo o czym mówimy.


Łoś Patoś

W znanym mieście, ba, w stolicy, gdzie od ludzi wręcz się roi
W zwykłym bloku z wielkiej płyty, choć podglądać nie przystoi
Zaglądamy z ciekawością cicho chodząc po tarasie
Do jednego z mieszkań w którym, cała rzecz wnet zacząć ma się.
Pokój pusty, lecz widoczne znaki używania jego
Świadczą o tym, że właściciel jest porządny, słowem - przegość.
Na stoliku ustawione talerzyki i szklaneczki
Widelczyki obok szklanek, mniejsza, większa - dwie łyżeczki
Rzecz to dla nas oczywista, że wytworny podwieczorek
Zaraz będzie miał tu miejsce, jak w niedzielę, choć to wtorek.
Wszystko to za sprawą kogoś, kogo troska oraz miłość
Ma swój upust w ferii potraw, wpływających na otyłość
U tych wszystkich, co ulegną wdziękom pierwszej smaków damy,
Szefa najwspanialszej kuchni, bo domowej - czyli mamy.
Pokój nadal czeka pusty na specjały oraz gości.
Z rozstawionych równo krzeseł, wiemy, że co do ilości
Pięcioosobowa grupa może zasiąść w jednym czasie
Żeby każdy miał swe miejsce. Szóstą także wcisnąć da się,
Ale mama, pani domu starych zasad treść wyznaje
Że gdy zbyt przy stole ciasno, nikt porządnie się nie naje.
Tajemnicą pozostaje czemu dzisiaj, w dzień powszedni
Tak wytworny zgotowano ten bankiecik poobiedni.
Jakaż to okazja spora inspiracją stać się dała
Że odświętnie zaraz siądzie wespół tu rodzina cała.
Trochę głębiej w tym pokoju, w toalecie, tuż za drzwiami
Nasz bohater wiedząc o tym, że za chwilę, z woli mamy
Wraz z rodziną w ważnej sprawie siedzieć będą wszyscy społem
Czyścić się dokładnie kończył, by pachnącym być za stołem
Jeśli dziwi Czytelniku Ciebie to, że z tej łazienki,
Słychać mokre i rytmiczne szorowania głośne dźwięki
Powiesz, że to tak nie bywa, aby dziecko, z takim trudem
Myć zechciało swoje ciało, jakby mocno zaszło brudem
Tedy racje przyznam Tobie. Dzieciom dziś nie zdarza to się,
Lech bohater nasz nie chłopcem jest, lecz ślicznym, miejskim Łosiem.

Ciąg dalszy już w wersji drukowanej.


wtorek, 14 stycznia 2014

Z SERII KLECHDY DOMOWE

Karol leży w łóżku. Ogląda książkę, której celem jest zapoznać dzieci z kształtami i kolorami.
-  A jaki to kolor? - pytam wskazując na zielony.
- Zielony - odpowiada Karol. To wie, w końcu zawsze na skrzyżowaniu krzyczy "no tata, jedź!" kiedy przełączą się światła z czerwonego na zielony właśnie.
- Świetnie - odpowiadam i przekręcam stronę na kolejną - a to?
- Nie wiem - odpowiada, choć wiem, że wie.
- Wiesz.
- Czerwony - uśmiecha się jak sądzę z tego powodu, iż uznał, że żart się udał.
- A ten? - na następnej stronie pokazuje mu biały talerzyk, mydło i mleko w dzbanku.
- Nie wiem - odpowiada, a ja ufam mu, że nie wie.
- No, ale zastanów się. Pasta do zębów ma taki kolor, ściana obok nas. Nie chcesz zgadnąć?
- Nie pamiętam.
- Na pewno wiesz - mówię po raz ostatni, bo nie chcę wracać w koszmarach nastolatka, jako ten, który nigdy nie dawał za wygraną
- Żaden.
- Proszę?
- Żaden, Tata, żaden, no.

Bo przecież biały, w oczach dziecka to nie kolor. To tak jakby wszystko to, co zostanie jak się zabierze wszystkie kolory. Genialne, prawda?

Cały czas zapominamy, że dzieci rodzą się genialne. A my dorośli, tłumacząc, że biały to biały spłycamy tę rzecz niemożebnie. Ach....

WYSTĘPY GOŚCINNE - POMAGAMY DZIECIOM - FUNDACJA POLSAT

Wraz z podsumowywaniem roku przypomniałem sobie, że dorzuciliśmy swoje pięć groszy do  kampanii Fundacji Polsat w 2013. Taki nasz mały wkład do tego, żeby nie zapominać o tym, że są dzieci, którym trzeba pomagać.





poniedziałek, 13 stycznia 2014

Z SERII KLECHDY DOMOWE

- Tata, włącz Małpety - Karol nagle zagadnął siedząc na swoim stołeczku i wpychając do ust o dwa centymetry za duży kawałek jabłka
- Kochanie, włączę Ci wieczorem. Taka jest umowa. Wieczorem oglądamy bajkę. Teraz nie ma małpetów. - odparłem zgodnie z umową, jaką zawarliśmy kilka tygodni temu.
- Są małpety. W telewizorze, tam - pokazał w stronę dużego pokoju.
- Nie ma, Karolku.
- Są.
- Nie ma,
- Są,
- Nie ma Kochanie.
- Tata, są. Uwierz mi. Nie bój się. Włączaj.

Kiedyś czytałem, że dzieci są o 2 lata bardziej inteligentne niż nam się wydaje i o dwa lata mniej niż wydaje się to im. hm...

Więc przestałem się bać. I uwierzyłem. A mapety rzeczywiście tam były. Karol wsadził rano płytę DVD do czytnika...
Źródło zdjęcia - http://www.muppetcentral.com/

WYSTĘPY GOŚCINNE - DZIECISAWAZNE.PL - O PODRÓŻACH

Zdarzyło się mi napisać kolejny artykuł do znajomego portalu dziecisawazne.pl
oto jego kopia i link tamże. 

http://dziecisawazne.pl/daleka-podroz-z-dwulatkiem/

Podróżowanie z dzieckiem jest fantastyczne. Przekonaliśmy się o tym podczas ponad trzytygodniowego, prawie zupełnie niezaplanowanego wyjazdu do Azji z naszym niemalże dwuletnim Karolem. Myśleliśmy, że podczas podróży to my go czegoś nauczymy. Jak się okazało, było zupełnie na odwrót.

1

Z dwulatkiem pod pachą

Wyjazdy z dzieckiem to nic nadzwyczajnego, pod warunkiem że nie chce się kopiować swoich przed-macierzyńskich zachowań i nie zabiera się go na nie do końca zaplanowaną wycieczkę, podszytą nawykami backpackingowymi (nurt backpackerski to odłam podróżników, którzy jadą „w ciemno”, nie rezerwują hoteli przez Internet na miesiąc przed wylotem, pakują plecak maksymalnie do 10 kg na osobę, a w rękach, niczym Biblię, trzymają bezobrazkowy przewodnik pewnej australijskiej firmy) od momentu wylotu, aż po sam powrót. W takiej konfiguracji wydarza się bardzo wiele. Na taką konfigurację zdecydowaliśmy się wyruszając z naszym malcem na podbój Malezji i Indonezji.
Jak zwykle nie zaplanowaliśmy noclegów, ani nawet trasy, jak zwykle wzięliśmy tylko garść gotówki, paszporty, minimum ubrań swoich i taką ilość ubrań Karola, żeby nie robić prania codziennie, i ruszyliśmy na spotkanie z przygodą – z dwulatkiem pod pachą.
4
Przed urodzinami Karola podróżowaliśmy mnóstwo razy w bardzo odległe miejsca i niezmiernie wiele radości sprawiało nam bycie ze sobą oraz dzielenie się na gorąco tym, co widzimy, co przeżywamy i czego doznajemy. Docieraliśmy się jako para, potem jako mąż i żona, dobrze nam było z tym, że takie długie i czasem męczące fizycznie wyjazdy spajały nas i udowadniały, że w sytuacjach wyjątkowych możemy na sobie polegać. Mieliśmy nadzieję, że trzeci uczestnik nie zmieni tego zbytnio. Okazało się jednak, że zmienił. Na szczęście na lepsze.
Wynieśliśmy z tej wycieczki kilka nauk. Wszystkie okazały się pozytywne i wszystkie zaskoczyły nas i w pewnym sensie poprawiły zrozumienie naszego dziecka.

Lekcja pierwsza

Na takiego typu wyjazdach z dzieckiem trzeba brać pod uwagę jego potrzeby. Dla dobra grupy. Dwulatek, mimo iż jeszcze słabo (z racji mizernego wykorzystania zasobu słów oraz narządu mowy) eksplikuje swoje potrzeby, ma je i, chcąc nie chcąc, należy rytm wycieczki dostosowywać do tego, co malec może znieść i czego w danym momencie pragnie. Wakacje to dla niego zabawa, a zwiedzanie Chinatown przez pół dnia może wydać się fascynujące, pod warunkiem że: a) nie ma się 2 lat i b) nie chce się właśnie iść na plac zabaw. Musieliśmy o tym pamiętać.
5

Lekcja druga

Dwulatek może się zgubić, bo bardzo szybko biega. Mieliśmy w pewnym momencie taki niecny plan, żeby henną napisać Karolowi na dłoniach awaryjny numer telefonu jednego z nas, w razie jakby udało mu się zbiec spod naszej kurateli. Potem zmieniliśmy podejście do pilnowania Karola i za każdym razem kiedy nie był przytroczony do wózka (tak, wózek typu parasolka wiele razy uratował nam życie), jedno z nas ogłaszało, że wachta jest jego i że patrzy na młodzieńca nieustająco.

Lekcja trzecia

Dwulatek fascynuje się smakami nie mniej niż jego rodzice. Zauważyliśmy, że Karol świetnie radzi sobie z lokalnym potrawami, co było o tyle praktyczne, że nie musieliśmy zamawiać mu osobnego menu. Poza tym ten mały człowiek miał bardzo jasno określony gust kulinarny, na szczęście pasujący idealnie do tego, co serwowano w Singapurze, Malezji czy na Bali. Kuchnia ta, choć zapewne spłycam zagadnienie, opiera się na hinduskiej, bardzo aromatycznej i gęstej mieszaninie jogurtu i ziół ze stajni garam masala, chińskiej, szybko usmażonej w woku zieleninie zroszonej sosem sojowym i kluskami ryżowymi oraz malezyjskiej ostrej zupie rybnej, której składniki, gdy zobaczy się je przed ugotowaniem, nie zapowiadają absolutnie uczty podniebienia, jakiej doznaje jedzący po podaniu całej potrawy w misce. To oczywiście nie wszystko. To tylko urywek tego, czym potrafi upoić ta szerokość geograficzna. Na szczęście Karol polubił ostrość przypraw, słoność sosów i lekkość ryżowych klusek, a perspektywa takiego posiłku była jednym z najefektywniej działających argumentów podczas prowadzonych po drodze dyskusji. Na szczęście także rejony, jakie udało nam się odwiedzić, są w miarę higieniczne, więc ani my, ani dziecko nie cierpieliśmy z powodu zbytniej niefrasobliwości w doborze barów, w których się stołowaliśmy.
3

Lekcja czwarta

W Azji, zwłaszcza w miejscach rzadko odwiedzanych przez turystów, białe dziecko stanowi wyjątkowe wydarzenie. Północ Malezji (Kotha Baru) to miasto, gdzie zajeżdżają nieliczni. W takich miejscach białe dzieci (a nasz Karol do tego wszystkiego jest jeszcze blondynem) pojawiają się na tyle rzadko, że wzbudzają ogólne poruszenie. I sympatię. Bo Azjaci w ogóle lubią dzieci. Ilość ciastek, owoców, batoników, które Karol dostał, była na tyle duża, że przyznaję, iż ciężko mi było to zliczyć. Ilość uśmiechów i dotknięć, jakimi został obdarowany nasz syn, była jeszcze większa. Nie liczyłem także zdjęć wykonanych komórkami, na których Karol sam, lub z właścicielem danego aparatu, pozował uśmiechając się nieswojo, a następnie… uciekał, gdzie pieprz rośnie.

Lekcja piąta. Bardzo ważna

Karol cieszył się podczas wyjazdu prostymi rzeczami. Nieświadomie nauczył nas tego. Jako dorośli coraz mniej zwracamy uwagę na to, co jest najprostsze i najniezwyklej zwykłe. Któregoś dnia nasz syn wyszedł z małego i podziurawionego zębem czasu drewnianego domku na plaży, stanął na tarasie, popatrzył na zachodzące, ale jeszcze cały czas dość intensywnie operujące słońce, wyciągnął doń rękę i powiedział „tata, ciepło”.
Innego dnia, gdy kopaliśmy w piasku na plaży zamek (który co prawda przypominał bardziej wydmę z racji na płaskość i brak wieżyczek), temperatura otoczenia rozpieszczała nas swoimi wakacyjnymi trzydziestoma stopniami, Karol wsadził rękę w świeżo wygrzebaną przeze mnie dziurę w piasku i kiedy podeszła ona wodą, spojrzał na mnie z błogim uśmiechem i powiedział „tata, zimno”.
2
Te dwa zdarzenia to tylko mały przykład tego, jak Karol zachwycał się prostymi rzeczami, takimi jak ciepło promieni słonecznych, chłód wody na plaży, cień drzewa, obłędny smak jogurtu z mango czy szum morza w nocy, kiedy je tylko słychać, a już nie widać. Kiedy tak patrzyłem na niego, jak odbiera na najprostszą modłę piękno i zwykłość tego, co nas otacza, zrozumiałem, że dzieje się to po to, żebyśmy z moją żoną zobaczyli jak bardzo nie warto gasić w sobie dziecka i jak wiele traci się pozwoliwszy sobie na dorosłość tak hermetyczną, że promienie słońca to tylko UVA, chłód wody to przeziębienie, a sok ze świeżych owoców to brudna szklanka i nifuroksazyd. Karol chciał nam powiedzieć, że w cząstce, choć w maleńkim kawałku, dzieckiem trzeba być przez całe życie. Żeby nie umknęły nam takie podstawowe, a jednak genialne elementy otaczającej nas rzeczywistości. O tym nam przypomniał. Tego ponownie nauczył.

Lekcja szósta

Nic tak nie zbliża jak bycie ze sobą 24 godziny na dobę. W domu mamy dla siebie maksymalnie 5 godzin dziennie. Bo praca, bo zakupy, bo codzienność. Na wakacjach byliśmy zdani na siebie przez cały czas. Były lepsze i gorsze chwile, była podróż przez 13 godzin w jednym samolocie, był płacz i śmiech, sen i szaleństwa. Cała rodzina non stop ze sobą. W pełni. Zobaczyliśmy, jak nasz syn się zmienia. Jak zaczyna mówić, bo właśnie na ten okres przypadł u Karola wysyp słów. Może właśnie dlatego, że wszystko działo się tak raptownie, że dni przelatywały jak w kalejdoskopie i jednak wyjęty został ze swojej strefy komfortu domowego, to właśnie tak szybko przez te trzy tygodnie się rozwijał? A może po prostu mieliśmy w końcu czas na to, aby patrzeć na niego bez przerwy i bardziej uważnie? Nie wiem tego, ale wiem, że gdybym nie był wtedy przy nim cały czas, miałbym wrażenie, że straciłem ważny etap w jego życiu.
Nasza podróż trwała ponad trzy tygodnie. Zwiedziliśmy Singapur, północną i środkową Malezję, oraz jedną z wysp należącą do Indonezji – Bali. Przejechaliśmy ponad dwa tysiące kilometrów autobusami, busikami i samochodami, sześciokrotnie lecieliśmy samolotem. Mieszkaliśmy w motelach i hotelikach o lokalnym standardzie, za to inwestowaliśmy w atrakcje, które przynosiły nam i Karolowi dużo emocji (zoo w Singapurze, podróż łodzią na Perhentian Islands, największy plac zabaw z basenem w Kuala Lumpur). Dziś wiemy, że tę samą trasę zrobilibyśmy z powodzeniem bez Niego, ale jesteśmy pewni, że wcale nie chcielibyśmy jej robić tylko we dwójkę.
Nasz syn niewiele będzie pamiętał z tej podróży, bo w końcu miał dopiero dwa lata, ale wierzę głęboko, że gdzieś w podświadomości pozostaną w nim te momenty, kiedy wszyscy śmialiśmy się do łez, kiedy zasypialiśmy wsłuchani w odgłos falującego morza czy jedliśmy te same kluski z sosem słodko kwaśnym. Na pewno w nas pozostanie takie poczucie, że mimo iż trzeba włożyć w to wiele wysiłku, dalekie podróże i odkrywanie świata bez dziecka są niepełne. Jesteśmy dowodem na to, iż warto zadać sobie trud zabrania ze sobą małego człowieka w nieznane, bo tak wiele można się wtedy o świecie, ale głównie o sobie, nauczyć. Karol udowodnił nam to pokazując, co przeoczylibyśmy, gdyby nie jego obecność. Dzięki, Karol.

czwartek, 2 stycznia 2014

BAKTERIE W SŁUŻBIE RODZICOM


Były dwa momenty w życiu dwuletniego Karola, w których bardzo przydała się teoria bakterii, którą uznałem za stosowne wprowadzić kilka miesięcy temu. Dziś Karol świetnie wie czym są bakterie, jakie złe skutki przynosi ich hodowanie i dlaczego kiedy Tata mówi, iż należy zadbać aby ich nie było, Karol potrafi zacisnąć zęby i pokonać nawet największe lęki. A propos zębów.

Karol myje zęby sam. Od pierwszego roku życia albo nawet jeszcze wcześniej. W momencie kiedy zrozumiał na czym polega trzymanie szczoteczki w ręku wiosłuje w jamie ustnej jak galernik wynajęty na czas określony w celu dopłyniecia do nowych lądów. Efektywność Karola jednak jest dużo gorsza niż rzeczonego wioślarza. Mazanie pastą po zębach, języku, lustrze i podłodze sprawia mu jednak na tyle dużą przyjemność, że trwać to potrafi nawet kilka dobrych minut. I oczywiście chce to robić sam. Ale zęby czyste być muszą więc zacząłem tłumaczyć mojemu synkowi, że po wymyciu przez niego uszczękowienia należy sprawdzić, czy wszystkie bakterie, które miał w buzi zostały wyjęte. W tym celu proszę go o to, aby szeroko otworzył buzię i powiedział aaaa, a ja tą samą szczoteczką będę sprawdzał czy jeszcze się jakieś nie zaplątały. I spokojnie czyszczę mu od piątek po jedynki najpierw na górze, potem na dole i za każdym razem po wyczyszeniu pewnej partii uzębienia pozwalam Karolowi zabierać ze szczoteczki i wyrzucać do umywalki wyimaginowane bakterie.

Karol wie, że bakterie gryzą. Zastanawiałem się, czy wprowadzać mu taki, no powiedzmy sobie szczerze dość drastyczny ich obraz, ale chyba nie ma w tym zbyt dużej dozy przesadyzmu, bo w gruncie rzeczy bakterie potrafią wyrządzić szkodę, a że nie mają malutkich jamochłonów to na razie syn nasz nie musi o tym wiedzieć. Ważne jest to, że perspektywa bycia podgryzionym przez te małe stworzonka, poza regularnym otwieraniem buziaka dała mi jeszcze jedną możliwość, a mianowicie wymycie włosów w sposób taki, żeby nie wiedziała o tym cała klatka z parterem włącznie. Właściwie powiniem wprowadzić dodatkowo pojęcie drożdżaków, bo to one atakują skórę głowy żerując na płaszczu wodno-lipidowym, jaki tworzy się powierzchni głowy, ale tego byłoby chyba za wiele. Bakteria sprawdza się fantastycznie, bo ostatnio Karol po wprowadzeniu terminu bakcyla na włosach niczym potulny baranek przechylił głowę do tyłu i dał sobie wylać cały kubek wody na nią, a potem dzielnie zniósł proces mycia szamponem i płukania. Wcześniejsze próby takiego zabiegu nieprzygotowanemu śmiałkowi groziły trwałym uszkodzeniem trąbki eustachiusza oraz krwawym kikutem, w miejscu gdzie wcześniej miał dłoń. Tym razem wszystko przebiegło bez słowa. Karol cierpiał, zamykał oczy, ale wiedział, że bakterie zmyć trzeba. I był naprawdę dzielny.
Dziękuję wam bakterie. I polecam tę koncepcję do sprawdzenia w praktyce.


niedziela, 1 grudnia 2013

MUZEUM TECHNIKI

Karol ma już ponad dwa lata, jest facetem, a to jest idealna wymówka na to, żeby go zabrać do muzeum techniki. 

Słowo muzeum w przypadku tego przybytku jest więcej niż uzasadnione, bo tam wszystko jest stare, ale to właśnie ten element nadaje temu miejscu wyjątkowości. 

Jestem pewny, że kiedy ja pierwszy raz byłem w tym miejscu, wystawa z polskimi projektami opakowań była dokładnie w tym samym miejscu. 

A to, że odnalazłem modelową kopalnię zaaranżowaną na parterze, w bloku hutnictwo i przemysł ciężki, i poczułem się jak w wehikule czasu, jest dowodem na fakt, że to muzeum pełną gębą. 

Karol był zafascynowany motorami i traktorami, polubił pokój z maszynami do pisania oraz komputerem odra ( Stała tam też enigma, ale nie byłem na tyle odważny, żeby Karolowi wytłumaczyć tę zawiłą historię, szczególnie że zaczął się do rzeczonej enigmy dobierać), chciał zadzwonić z aparatu telefonicznego rodem z "Rozmów Kontrolowanych", polecieć w kosmos statkiem z serii Sojuz, a potem powiedział, iż chce zupkę i że już nie ma ochoty chodził po muzeum. 

Bardzo polecam tę wycieczkę. Kiedyś powiedział bym, że trochę tam obciachowo. Dziś mówię, że to naprawdę oldschool w najlepszym wydaniu. Wrócimy jeszcze za czas jakiś do sali z doświadczeniami fizycznym, które prowadzi Pan, w wieku jaki zapewne jest sumą trzech dowolnie wybranych eksponatów w tej części ekspozycji. Szacun dla Pana. Zupełnie poważnie. 

Zobaczcie jak nam tam było dobrze. 

Ps. Jeżeli lubicie mały tłok, to najlepiej w niedzielę przed 12:00. Prawie nikogo nie ma i jest czas na zgłębienie tego archeo : ) 





piątek, 29 listopada 2013

POŻEGNANIE ZE SMOCZKIEM




W dniu drugich urodzin Karola uznaliśmy, iż czas najwyższy aby nasz malec przestał ssać smoczek. W tym celu przez kilka dni po powrocie z wakacji przygotowaliśmy go na ten moment. Nie jesteśmy rodzicami, którzy za wszelką cenę chcieli, aby dziecko smoczka nie ssało, bo komfort jaki Karol dzięki niemu miał przewyższał nasze ambicje. Ostatnio Karol ze smoczkiem tylko sypiał, ale i tak był to czas najwyższy, aby się ssaka pozbyć.

Któregoś więc dnia, kiedy rano się obudził powiedziałem mu, że smoczek poleciał do Singapuru, będzie dany innym dzieciom i że w zamian za ten smoczek, którego Karol oddał innym małym dzidziom, niebawem otrzyma hulajnogę, o której przez ostatnie dni intensywnie myślał, po tym jak kolega na placu zabaw dał mu się swoją hulajnogą przejechać. Karol się zgodził na ten układ, choć oczywiście nie wiedział jak ciężko mu będzie przez kilka dni bez ulubionego kawałka gumy w ustach. Jednak perspektywa hulajnogi była tak kusząca, że powiedział:
- tak.

Lubię kiedy dziecko mówi słowa tak. To znaczy że chce, że podoba mu się propozycja, jaką mu składam, nawet jeżeli potem zmieni zdanie, to to potwierdzenie jest dla mnie wskazówką tego, że dotarłem w tym momencie do sedna sprawy i dziecko ją zrozumiało. Znalazłem argumentację, która spowodowała, iż dziecko zaczęło chcieć tego, co mu zaoferowałem. To takie niezmiernie ważne. Żeby dziecko chciało.

Smoczek więc poleciał do Singapuru. Karol w pierwszą noc zasnął bez problemu, choć pytał mnie, gdzie jest smoczek. Ja tylko konsekwentnie odpowiadałem, iż jest tam gdzie się umówiliśmy i że to bardzo daleko. Karol wiedział jak to daleko. Wrócił stamtąd niedawno. 

I od tego czasu skończyła się rozmowa o smoczku. Wydaje mi się, iż szybkie ucięcie sprawy i dobre uzasadnienie było kluczem. Singapur, który może i jest abstrakcyjny dla dziecka, ale w tym wypadku był synonimem nieosiągalności i dalekości. I zadziałało. Jesteśmy wolni do smoczka. 

I mamy hulajnogę.

wtorek, 26 listopada 2013

PAN KSIĘŻYC

Karol był z wizytą u babci Uli. Kiedy wrócił usiadł obok mnie. Zapytałem co tam robił.
- Byłem w amenie - odpowiedział powoli i zamyślił się. Jakby coś wspominał. Wizyta w kościele ma prawo spowodować chwilową nostalgię.
- No i co tam się działo? - zapytałem wyrywając go z myślowego zanurzenia.
- Śpiewał.
- Kto śpiewał? - zadałem pytanie, gdyż rzeczywiście ciekawy byłem na kogo zwrócił uwagę.

Karol chwilę się znów zastanowił. Szukał w głowie sposobu aby odpowiednie dać rzeczy słowo, że się tak wyrażę.
- Pan księżyc.

Po raz kolejny o mało się nie udławiłem śmiechem...

czwartek, 21 listopada 2013

CO KOMBINUJESZ TATA?



Karol podchodzi do mnie siedzącego na dywanie i podłączającego kable od głośników do wzmacniacza. 
- Tata, co kombinujesz? - pyta Karol powodując moje chwilowe udławienie się śmiechem, ale zachowuję rezon. 
- Podłączam głośniki - z totalną powagą odpowiadam do syna
- Mogą z Tobą kombinować? - zapytuje moja latorośl i siada obok mnie. 

Po drugim zdaniu nie zdołałem już zachować powagi. Obśmiałem się jak norka i ucałowałem młodego technika prosto w czoło. 

Pierwszy raz w życiu kombinowałem razem z własnym synem. Poważna sprawa w sumie...

środa, 20 listopada 2013

PODRÓŻ - POST SCRIPTUM


Musiało minąć trochę czasu, żebym mógł znów usiąść do pisania. Z wielu powodów. Pierwszy i najważniejszy to chyba ten, że po trzech tygodniach przelewaniu na klawiaturę moich myśli nagle okazało się, że chwilowo potrzebuję odpoczynku i trochę snu. Bo to był drugi powód, dlaczego nie miałem ochoty pisać.
Po powrocie z wakacji prawie tydzień dostosowywalem się do strefy czasowej lokalnej i chodzenie spać o godzinie 21:30 nie było dla mnie niczym nadzwyczajnym.

Po trzecie należało odrobić zaległości w pracy, domu i rodzinie, a ponieważ doba ma tylko 24 godziny laptop poszedł w kąt.

Teraz wiem, że słusznie bo jest coś takiego w intensywnym pisaniu, że potem trzeba chwilę odpocząć. Poza tym bogactwo tematów podczas wakacji dyskontuje tak mocno codzienność domową, że każda z inicjatyw jaką chciałem podjąć wydawała mi się mało interesująca. Po dwóch tygodniach uznałem jednak, że czas wrócić do spisywania tego co siedzi w głowie, bo jest ktoś, dla kogo to wszystko co się dzieje jest o tyle ważne, że z racji wieku pamiętać tego nie będzie, a warto, żeby wiedział co się wydarzyło. Ten ktoś to Karol oczywiście.

Nasz mały synek wrócił do domu na spiąco, gdyż lot z Londynu był opóźniony, wylądowaliśmy w Warszawie o godzinie 23:20, przetransportowaliśmy się do domu i zasnęliśmy wręcz natychmiast. Rano musieliśmy i iść do pracy.

Budzenie było łatwe, bo wracając z Azji mamy 6 godzin do przodu, stąd 6 rano to dla człowieka południe. Dla Karola także. Obudził się o 6 i spokojnie, jak gdyby nigdy nigdzie nie wyjeżdżał zrobił obchód domu, a następnie przyszedł do nas do łóżka. Nie zdziwił się, iż nie ma w nim Mai, ale także nie poprosił o kaszkę tylko nadal chciał kluski.

Zmianą, jaka miała nastąpić było to, że w odróżnieniu od czasów wakacyjnych, tym razem tata i mama musieli zostawić dziecko samo i pójść na 8 godzin do biura. Tego już Karol zrozumieć nie potrafił i z wielkim wrzaskiem obwieścił, że tata do pracy nie i że na rączki.

Nie udało nam się wyjść zanim zrozumiał, że inaczej nie nie da, więc jeszcze na klatce dało się słyszeć szlochanie przeplatane poszczególnymi słowami, w głównej mierze nakierowanych na mamę i tatę.

Tak było przez kolejne kilka dni, aż wszystko wróciło do normy, a Karol radosnym "papa" zaczął żegnać się z mamą czy tatą siedząc spokojnie na dywanie i układając puzzle.

Zmiany są dobre, bo pokazują jak bardzo nie doceniamy tego co mamy i do czego powinniśmy wracać. Karol ze swoim zachowaniem wrócił do stanu wyjściowego po około tygodniu. Ale nadal jak się go zapytać, gdzie chciałyby lecieć samolotem odpowiada:
- Do Singaparu!


piątek, 15 listopada 2013

KAROL W AZJI -ACH, TO BYŁY WAKACJE



I zawsze przychodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć sobie basta. Nasze trzy tygodnie w doborowej czwórce bez sternika zaczęły powoli dobiegać do swojego naturalnego końca, ale w duchu czuliśmy, że w tryb niewakacyjny wbijemy się dopiero na lotnisku w Warszawie.

Ostatni dzień na Bali spędziliśmy na plaży, gdzie mama i ciocia próbowały swoich sił na desce surfingowej. Wyglądały jak dwie sztuki na wydaniu, bo w szortach i koszulkach z logo słynnej firmy produkującej sprzęt surfingowy nikt nie mógł pomylić się w jakim celu pojawiły się na plaży. Deski w rękach dodawały im jeszcze większego uroku, a fale niosły je jak starych wyjadaczy z Australii. Warto było popatrzeć.

Bali pożegnało nas piękną, jak zwykle z resztą, pogodą i porankiem ciepłym ale nie wkurzajacym. Z resztą wiedząc, iż w Warszawie o tej porze było 8 stopni i padał ciężki i mokry deszcz, nawet zbytni upał nie dałby mi się we znaki. Chciałem chłonąć klimat wakacji przez jeszcze trochę.

Przenieśliśmy się na ostatni wieczór znów do Singapuru, gdzie w nocy odwiedziliśmy te same miejsca co przed 3 tygodniami, tylko że wszystko wyglądało jeszcze bardziej okazale gdyż podświetlone było porządnie przez fantastycznie zaprojektowane lampy, żarówki, ledy i inne nowoczesne źródła światła. Singapur nocą był wisienką na torbie ( tak to się chyba mówi, bo jak z tatą byłem na targu to kupiliśmy ziemniaki, a na wierzch pół kilo wiśni i one wystawały za reklamówkę - wyglądało to zacnie) naszej wyprawy. Fakt, że w połowie wycieczki zasnąłem niczemu nie przeszkadza, bo przecież byłem już tam raz i widziałem to wszystko. Jeszcze kiedyś będę w Singapurze, to wtedy przyjrzę się wszystkiemu dokładniej.

Nie lubię zbyt długich podsumowań. Ale tu się należy długie, bo to też i była długa podróż.
Uważam, że zabieranie dzieci na wakacje ma sens - oczywiście mamy swoje wymagania, mamy swoje humory i gorsze oraz lepsze chwile, ale czas spędzony w taki sposób jak spędziliśmy go teraz dał nam więcej niż jakakolwiek wycieczka czy weekend spędzony w domu. Po pierwsze byliśmy 24 godziny na dobę razem i nie mieliśmy od siebie ucieczki, więc musieliśmy się nauczyć naszych codziennych rytuałów, żeby wyjazd nie stał się uciążliwym robieniem sobie nieświadomie lub świadomie na złość. Po drugie długie rozmowy i dyskusje zbliżyły nas do siebie, a szczególnie, że na ten czas przypadł właśnie u mnie wysyp słów i chęć poważniejszych rozmów. Dzięki temu, że byłem non-stop z rodzicami i ciocią Mają, mogli oni zobaczyć jak szybko się uczę mówić, a co więcej, mogli być tegoż poważną częścią. Gdybym ten okres spędził w domu, pewnie też bym się rozwinął tak szybko, ale za to nie zauważyli by tego moi rodzice tak bardzo dogłębnie, jak widzieli to na wakacjach.

Zabranie mnie ze sobą dało im też świetne miejsca w samolocie, bo lecąc z infantem na kolanach przeważnie dostaje się rząd przy ścianie, gdzie nogi można wyciągnąć na całą długość. A ja miałem kołyskę, więc kiedy nachodziła mnie ochota na drzemkę, mieli komfort jak w pierwszej klasie.

Będą też mieli fantastyczne wspomnienia z tych, chwil kiedy swoim jeszcze zupełnie dziecięcym okiem zachwycalem się panią kelnerką niosącą soczek z pomarańczy (okrzykiem "jest soczeeeeeek"), lub kiedy oblany morską falą krzyczalem "woda jeeeeest".

Uważam, że zabieranie dzieci na wycieczkę, która jest nie do końca zaplanowana jest świetne, bo oczywiście położenie się w hotelu, w którym panie skaczą na około nas dzieci, jest kuszące i dużo bardziej komfortowe niż opiekowanie się nami przez cały dzień w doli i niedoli, ale czy płynie z tego dobro - nie wiem. Taki hotel raczej oddaliłyby mnie od rodziców zamiast przybliżyć. Bo właśnie we wspólnych emocjach najłatwiej zapisać wspomnienia, które potem wywołują wspólny śmiech lub infantylne zażenowanie. Dobrze, że są takie hotele, bo zabawy tam co niemiara. Dobrze też, że moi rodzice wybierają te, w których jednymi animatorami ich synka są oni sami. Ja sobie zdaję sprawę, że podróżowanie ze mną jest inne, wolniejsze i pewnie bardziej męczące. Ale przecież zabierając mnie na wakacje doskonale o tym wiedzieli. Bo decydowanie się na współpodróżowanie z dwulatkiem zmienia wszystko. Na lepsze.

Poznałem tatę trochę bardziej, jesteśmy bliżej, rozumiemy się lepiej, docieramy się, można powiedzieć. Po trzech tygodniach upewniłem się w przekonaniu, iż mogę polegać na mojej mamie, która jest zawsze tam, gdzie być powinna. Czy to w basenie, kiedy chcąc przepłynąć za wiele jak na jeden raz zachłystuję się wodą, czy kiedy budzę się rano, a jej uśmiechnięte oblicze wita mnie obok na poduszce. Wiem, że jestem dla nich bardzo ważny, bo za każdym razem kiedy testowałem ich czujność uciekając w tłum Azjatów lub w stronę ulicy, wiedziałem, że jakaś wyciągnięta ręka podąży za mną i zawróci, kiedy będę chciał przekroczyć granicę, której przekraczać nie powinienem. Takie wakacje są ważne, bo dzięki nim przyznałem nam certyfikat "zgranej rodziny" - taki medal za udany wyjazd. Takiej sprawności nie da się zdobyć w domu, w tym celu trzeba wyjechać. Nasz wyjazd był takim testem, egzaminem dojrzałości poza domem. Zdaliśmy go na piątkę z plusem.

Wiem też, że po każdym takim rodzinnym wyjeździe powinienem moim starszym zafundować jeden tydzień krótkich wakacji, tym razem beze mnie, żeby mogli spokojnie pobyć ze sobą, w takim tempie jak lubią z i takimi atrakcjami jakie preferują. Drodzy rodzice, nie mam nic przeciwko, żebyście mnie odstawili do babci i pojechali w dowolnym czasie. Choćby i do Ciechocinka. Ja stawiam!

Teraz będę musiał wrócić do domu, do codziennych zajęć i szarości (niestety w porównaniu z Azją, polska jesień jest niestety bardzo szara) i czekał będę na kolejny szalony pomysł mamy i taty, kiedy to oznajmią mi na dzień przed wyjazdem, że zabierają mnie gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Kocham was rodzice za to (my Ciebie też, Karolku - mama i tata) i dziękuję, że mogliśmy ten czas spędzić razem. Nie wiecie, z resztą ja sam sobie z tego pewnie nie zdaję sprawy, jak to dla mnie ważne

Podpisano.
Wasz Karol vel Dadoł Pipa.








środa, 2 października 2013

WYSTĘPY GOŚCINNE - DZIECISAWAZNE.PL - JAK RODZI SIĘ TATA

To artykuł, jaki ukazał się w portalu dziecisawazne.pl. O tym jak rodzi się Tata.

http://dziecisawazne.pl/jak-rodzi-sie-tata/

Rodzi się Tata

Kiedy urodził się Karol, nasz półtoraroczny teraz syn, chciałem być przy wszystkim, co się od tego czasu zaczęło dziać, właściwie 24 godziny na dobę. Od momentu przyjazdu na porodówkę, a właściwie już wcześniej, kiedy rósł w brzuchu mamy, miałem chęć odkrywania tego małego człowieka od samych podstaw. Bo jest coś magicznego w tym, że  powstaje nowy człowiek, który zmienia w życiu rodziców wszystko. Na lepsze.
Mężczyźni są z zasady mniej wrażliwi niż kobiety, ale takie chwile jak narodziny dziecka nawet największych twardzieli potrafią emocjonalnie rozłożyć na łopatki i zza tej trochę samczej, wręcz pierwotnej, maski wystaje prawdziwy mężczyzna, który właśnie w tym momencie przechodzi od bycia tylko czyimś synem czy mężem do stanu bycia ojcem.  Jeżeli od tego momentu facet potrafi zostawić tę małą furtkę otwartą, ten wentyl, którym mogą sączyć się pozytywne emocje, to świetny start do tego, aby zostać dobrym i kochających tatą. Choć oczywiście nie jest to warunek sine qua non. W moim przypadku brama ta otworzyła się dużo wcześniej i pozostaje otwarta do dziś.

Współczesny Tata

Na szczęście przyszła swego rodzaju moda na tatusiów, którzy potrafią sobie świetnie radzić, na ojców, których można swobodnie zostawić samych z dzieckiem na całą noc, i matki nie będą się martwić, że maleństwo nie dostanie jeść albo będzie płakać przez pół wieczoru. Tacy nowocześni tatusiowie to efekt uświadamiania nam mężczyznom, że rola ojca w wychowaniu dziecka nie zaczyna się wtedy, kiedy syn potrzebuje zostać nauczonym jazdy na rowerze, albo kiedy trzeba córce powiedzieć, że nie pójdzie na szkolną dyskotekę.
tata-karola
To uświadomienie musi zacząć się od mam, bo naturalnie, obdarowane przez matkę (nomen omen) naturę instynktem czują, że wiedzą, jak zapewnić latorośli bezpieczeństwo. Oddanie kruchego ciałka nawet najbliższej osobie stanowi dla nich dyskomfort. Szczególnie, jeżeli tą osobą jest facet. Nie zawsze tak jest, ale dość często. W naszym wypadku od samego początku obydwoje staraliśmy się nosić dziecko, trzymać i obserwować siebie nawzajem, czy to, co robimy, jest dla niego dobre. Kiedy moja żona widziała, że w moich rękach jest naszemu synowi tak samo dobrze jak w jej, miała ten spokój, że oddając go, zapewnia mu bezpieczeństwo. Jeszcze przed porodem razem chodziliśmy do szkoły rodzenia i słuchaliśmy ważnych informacji na ten temat. To nam bardzo pomogło. Razem utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że wymieniając się obowiązkami nie tylko będziemy pomagać sobie w nadchodzących trudach pierwszych miesięcy po porodzie, ale także mieliśmy poczucie, że obydwoje będziemy się w tym realizować.

Tata jest ekspertem

Bycie tatą obok mamy zaczyna się wraz z pierwszym krzykiem. Bycie tatą to trzymanie rodzącej mamy za rękę, to zapewnianie, że wszystko będzie dobrze, to przytulenie maleństwa w momencie, kiedy nie może jeszcze spokojnie leżeć na skórze mamy, to w końcu spacer na pierwsze badanie i ważenie. A potem przeniesienie nosidełka z samochodu do domu, delikatne i czułe, żeby zbytnio nie trzęsło, a potem gotowanie mamie zup z kurczęcych piersi, aby nic młodzieży nie uczuliło podczas karmienia. Tym właśnie były, przynajmniej dla mnie, pierwsze dwa tygodnie bycia tatą.  A potem już było tylko lepiej.
Tatusiowie lubią być specjalistami w jakiejś dziedzinie. A najlepiej, jeżeli nikt nie robi tego lepiej niż oni, więc umówiliśmy się z żoną, że ja będę przodownikiem, jeżeli chodzi o mycie Karola. I co wieczór dumny tata wkładał swojego pierworodnego do kubełka i delikatnie obmywał cieniutką jak pergamin skórę wodą o dokładnie zmierzonej temperaturze, a potem wycierał delikatnym, miękkim ręcznikiem i kremował maścią bez zapachu etc., etc. Dodatkowo, raz w tygodniu, dumny tata specjalizował się w obcinaniu maleńkiemu człowiekowi pazurków. Mama bardzo nie lubi tego procesu, więc tata czuł się nie tylko potrzebny, ale nawet niezbędny. Oczywiście bez problemu tata przewijał dziecko, karmił je i prał brudne śpioszki, ale w myciu dziecka i obcinaniu mu pazurków wyspecjalizował się zdecydowanie
Ten zabieg polecam wszystkim tatom, którzy obawiają się, że nie podołają obowiązkom, bo w pewnym momencie czują się na tyle niezbędni, że zaczyna im to sprawiać przyjemność. A już szczególnie dlatego, że kąpiele małych dzieci to jedne z najśmieszniejszych i najprzyjemniejszych dla nich momentów. I naprawdę nie warto przegapić czegoś, co się może wydarzyć po raz pierwszy właśnie w kąpieli. Bo my faceci lubimy pierwsi zobaczyć, jak dziecko się uśmiechnie albo rozchlapie wodę poza wanienkę.  
Kiedy dziecko rośnie i jest przyzwyczajone do tego, że tata jest cały czas obok, dużo łatwiej jest mu nie być przyklejonym do mamy i dać jej chwilę oddechu. Co więcej, cieszy się, kiedy może zostać w domu tylko z tatą i pohasać po mieszkaniu według dobrze znanego, wieczornego rytuału. Bo dla dziecka rytuały są kluczowe, a rytuały z tatą to rzecz bardzo ważna, bo im szybciej dziecko do nich przywyknie, tym później łatwiej będzie spędzać czas tak po prostu, zwyczajnie i niewymuszenie. Bez budowania niepotrzebnych barier.
Jak ważny jest tata w życiu małego człowieka uczę się cały czas, bo nasze dziecko otworzyło przed nami drzwi z dziedziną wiedzy, z którą wcześniej nie miałem nic wspólnego. Jestem tym zafascynowany i wierzę mocno w to, że idąc tą drogą, mogę w naturalny sposób dać mojemu dziecku wszystko, co uważam za dobre.
Ale gdyby nie wsparcie i zaufanie mojej żony, ta chęć dzielenia się radością i trudami bycia rodzicem, pewnie nie doświadczyłbym tego wszystkiego, co udało mi się przeżyć. Bycie blisko i pomaganie od samego początku wynagrodzone mi zostało pierwszym słowem, jakie powiedział świadomie Karol. Dla ułatwienia dodam, że było to słowo określające rodzica, na cztery litery i zaczynało się na T. Ale nie powiedzieliśmy o tym mamie.

czwartek, 26 września 2013

KAROL W AZJI - WYCIECZKA KRAJOZNAWCZA - M.IN. KAWA Z PUPY LISA



Dziś cały dzień jeździliśmy po okolicach (szeroko pojętych) Sanur i zwiedzaliśmy to, co jest to zwiedzenia po drodze. A było co zwiedzać. Mówię wam. To co do tej pory widziałem było ładne, ale teraz zobaczyłem co się naprawdę tu dzieje w okolicach.

Pierwszy punkt to Las Małp - czyli park, gdzie mieszkają takie śmieszne małpy, które nie są schowane do klatek, tylko chodzą sobie normalnie po alejkach i wymuszają na ludziach, żeby dać im banana albo jakiś inny smakołyk. To podobnie jak ja, z tym że ja nie mieszkam w lesie i próbuję wymuszać na rodzicach, co przestało im się z resztą już podobać i nie wiele dostaję. W odróżnieniu od małp, które prezentują swoje wdzieki przed co i rusz nowymi osobami i gawiedź daje się nabrać na te same triki co wycieczka sprzed dwóch i trzech dni. Nawet myślałem, czy by tam nie zostać w tym lesie, ale ogona nie mam, więc towarzystwo by mnie nie zaakceptowało. Poza tym ja nie lubię kraść, a te małpy robią to nagminnie. Np cioci Mai jedna z nich buchnęła paczkę mokrych chusteczek z plecaka, a potem uciekła na drzewo i wszystko wybebeszyła chcąc to zjeść. Szkoda, że ciocia nie miała pastylek rycynowych, wtedy taka małpa poznałaby smak prawdziwego ciśnienia. Tata, czasem przychodząc z pracy o facjacie wyraźnie zmęczonej, nazywa ten stan "permanentną sraczką". O wy małpy, gdybyście tylko poznały to oczyszczające uczucie... Lewatywa napełniona płynną nirwaną. Nirwatywa - tak pewnie się to nazywa po hindusku. A małpa wyrzuciła wszystkie chusteczki z torebki i uciekła w las. Z resztą w bardzo piękny i stary las, gdzie fikusy sięgają 20 metrów i zwisają im liany jak trąby słonia. Las małp mi się podobał.

Potem pojechaliśmy zobaczyć pola ryżowe. Kiedyś niejaki śpiewak Gniatkowski przynudzał na swojską nutę piosenkę o słowach "Ryżowe pola w wodzie mokną, bawoły groblą ciągną wóz...". Wszystko się zgadzało. Pola mokły w wodzie, nie było jednak bawołów, a chciałem bardzo sprawdzić, skąd im wyrasta grobla, do której mocowało się te opiewane wozy. Niestety pozostanie to dla mnie biologiczną tajemnicą. Tata w każdym razie chyba też nie bardzo wiedział, bo jakoś tak niepewnie rozglądał się po okolicy. Pewnie szukał bawołów.

Kolejnym etapem podróży był wulkan. Wulkan czynny, bo co jakieś 10 lat wypluwa z siebie trochę lawy, która zastyga na jego zboczach a pyły wydychane przezeń urzyźniają glebę w okolicznych sadach i polach ryżowych. Wulkan był dość duży, więc pozwoliłem sobie na wybicie z głowy rodzicom chęć wchodzenia na niego. Tata od razu mnie poparł, bo on po górach chodzić nie lubi, więc nie musiałem za długo się drzeć. Jakieś 15 minut tylko.

Po drodze zajrzeliśmy jeszcze na plantację kawy. A kawę to ja lubię. Z mlekiem.
Na Bali mają dobrą kawę, bo sami ją tu hodują i palą, więc świeżo z plantacji jedzie do kawiarni, gdzie można jej skosztować. Ponieważ moja mama pracuje w firmie, która sprzedaje kawę, z wielkim tym bardziej zainteresowaniem odkrywała jak rosną ziarenka, jak się je potem pali i jak pachnie świeżo uprażona kawa. A pachnie przednio.

Jest jeszcze jedna rzecz, której spróbowaliśmy na tej plantacji. Co prawda obrzydlistwo to było, ale mama stwierdziła, że warte swojej ceny.

Żyją na Bali takie małe liski, lokalnie zwane Luwak, a po naszemu Łaskun Muzanga, które zjadają najpierw ziarenka kawy, tylko te najlepsze, a potem po ich nadtrawieniu wydalają je. Wiecie co by było, gdyby okazało się, że ich kupy nie mają żadnej wartości? Łaskuny pewnie rodziły by się bez pup. Na szczęście ich kupy, po umyciu i osuszeniu to wartość około 2000 Euro za kilo. Bo tyle kosztuje kawa, zwana Kopi Luwak robiona z oczyszczonych i oskubanych ziarenek kawy wydalonych przez te przemiłe stworzenia. Na degustacji tej kawy, ze skrzywionymi ustami wszyscy orzekliśmy, że rzeczywiście kawa ta jest niezła.

Widziałem też wielkiego nietoperza. Ale chyba na nasz widok zemdlał, bo siedział przez chwilę z głową do góry.

Ostatnim elementem wycieczki była świątynia z XI wieku wykuta z skale i otoczona polami ryżowymi. Na mnie nie zrobiła wrażenia, a na rodzicach owszem, ale może wypieki na twarzy mieli dlatego, że musieli mnie wnosić po znacznej ilości schodów na górę i w dół. Nie wiem, ale szybko uciekliśmy, gdyż zaczęło mi się nudzić. Nie było placu zabaw.
Tak jakby w XI w. dzieci miały inne wymagania niż teraz. Zjeżdzalnia, huśtawka i piaskownica. Czy my dwulatki prosimy o zbyt wiele? A może mnisi na tych terenach żyli w celibacie i nie trzeba było budować przybytków dla młodzieży? Znów te pytania i znów brak odpowiedzi. O dorosłości! Studnio mądrości, czerpaku inteligencji, wiadro światłości!Przybywaj...

Wycieczki krajoznawcze są ciekawe, bo ciągle coś się zmienia, ktoś mnie nosi na rękach, gdyż czas gra ważną rolę w wykonaniu planu (a tata twierdzi, że się ciągnę jak ślimaków stado) więc transport jest, zawsze moża poznać kogoś, kto jeszcze nie dał mi ciastka, a poza wszystkim lubię jak moi starzy mają coś od życia. Polubiłem wyspę Bali. Polecam.

Mam taką małą jednak uwagę do Bali. Przestałem być trochę w centrum zainteresowania lokalnej społeczności. Ma to pewnie związek z faktem, iż wyspa ta jest mocniej uturystyczniona i widuje się tu czasem ludzi z Europy podróżujących z dziećmi, więc mały białas nie jest niczym nowym. W Malezji było inaczej, gdyż wszędzie gdzie tylko mrugnąłem okiem kończyło się to albo chęcią dotknięcia mojej buzi/ręki/nogi/brzucha (to musiałem jakoś znosić) albo obdarowaniem mnie czymś słodkim (to mi wynagradzało ciągłe mnie macanie przez wszystkich). Bo inaczej muszę (choć z ciężkim sercem) nadwyrężać portfel moich opiekunów wymuszając na nich zakupy towarów, które mógłbym przy odpowiednim splocie wydarzeń dostać całkowicie bezgotówkowo. A ja nie chcę być dla nich ciężarem. Ot co.