czwartek, 31 stycznia 2013
Pisanie bloga jako pomysł na lepszą pamięć
Pisanie tego wszystkiego ma dwojaką wartość. Bo po pierwsze kiedyś, kiedy będziesz już duży, a nic nie będziesz pamiętał z tego co się wydarzyło między Twoimi narodzinami a trzecimi urodzinami, będziesz zastananawiał się jaki wtedy byłeś i będziesz pytał się nas o szczegóły, to nie będziemy w stanie dokładnie odpowiedzieć na Twoje pytania. Odnosząc się jednak do notatek łatwiej będzie nam przypomnieć sobie czy zacząłeś chodzić jak miałeś 10 miesięcy czy jednak 14. Bo po latach to wszystko jakoś skleja się w jedną całość i różnica miesiąca czy dwóch nie ma znaczenia. A będąc z Tobą tu i teraz ma to kolosalne znaczenie, czy chodzisz czy nie, czy mówisz czy nie, czy umiesz pokazać, że chcesz kaszkę czy też nie. To po pierwsze. A po drugie, co w zasadzie jest powiązane z pierwszym bardzo mocno, chciałem mieć taki mały skarbczyk uczuć, jakich doznajemy z mamą, kiedy wydarzają się rzeczy dla nas pierwsze. Potem, jak już będziemy starzy będziemy odnosić się do tych krótkich chwil i przypominali sobie jak to było kiedy Karol zrobił pierwszy krok, albo kiedy nastąpił ten dzień kiedy na wszystko zaczął mówić pupa. Czas ma w swojej brutalnej naturze funkcję, która niekiedy bardzo pomaga, ale własnie w takich sprawach jak macierzyństwo niestety działa na niekorzyść. Funkcja ta, to zacieranie śladów w pamięci. Śladów rzeczy, przez które przyznam Ci się szczeczerze czasem się rozklejam. Jak np chwila, kiedy siedzisz przez telewizorem, z oczami wlepionymi w Dee Dee Bridgewater, która swoim chrypiacym głosem kończy 'Ne me quite pa', w języku oryginału, zapada chwila ciszy a ty, jeszcze przed tym, kiedy wszyscy obdarzają artystkę gromkim aplauzem, zaczynasz klaskać swoimi małymi rączkami i mówisz:
- na, na, na
- tak Karolku. Pani śpiewa piosenkę. Podoba Ci się?
A Ty znów łapiesz się za rączki i bujasz się na boki, trochę nie w takt muzyki, ale na pewno poruszony jej dźwiękami. To było w grudniu 2012. Miałeś wtedy rok i dwa miesiące. Musi być coś niesamowitego w muzyce, skoro dzieci w tym wieku potrafią zasłuchać się i w taki sposób reagować na nią.
Nie pamiętanie tego wypłaszcza obraz Twojego dzieciństwa w naszy pamięciach i to ze szkodą dla nas i dla Ciebie. Bo w tych szczegółach kryje się Twój charakter, Twoje upodobania i chwile szczęścia. A chwile szczęścia są dla Ciebie teraz bardzo ważne. Stresem np. może być zbyt wczesne wyjęcie Ciebie z wanienki, kiedy jeszcze nie ochlapałes wszystkich zabawek, kiedy piana na Twojej brodzie nie była zmywana 15 razy i dopóki nie wyprodukowałeś 10 dużych bąbli pod wodą zanużając usta kilka milimetrów pod powierzchnią wody. Jeżeli istotą Twoich kąpieli są te trzy elementy a my o nich kiedyś zapomnimy, to tak jakbyśmy w dorosłym życiu na pytanie o naszą największą przygodę, nie wymienili dopiero co odbytej podróży dookoła świata.
Ty żyjesz chwilami. I one wypełniają kolorytem całość czasoprzestrzeni na dany okres. Coraz krótszy, ale nadal jeszcze na tyle ważny, że rozbawienie Cię piłką może całkowicie wymazać ból ze świeżo nabitego guza. Nagle przestajesz płakać i śmiejesz się do rozpuku jakby cały czas byłby właśnie tą chwilą. I to jest kwintesencja dzieciństwa. Bilans chwil musi wskazywać na większość chwil dobrych. I dlatego należy je pamiętać. A czas, jak już wspomniałem w tym wypadku nie działa na moją korzyść.
Na szczęście jesteś dziecięcym ekstrawertykiem więc doskonale widać kiedy chwila jest dobra, a kiedy zła. I ile trwa.
Spis z natury na dzień 15 stycznia jest taki, że jest kilka pewniaków, które podane w odpowiednim czasie mogą każdą, nawet najgorszą chwilę zamienić na dobrą.
Kuka - w twoim języku oznacza ciastko. Etymologia tego słowa jest prosta. Święta Bożego Narodzenia, które spędzaliśmy u dziadków jednych i drugich obfitowały w moc serników, makowców etc. Podsłuchawszy jak my dorośli nazywamy te cudeńka, zakodowałeś sobie Kuka. Więc morelka suszona, daktyl oraz biszkopt wprawiają Cię w stan, kiedy słowo to potrafisz wypowiedzieć nawet 10 razy pod rząd w bardzo zróżnicowaną intonacją.
Bua - intonowane krótko, tak jak w tej pisowni. W bardziej złożonej formie 'cicia bua' co oznacza, że zaraz przyjdzie Lucy (twoja opiekunka) i przyniesie świeżą bułkę z piekarni.
Uhuha, uhuha - początek piosenki, która kończy się na ' nasza zima zła'. Piosenka, którą rozpoczynasz i wymuszasz jej zakończenie przez wtajemniczone osoby. Bardzo Cię to bawi. Z drugiej strony, kiedy ja zacznę ten zaśpiew zatrzymam się na słowie 'zima' radośnie czekasz ułamek sekundy, aby nie w rytm, ale zaraz po nim dodać swoje zaaaaa, intonując tak jak Chińczycy wypowiedzieli by jeden ze swoich znaków intonacyjnych przypominających dalszej domku. Najpierw wysoko a potem szybko do dołu. Po całej oktawie wręcz.
Kaka - słowo które wypowiadasz rano i wieczorem z natarczywością kataryniarza z ulicy ząbkowskiej. Oznacza kaszkę, którą dostajesz po śnie i przed snem. Nawet najszybsze przygotowanie powoduje Twoja frustrację, jakbyś przygotowywał się do tej fantastycznej chwili wchłonięcia 250 ml ambrozji właśnie przez to, że wprawiasz się w zły nastrój, ażeby skala zmiany na dobre była maksymalnie odczuwalna.
Dobre chwile są dobre, dopóki trwają. A na razie nic nie stoi na przeszkodzie aby trwały. Mam nadzieję, że jak najdłużej.
czwartek, 28 czerwca 2012
POKOLENIA
Miałeś zaledwie kilka miesięcy, kiedy Twój pradziadek, czyli tata, taty Twojego taty zorganizował imprezę z okazji 90 urodzin. Jest coś takiego w każdym facecie, że cieszy się jak dziecko, kiedy widzi, że jego ciężka praca na potomstwem nie idzie na marne, a dziadek tak naturalnie i tak wdzięcznie potrafił się z tego cieszyć, że mógłby w rodzinnej komedii grać pierwszoplanową rolę ucieleśnienia radości z powodu posiadania tak dużej familii. Impreza, na którą nas zaprosił odbyła się w hotelu niedaleko jego mieszkania na Tamce w Warszawie, hotelu który pamięta czasy świetności i dojrzałości komunizmu z ludzką twarzą, menu było dostosowane do charakteru wnętrz, ale biorąc pod uwagę fakt, że obchodził 90 urodziny, to wszystko współgrało tworząc taką swojską harmonię.
Dziadek Zdzisiek, był człowiekiem pozytywnie nastawionym do życia, nie stwarzał niepotrzebnych problemów, zawsze witał się radosnym "siemasz" i z uśmiechem na twarzy zaczynał rozmowę, robił herbatę, wyjmował wino albo coś mocniejszego i rozpoczynała się rozmowa.
Kiedy przyjechaliśmy do niego pierwszy raz z Tobą, Ty jeszcze nawet nie gaworzyłeś, zrobiło mu się bardzo przyjemnie, że pamiętaliśmy o pradziadku i zechcieliśmy zajechać do niego i pokazać mu Ciebie. Od razu rozpoczał opowieść o reszcie swoich prawnuków, czyli Bartku i Małgosi i cieszył się, że przedłużysz ród Pełków. Bo dziadek stał na straży pamięci o rodzinie, sam mając pamięć bardzo dobrą. Potrafił z głowy sypać datami urodzin i śmierci swoich wszystkich braci, rodziców a nawet dzieci swoich kuzynów. Niesamowite jest to, jak ludzie urodzeni jeszcze przed wojną, nie przyzwyczajeni do posiadania telefonów komórkowych, w których można zapisać ważne rocznice, trzymali wszystko w głowie. A dziadka głowa była trzeźwa, mimo iż lubił wypić.
Pamiętam na naszym weselu, na którym dziadek jak zwykle obtańcowywał wszystkie panienki młodsze od niego, czyli wszystkie i bawił się do białego rana, podszedł do mnie i zaproponował, żebyśmy wypili kielonek. Picie alkoholu z dziadkiem ma wartość łączenia pokoleń i nie ma w tym absolutnie nic złego. Tworzy się taki procentowy pomost pomiędzy osiemdziesięcio kilku latkiem a trzydziestoparo latkiem i jest mocniejszy niż jakakolwiek inna metoda zrozumienia międzygeneracyjnego. Uściskaliśmy się wtedy czule, ucałowaliśmy serdecznie i myślę, że i jemu i mnie zrobiło się jakoś tak dobrze. Mnie, bo widziałem dokładnie skąd pochodzimy, a jemu bo widział doskonale dokąd idziemy.
Dlatego kiedy zobaczył Ciebie, pomyślał sobie zapewne, że kierunek, jaki potwierdziliśmy na weselu podczas konsumpcji napoju wysokokalorycznego, był słuszny a wynik jego, czyli Ty, jest godnym rozwojem tego, czego sam by chciał. A chciał, żeby rodzina Pełków rosła w siłę, żeby ludzie noszący to nazwisko byli dobrymi osobnikami, żyjącymi porządnie i mądrze. Bo rodzina Pełków to historia bardzo ciekawa i nikt, nawet dziadek nie był w stanie wyjaśnić, dlaczego brat jego ojca nosił nazwisko Pałkiewicz, a ojciej Pełka. Babcia natomiast w dokumentach wpisane ma Pełczyńska. W związku z tym bardzo cieszył się, kiedy zacząłem spisywać wszystkie dane naszej rodziny i ułożyłem to, co udało mi się zebrać w drzewo genealogiczne, które zaprezentowałem podczas jego 85 urodzin.
Dziadek, kiedy do niego przychodziliśmy wyciągał zdjęcia, dokumenty, stare zapiski i opowiadał o tym, jak wyglądało jego życie przed wojną, podczas wojny, jak ojciec Wawrzyniec wyjeżdał na front, wracał i ni mniej ni więcej tylko robił dzieci, a potem znów znikał. Z tej też przyczyny dziadek miał 4 rodzeństwa sam będąc drugim od końca dzieckiem w chronologii urodzeń, pamiętał głównie swoją macochę Anielę, z sentymentem opowiadał o tym, jak za młodu mieszkał w Kobyłce i jak jego najmłodszy syn, czyli Twoj dziadek Heniek spadł z grzebietu swojej najstarszego brata wbijając sobie w czoło kawałek butelki, przez musiał zacząć nosić okulary.
Dziadek Zdzisiek żył w mieszkaniu na ulicy Topiel. Mieszkaniu, które dla mnie zawsze kojarzyć się będzie z zapachem zupy grzybowej z kluskami, jaką to zupę gotowała babcia Danusia zawsze na Święta i dzieliła hojnie wszystkich biesiadników. Do tego były grzyby suszone zasmażane w bułce tartej i kompot z suszu. O ile kompotu wypić nie byłem w stanie, o tyle grzybami zajadałem się po brzegi. Bo trzeba Ci wiedzieć, że Dziadek Zdzisiek to był zapalony grzybiarz. Potrafił godzinami chodzić po lesie i szukać odpowiednich kapeluszy, które godne były ust rodziny Pełków. Jego zbiory były dorodne, duże i smakowały nieziemsko szczególnie w nadmienionej już formie zasmażanej w bułce ale także marynowane w occie. Choć przyznam, że ja lubie trochę bardziej ostre, więcej octu, a dziś dodałbym nawet odrobinę chili, to tamten smak wspominam z dużym sentymentem. Dziadek z resztą w lodówce miał tyle skarbów z pod szyldu "sam znalazłem, sam zrobiłem", że każda wizyta kończyła się relatywnie poważnym obżarstwem smakołykami typu dżem, pomidory, wino lub inkryminowane grzyby.
Dziadek był komunistą, ale nie z przekonania. Miał legitymację partyjną i chwalił mi się, że wziął ją tylko dlatego, że gdyby nie wziął, to w zakładzie energetycznym nie osiągnąłby wiele, jego synowie nie mieliby gdzie mieszkać, a Heniek nie dostałby się na studia wyższe. Kiedyś zapytałem go o to, czy przechodząc przez to wszystko w taki a nie inny sposób czuje się patriotą. A on mi na to odparł, że żył w takiej Polsce jakiej przyszło mu żyć, a fakt że dziś zadaje mu to pytanie jest najepszym dowodem na to, iż zadbał o kolejne pokolenia w taki sposób, że ta rozmowa w ogóle ma miejsce. To, że nie brał udziału w Powstaniu Warszawskim, mimo iż mieszkał blisko, to że był w partii i czerpał z tego powodu korzyści materialne to wszystko, jak powiedział, nie było godne medali, ale podczas wojny dbał o to, żeby matka i młodszy brat mieli co jeść i żeby przeżyli, potem starał się, aby synowie wyrośli na porządnych chłopaków. Wszystko po to, żeby dziś móc żyć tak jak żyjemy, żeby iść do przodu. Czy to można nazwać patriotyzmem? W skali mikro pewnie tak, w skali makro - to chyba trzeba by połączyć bardzo dużo takich mikropatriotyzmów, żeby się uzbierało coś zacnego, ale na swój sposób Dziadek dbając o swoją rodzinę zabezpieczał przetrwanie całego społeczeństwa. Tak mi to wytłumaczył, a ponieważ jestem dziś tym kim jestem, a Ty Karolku jesteś tym kim jesteś, nawet nie chcę kwestionować podejścia Dziadka, bo dużo wody będzie musiało upłynąćw w Wiśle, zanim nabiorę tyle mądrości życiowej co on. Szczególnie, że kilka tygodni po 90 urodzinach, Dziadka zabrakło. Ostatni raz widziałem go w szpitalu po wylewie, kiedy leżał na łóżku i patrzył się na wszystko to, co go otaczało w sposób jaki dziecko patrzy zaraz przebudzieniu. Usiadłem obok niego i chciałem powiedzieć coś normalnego, ale w takich sytuacjach w zasadzie nie wiele przechodzi przez gardło. Dziadek leżał w białej pościeli o zapachu szpitala, złapałem go za rękę a on minimalnie uśmiechnął się do mnie i jakby chciał powiedzieć "Sie masz!". Kiwnąłem tylko głową i nic nie powiedziałem. Poznał mnie, mam nadzieję i wiedział, że przyszedłem go odwiedzić. Myślałem nawet, żeby przynieść mu Ciebie i pokazać jak urosłeś, ale nie wpuszczono by nas razem na oddział.
Mam wrażenie, że ten człowiek nie do zdarcia, bo do 90 roku nie chorował właściwie na nic, chciał się z nami pożegnać w dniu swoich 90 urodzin, zaprosić całą rodzinę i jak tatuaż na stałe wbić się w nasze umysły jako człowiek witalny, uśmiechnięty i pogodny. Takiego go z resztą będę pamiętał i chciałbym, żebyś wiedział że geny jakie nam przekazał są dobre, radosne, życiowo uczciwe i co ważne bardzo długotrwałe.
Kiedy ostatni raz byliśmy u niego w domu z wizytą przekazał Ci Karolku prezent, który obiecałem oddać Tobie na 18 urodziny. Kiedy będziemy Ci go dawać, opowiem Ci o Dziadku Pełce jeszcze raz. Ale to za paręnaście lat.
WIDZENIE INNYCH DZIECI
Wiesz Karolku, że od kiedy jesteś z nami zupełnie inaczej patrzę na inne dzieci. Trochę podglądam innych rodziców, trochę wyobrażam sobie Twoje zachowanie w wieku dzieciaków, które podpatruje i niekiedy uśmiecham się tylko, czasem odwracam wzrok i zaczynam myśleć co w tej właśnie chwili robisz a czasem rozczulam się i łza mi się kręci w oku.
Patrzenie na innych uświadamia także, że wraz z tą grupą dorastających brzdąców za kilkadziesiąt lat będziecie tworzyć podstawę społeczeństwa, taką zdrową tkankę i będziecie rdzeniem, solą ziemi. Teraz mając ziemię za pazurkami pełzacie po podłogach, trawnikach i kocykach nie zdając sobie sprawy jak ważni jesteście. Nie tylko dla swoich rodziców, bo o tym mówimy wam codziennie i dajemy to odczuć od rana do wieczora, ale jak ważni jesteście dla wszystkich. Jaką rolę odegracie potem, niezależnie od tego kim będziecie. Bo życie jest bardzo zaskakujące i losy różnych ludzi plotą się tak zaskakująco, iż może się okazać, że jutro będziesz raczkował obok przyszłego prezydenta, albo dyrektora szkoły, do której będą uczęszczać Twoje dzieci. A może patrząc na chłopczyka, który w Ikei wymuszał na swojej mamie zakup maskotki spotkałem Twojego najlepszego kumpla ze szkoły? Być może także dziewczynka, która w sklepie obok naszego domu uśmiechnęła się do mnie bezzębnie będzie tą, której skradniesz pierwszy pocałunek?
Kiedyś, jak chodziłem do szkoły muzycznej i na przerwach między zajęciami zajmowałem się wszystkim, aby tylko nie myśleć o półnutach i pauzach, spotkałem na korytarzu dziewczynkę, która wydała mi się bardzo znajoma. Chodziliśmy razem na jedne zajęcia i widziałem, że ona też mi się przygląda. Moja wrodzona nieśmiałość do płci przeciwnej nie pozwoliła mi się odważyć na zagadanie, ale okazało się, iż ona ma tej odwagi dużo więcej i któregoś razu podeszła do mnie i powiedziała, że mnie zna i że nawet ma moje zdjęcie u siebie w domu. Gdybym był starszy to mogłoby być niebezpieczne, ale ponieważ miałem dopiero 11 lat zaryzykowałem pytanie
- skąd masz moje zdjęcie? – nie pamiętam jak miała na imię ta dziewczynka, ale wiem, że miała warkocze.
- z imprezy – odpowiedziała, a ja znów przypomniałem sobie, że mam lat 11 i na imprezy nie chodzę.
- z imprezy? – parafrazowanie jest silnym narzędziem. Niby coś mówię, niby konwersacja posuwa się do przodu, a mimo wszystko stoję w miejscu i czekam na otwarcie w taki sposób, aby móc się wybronić bez szwanku.
- z imprezy z Mikołajem, trzymasz mnie za rękę a w drugiej torbę z cukierkami – odpowiedziała ona i zacząłem sobie przypominać, że też mam takie zdjęcie. Czarno-białe więc nie mogłem zobaczyć, że dziewczynka jest ruda.
- Też mam takie zdjęcie – riposta godna Casanovy, ale powiedzmy sobie szczerze w tym wieku to nie ma aż takiego znaczenia.
I rozmowa się rozmyła, bo chodziło w niej tylko o to, żeby potwierdzić tożsamość nieznajomego na zdjęciu, ale sens tej przytoczonej opowieści jest taki, iż ludzi spotkanych raz w życiu możemy napotkać w najmniej oczekiwanym momencie. Od samych narodzin aż do końca. Dlatego jak będziesz sypał w oczy piaskiem małego chłopczyka w czerwonej czapeczce miej świadomość, że może Ci to wytknąć za kilkanaście lat w postaci bardzo różnej.
piątek, 25 maja 2012
CAŁY ROK W KRÓTKICH SŁOWACH.
Wiesz, kiedyś chciałem
stworzyć w prezencie Mamy kalendarz ze zdjęciami z prywatnych zbiorów, ale
zanim go zrobiłem (to znaczy zacząłem go robić, bo dotąd go jeszcze nie
skończyłem) opisałem wszystkie miesiące w sposób, w jaki spontanicznie
chciałbym je widzieć. Chciałbym je Tobie podarować, zaczynając od października,
czyli miesiąca w którym pierwszy raz Ciebie zobaczyłem. Może kiedyś zobaczysz
to w ten sam sposób?
Październik
Jesień wdziera się
bezlitośnie pod płaszcze wilgotnym przeciągiem i stara się skryć na trawnikach opadające
żółcią goryczy liście, pozostawiając bezbronnie nagie drzewa, których ramiona
odarte z szumu w milczeniu czekają na okrycie się wodnym rękawem.
Listopad
Intensywny zapach
herbaty z bergamotką w połączeniu z eterycznym miodem oraz pobudzającym imbirem
kontrastuje z ferią odcieni szarości po drugiej stronie szyby. Krople
odmierzają uciekające sekundy do czasu, kiedy grafitowość zacznie blaknąć i
nabierze charakteru białości.
Grudzień
Puch ląduje miękko na
Twoich włosach, zastanawiając się, czy czas między końcem spadania a topnieniem
będzie wystarczająco długi, aby nacieszyć się swoją unikalnością, której nikt
nie zauważa. Myślisz o prezentach, a ciepło zbliźającego się czasu rozgrzewa
Cię od środka promieniując na ukryte w kieszeniach ręce.
Styczeń
Śnieg otula ciszę
białym szalem. Z okna widzisz coraz mniej niebieskie, od wstającego słońca,
niebo, wchodzisz w biel poranka i napełniasz płuca orzeźwiającym zapachem mrozu.
Luty
Tęsknota za wiosną
miesza się z radością odczuwania zimy, policzki cały czas pieką od
krystalicznego powietrza, myśli wędrują tam, gdzie wyczuwa się deliktanie
jodłową poświatę w nucie serca atmosfery otoczenia.
Marzec.
Ciepło przychodzi tak samo
niespodziewanie, jak truchliwie chowa się w poszewce odchodzącej zimy. Możesz
szerzej rozpostrzec ramiona, przyswoić więcej tlenu i pić nadchodzącą wiosnę
duszkiem.
Kwiecień
Pierwszy ciepły dzień
spędzasz na wilgotnej jeszcze od deszczu łące, słońce bawi się refleksami
Twoich włosów, jakby miały naturę pryzmatu, czujesz promienie, które uwalniają
Cię od tego, co tu i pokazują Ci to, co jest tam.
Maj
Pachnie ciepłym
deszczem wysychającym na chodniku, po którym dzieci uciekły do domu, aby nie
zmokły im pierwszy raz w tym roku założone krótkie spodenki. Na asfalcie
pozostają mokre ślady małych butów prowadzące do klatki, w której maluchy
skryły się przed burzą.
Czerwiec
Perspektywa wakacji
jest złośliwie rozciągnięta w czasie. Zauważasz paradoksalną niebieskość wody w
czajniku, niedorzeczną zieleń roślin doniczkowych i abstrakcyjną kremowość
zawartości piaskownicy. Wszystko to przywołuje obrazy, za którymi tęsknota
staje się coraz bardziej nie do zniesienia.
Lipiec.
Jesteś u siebie, czyli
jedziesz w nieznane. Ludzie, zapachy, smaki, wrażenia, kolory, kontrasty,
słowa, poranki, zmierzchy, uśmiechy i ścieżki, które nigdy się nie kończą.
Sierpień
Jeszcze nie chcesz
wracać, jeszcze chcesz chłonąć to, co przepełniając ciało i uwalniając umysł
daje Ci siłę, aby cały czas przyspieszać, nawet wtedy, kiedy droga staje się
kręta i uporczywie zwiększa kąt nachylenia.
Wrzesień
Fragmenty wspomnień
cały czas żyją w synapsach i aktywują dość niespodziewanie ośrodki
odpowiedzialne za odczuwanie. Nagle słyszysz podźwięki ulicy, czujesz posmaki
przypraw i widzisz poświatę miasta z okna lądującego samolotu. Spełnienie
wysuszane jest kolejnym pragnieniem.
czwartek, 24 maja 2012
KULINARIA II
To jest temat, które mnie fascynuje i mam
nadzieję, że tak samo będzie z Tobą, jak dorośniesz na tyle, aby dany Ci do
ręki nóż kuchenny naostrzony dopiero co nie posłużył do pozbawienia Zakładu
Ubezpieczeń Społecznych dość dobrego i regularnego płatnika w postaci Twojego
Taty. Odkryłem niedawno, że mając 7 miesięcy zaczynasz rozróżniać smaki na
tyle, że możesz dać znać, iż coś Ci smakuje a coś nie.
Do myślenia zmusiło mnie pewne niedzielne
popołudnie, kiedy to siedząc w domu doszliśmy we trójkę do wniosku, iż czas
Ciebie nakarmić. Do tego celu otworzyłem bardzo drobno zmiażdżoną marchewkę w
słoiczku, i tak jak mam w zwyczaju, sprawdziłem najpierw własnym językiem, czy
aby nie jest za mdłe i doszedłem do wniosku, że gotowe dania dziecięce z grupy warzyw
są tak bezpłciowe i nijakie, że nie zdziwiłbym się, gdybyś nie chciał tego
tknąć. Naiwnie wierząc, iż mój syn zachowa się inaczej, niżby podpowiadała
intuicja starego kuchennego wyjadacza (to naprawdę trafne określenie)
podstawiłem Ci pierwszą łyżkę masy marchewkowej pod usta i zachęciłem szerokim „aaaaaa”
do otwarcia jamochłonu i spróbowania przysmaku, rodem z krainy Amiszów. Pierwszą
porcję zawsze jesz, żeby sprawdzić, czym chcą Cię napakować. W tym przypadku
Twoja cierpliwość się skończyła po pierwszej łyżeczce, i nie chcąc robić
awantury w sumie o taki drobiazg zacisnąłeś wargi i nie dałeś sobie wcisnąć ani
jednej łyżki więcej. Trochę byłem w kropce, bo jeść trzeba, a ja ochoty na
tartą marchewkę nie miałem. Uznałem, iż pokazanie Ci jak się je będzie miało
zbawienny, w dodatku edukacyjny efekt i rzucisz się na jedzenie pouczony w ten
sposób jak Pan Michał Wołodyjowski na małą grupkę Tatarów, którzy nagle
pojawili się pod Chreptiowem.
Jakie było moje zdziwienie, kiedy nie rzuciłeś się
na karotkę w stanie płynnym, tylko na zachęcacz w postaci mojego prywatnego
dania, którym była tradycyjna potrawa indyjska z kurczakiem, czyli Tikka Butter
Masala. Na szczęście nie była ostra tak jak lubię, za to miała wyraźny,
kwaśnawy smak (od pomidorów i jakiegoś rodzaju octu), pachniała kuchnią w
Bangalore (to dzieki kminowi rzymskiemu oraz czarnuszce) i wyglądała trochę jak
Twoje danie z marchewki. Oczy zrobiły Ci się wielkie i szaleńcze, ślinianki,
jakby połączone magicznym kabelkiem z radarem wykrywającym ciekawe smaki, dały
znać o sobie w postaci cienkiej strużki, która ukazała się w kąciku ust. Wyciągnąłeś
swoje małe łapki w stronę moje łyżeczki i bezdźwięcznie powiedziałeś „podziel się
Tato…”
Słaby jestem i ulegam, więc i Tobie synu
uległem. Podałem byłem Ci do ust to, czego podawać nie powinienem byłem. Smakowało
Ci pierwszo klaśnie, a że było tam dużo soli i innych rozwesela czy, zdecydowałem,
że urozmaicę Cię Twój klasyczny słoiczek od lat 4 dwiema łyżkami sosu z okolic
Taj Mahal i nie wiele myśląc zmieszałem dwa specjały ze sobą w proporcji 1 do 5
na korzyść pomarańczowego przysmaku przeciśniętego przez blender z wizerunkiem
bobasa na opakowaniu. Taka mikstura pasowała Ci jak ulał (nomen omen – miało to
miejsce zaraz po jedzeniu skutkując ubrudzeniem śliniaczka oraz obydwu nogawek
świeżo wypranych spodni Taty). Niech mi teraz ktoś powie, że 7 miesięczne
dzieci nie mają gustu smakowego. Niech ktoś zobaczy jak nasz syn reaguje na
bezpłciową zupkę ze słoiczka a potem porówna to z reakcją na potrawę, która ma
w sobie odrobinę, szczyptę dosłownie soli oraz 5 kropel soku z cytryny. Różnica
jest kolosalna i dumny jestem z Ciebie Karolku, że mając dopiero tyle lat, już wpisujesz się w treść motto, które wisi na drzwiach wejściowych do domu rodzinnego. Mówi ono – Życie
jest zbyt krótkie, by pić kiepskie wino. Rośnij smacznie, mój mały początkujący
hedonisto!.
SPANIE NA BALKONIE
W mieszkaniu, w którym wraz z odejściem wód
mamy zacząłeś wychodzić na dobre na świat są dwa balkony. Jeden, większy,
wychodzi na ruchliwą ulice, po której tramwaje jeżdżą tak głośno, spanie w lato
przy otwartym oknie to zadanie trudniejsze niż naprawianie Tupolewa w wytartym łożyskiem
tocznym w tylnym silniku. Drugo balkon jednak, do którego przedostać się można
przez naszą sypialnię, jest cichy, spokojny i co najważniejsze zabudowany.
Ponieważ jesteś dzieckiem jesiennym, jak łatwo policzyć mając trzy miesiące
zahaczałeś swoim niecnym wzrostem o grudzień, a ponieważ mama wyczuła, iż
dobrze śpi się Tobie na świeżym powietrzu, mimo pory oraz mrozu lądowałeś
prawie co dzień na balkonie. Czy padał śnieg, czy nie, czy było -15 czy -5
Twoja poranna drzemka wiązała się z opatuleniem Ciebie w 4-5 warstw ubrań
ciepłych i wełnianych, zawinięciem Ciebie w kocyki i pledziki a potem
wystawienie w gondoli od wózka na balkon i szybkie ucieknięcie stamtąd z racji
przymarzania nóg do posadzki. Potrafiłeś w takim przyjemnym chłodzie spać nawet
4 godziny a mama wtedy miała chwilę czasu na wymycie się, ogarnięcie, zrobienie
sobie czegoś do jedzenia i paru innych czynności, które zazwyczaj robiła przy
okazji a teraz musi planować to z wyprzedzeniem co najmniej 4 godzinnym. Czasem
jak wychodziłem po Ciebie na balkon i widziałem jak budzisz się z mroźnego snu
zastanawiałem się, czy przypadkiem nie jest Ci za zimno, czy nie robimy Ci
krzywdy i czy fakt, że potrafisz zasnąć na 4 godziny nie jest powiązany bądź co
bądź z lekkim stanem hibernacji. Jednak zawsze jak odgacałem Cię z wszystkiego,
w co byłeś zawinięty upewniałem się, że wszystko jest ok i sam fakt ciepłego
nosa i lekko spoconej szyjki mówi za siebie. No i Twój uśmiech, który
potwierdzał wysoka formę i brak przeciwwskazań do ponownego położenia Ciebie na
balkon.
niedziela, 22 kwietnia 2012
KULINARIA I UCZENIE TATY KIM JEST
Chyba będziesz żarłokiem. Można się oczywiście tego spodziewać, bo rodzice od jedzenia nie stronią, wręcz przeciwnie dobrze zjeść lubią, a szczególnie jak jest smaczne.
Kiedy mama już się nauczyła dokładnie jaki masz rytm jedzeniowy, kiedy system karmieniowy ustalił się tak, iż nie stanowił dla nas już wiedzy tajemnej, zacząłem się zastanawiać jak to jest, że przez pierwsze miesiące jesz tylko samo mleko, rośniesz jak na drożdżach i głodny nie chodzisz. Biorąc siebie jako tzw wyznacznik, to po dwóch tygodniach dostałbym świra pijąc ciągle płyny, o konsystencji takiej, że nawet kupę robiłeś co tydzień. W końcu jak mogą malutkie jelitka wyssać z mleka coś poza odrobiną śmietanki i w jaki sposób tworzą twoje malutkie wnętrzności masę stałą, wypychaną drugim końcem układu pokarmowego. Dlatego urozmaicałem Ci smaki (bo skoro rosłeś na mleku, uznałem, że na naleśniki czy jajecznicę możesz spokojnie, bez szkody dla Ciebie samego, jeszcze zaczekać) podrzucając a to kawałek cytryny, a to banana, a to jabłuszko. Nie chodziło o to, żeby Ciebie nakarmić, ale o to, żeby dać kubeczkom coś na odmianę niż tylko mamowe mleczko.
Pierwszą pizzę zjadłeś jak miałeś 6 miesięcy i stało się to na Brooklynie w Nowym Jorku. Restauracja nosiła nazwę Spumani's i była off-turystyczną, ale bardzo popularną wśród lokalnych smakoszy, destynacją na lunche i kolacyjki.
Fantastycznie było obserwować, jak wbijasz swoje wtedy już dwa dolne zęby w miękkie ciasto i starasz się ugryźć. Oczywiście buźkę masz za małą, oczywiście o ugryzieniu nie ma mowy, ale smak w mordce pozostaje. Pierwsze chińskie też jadłeś w nowym Jorku.
Masz szczęście, którego ja nie miałem, kiedy byłem takim bąblem, jak Ty. Jeżeli różnorodność smaków rozwija korę mózgową, tak jak twierdzą naukowcy, to w dzisiejszych czasach jest tak wiele potraw, w których się można zakochać, które otwierają całe światy wyobraźni organoleptycznej, że aż mi się oczy śmieją, że będziesz mógł tego wszystkiego doświadczyć i skorzystać. Kiedy ja byłem mały dostępność pobudzaczy smakowych była tak ograniczona, że dzieci musiały być zamknięte w ograniczonym kręgu zapachów i kiedy pojawił się banan jako egzotyczny owoc, czy mandarynka raz na rok, to nawet dobrze nie mógł mój umysł tego zanalizować. A teraz banan jest czasem tańszy od jabłka, a rarytasy takie jak mango (którego jesteś z resztą fanem), melon, granat, cytryna, pomarańcza, papaja, ananas etc są dostępne od ręki i wszystko to może być twoje na skinięcie paluszka. Przez to można otwierać kolejne kanały komunikacji między językiem a mózgiem i kodować, katalogować oraz ukrywać w podświadomości kolejne kody kulinarne. A potem, kiedy będziesz dorosły, może zaowocuje to poczuciem takiego błogiego komfortu, który wziął się nie wiadomo skąd, podczas wgryzania się w słodkie, dojrzałe jabłko, albo wyczuwaniu owoców bergamotki w dobrze schłodzonym Chardonnay.
Patrzę na Ciebie i właściwie jest to dla mnie najlepszy sposób na wyobrażenie sobie siebie, kiedy byłem w Twoim wieku. Szczególnie, że jesteśmy do siebie trochę podobni.
Tak samo mogłem się śmiać, tak samo patrzeć na innych, tak samo przewracać się z brzuszka na plecy i tak samo płakać. Ponieważ nie pamiętam z tamtych czasów absolutnie nic, teraz odkrywam to wszystko na nowo. Uczę się siebie poprzez to, jak Ty się zachowujesz. Może właśnie tak to jest, że nie pamiętamy jacy byliśmy po to, żeby odkrywać w swoich dzieciach siebie. I to jest ten moment, kiedy facet po raz pierwszy uświadamia sobie, że patrzy na dziecko nie pod kątem - w którym aspekcie mój syn jest taki jak ja, tylko patrzy na niego i widzi gdzie on sam był taki, jak teraz jest jego syn. To ważne, bo jesteś taką kruszynką, takim małym robakiem, a już mogę się od Ciebie czegoś nauczyć. Okazuje się, że paradoksalnie szybciej Ja się uczę od Ciebie, niż Ty ode mnie. I to jest kolejne zaskoczenie w byciu tatą.
Kiedy mama już się nauczyła dokładnie jaki masz rytm jedzeniowy, kiedy system karmieniowy ustalił się tak, iż nie stanowił dla nas już wiedzy tajemnej, zacząłem się zastanawiać jak to jest, że przez pierwsze miesiące jesz tylko samo mleko, rośniesz jak na drożdżach i głodny nie chodzisz. Biorąc siebie jako tzw wyznacznik, to po dwóch tygodniach dostałbym świra pijąc ciągle płyny, o konsystencji takiej, że nawet kupę robiłeś co tydzień. W końcu jak mogą malutkie jelitka wyssać z mleka coś poza odrobiną śmietanki i w jaki sposób tworzą twoje malutkie wnętrzności masę stałą, wypychaną drugim końcem układu pokarmowego. Dlatego urozmaicałem Ci smaki (bo skoro rosłeś na mleku, uznałem, że na naleśniki czy jajecznicę możesz spokojnie, bez szkody dla Ciebie samego, jeszcze zaczekać) podrzucając a to kawałek cytryny, a to banana, a to jabłuszko. Nie chodziło o to, żeby Ciebie nakarmić, ale o to, żeby dać kubeczkom coś na odmianę niż tylko mamowe mleczko.
Pierwszą pizzę zjadłeś jak miałeś 6 miesięcy i stało się to na Brooklynie w Nowym Jorku. Restauracja nosiła nazwę Spumani's i była off-turystyczną, ale bardzo popularną wśród lokalnych smakoszy, destynacją na lunche i kolacyjki.
Fantastycznie było obserwować, jak wbijasz swoje wtedy już dwa dolne zęby w miękkie ciasto i starasz się ugryźć. Oczywiście buźkę masz za małą, oczywiście o ugryzieniu nie ma mowy, ale smak w mordce pozostaje. Pierwsze chińskie też jadłeś w nowym Jorku.
Masz szczęście, którego ja nie miałem, kiedy byłem takim bąblem, jak Ty. Jeżeli różnorodność smaków rozwija korę mózgową, tak jak twierdzą naukowcy, to w dzisiejszych czasach jest tak wiele potraw, w których się można zakochać, które otwierają całe światy wyobraźni organoleptycznej, że aż mi się oczy śmieją, że będziesz mógł tego wszystkiego doświadczyć i skorzystać. Kiedy ja byłem mały dostępność pobudzaczy smakowych była tak ograniczona, że dzieci musiały być zamknięte w ograniczonym kręgu zapachów i kiedy pojawił się banan jako egzotyczny owoc, czy mandarynka raz na rok, to nawet dobrze nie mógł mój umysł tego zanalizować. A teraz banan jest czasem tańszy od jabłka, a rarytasy takie jak mango (którego jesteś z resztą fanem), melon, granat, cytryna, pomarańcza, papaja, ananas etc są dostępne od ręki i wszystko to może być twoje na skinięcie paluszka. Przez to można otwierać kolejne kanały komunikacji między językiem a mózgiem i kodować, katalogować oraz ukrywać w podświadomości kolejne kody kulinarne. A potem, kiedy będziesz dorosły, może zaowocuje to poczuciem takiego błogiego komfortu, który wziął się nie wiadomo skąd, podczas wgryzania się w słodkie, dojrzałe jabłko, albo wyczuwaniu owoców bergamotki w dobrze schłodzonym Chardonnay.
Patrzę na Ciebie i właściwie jest to dla mnie najlepszy sposób na wyobrażenie sobie siebie, kiedy byłem w Twoim wieku. Szczególnie, że jesteśmy do siebie trochę podobni.
Tak samo mogłem się śmiać, tak samo patrzeć na innych, tak samo przewracać się z brzuszka na plecy i tak samo płakać. Ponieważ nie pamiętam z tamtych czasów absolutnie nic, teraz odkrywam to wszystko na nowo. Uczę się siebie poprzez to, jak Ty się zachowujesz. Może właśnie tak to jest, że nie pamiętamy jacy byliśmy po to, żeby odkrywać w swoich dzieciach siebie. I to jest ten moment, kiedy facet po raz pierwszy uświadamia sobie, że patrzy na dziecko nie pod kątem - w którym aspekcie mój syn jest taki jak ja, tylko patrzy na niego i widzi gdzie on sam był taki, jak teraz jest jego syn. To ważne, bo jesteś taką kruszynką, takim małym robakiem, a już mogę się od Ciebie czegoś nauczyć. Okazuje się, że paradoksalnie szybciej Ja się uczę od Ciebie, niż Ty ode mnie. I to jest kolejne zaskoczenie w byciu tatą.
ODKRYWANIE SIEBIE
Wiesz jak fantastycznym zajęciem było patrzenie jak odkrywasz siebie samego i powoli, bo tak Cię stworzyła natura, dochodziłeś do tego, że coś możesz? Poranne rytuały, polegające na kładzeniu Cię na matę edukacyjną na początku były tylko sposobem na to, żeby zająć Cię trochę czymś co nie wymagało trzymania Cię na rękach. Potem, kiedy zacząłeś powoli dochodzić do tego, że masz także brzuszek i nauczyłeś się na niego przewracać, zacząłem obserwować Ciebie pod kątem Twojego postępujacego rozwoju i tego, jak postęp ten zaskakiwał samego Ciebie. Pierwsze przekręcenie się na brzuch było nawet przerażające, bo tyle wysiłku włożonego w przełożenie nogi za siebie dało efekt w przydziobaniu w podłogę. Ale jako silny chłop, nie zapłakałeś, tylko zrobiłeś wielkie oczy, jak to w ogóle możliwe, że świat nie jest już do góry nogami. Potem przekręcanie nie było już takie straszne, a jak około 6 miesiąca zacząłeś stosować przekręcanie się z brzucha na plecy i odwrotnie jako narzędzie zabawy, potwierdziła się moja tajemna teoria, iż sześciomiesięczniaki to bardzo inteligentne osobniki, tylko że ciężko im jeszcze o tym wszystkim opowiedzieć.
Pamiętam, że smoczek dostałeś dopiero w drugim miesiącu życia, bo postanowiliśmy z mamą, że im później zaczniesz ssać tego oszukańca, tym lepiej. Uspokojenie Ciebie ze stanu pobudzenia nerwowego polegało wtedy na przytuleniu Ciebie mocno do siebie, a potem na piłce do pilates wykonaniu 100-200 skoków o różnej wysokości. Chyba się bałeś wtedy, bo za każdym razem kurczyłeś rączki, ale sposób ten było niezawodny. Nawet potrafiłeś zasnąć w ten sposób. To był taki nasz męski sposób na to, aby być ze sobą i silnie wejść w interakcję.
Faceci tacy są. Chcą widzieć od razu wyniki, żeby to co robią przyniosło efekt natychmiast. A Ty mnie uczyłeś cierpliwości, systematyczności i tego, że na efekt trzeba będzie poczekać. Bo z dzieciakami to jest długa, żmudna praca i rezultaty widzą wszyscy inni, ale nie sam rodzic. Ponieważ każde dziecko, i przez to Ty też, zmieniasz się codziennie o taką małą troszkę, to zmiany te są przez nas przeoczane. Dopiero jak się trochę zbierze dni, przyjdzie Babcia albo Prababcia i zwróci uwagę, na coś, czego nie widzimy, zdajemy sobie sprawę, że nasza codzienna praca nie poszła na marne. Że coraz bardziej stajesz się dzieciakiem, a nie niemowlakiem.
Pamiętam, że smoczek dostałeś dopiero w drugim miesiącu życia, bo postanowiliśmy z mamą, że im później zaczniesz ssać tego oszukańca, tym lepiej. Uspokojenie Ciebie ze stanu pobudzenia nerwowego polegało wtedy na przytuleniu Ciebie mocno do siebie, a potem na piłce do pilates wykonaniu 100-200 skoków o różnej wysokości. Chyba się bałeś wtedy, bo za każdym razem kurczyłeś rączki, ale sposób ten było niezawodny. Nawet potrafiłeś zasnąć w ten sposób. To był taki nasz męski sposób na to, aby być ze sobą i silnie wejść w interakcję.
Faceci tacy są. Chcą widzieć od razu wyniki, żeby to co robią przyniosło efekt natychmiast. A Ty mnie uczyłeś cierpliwości, systematyczności i tego, że na efekt trzeba będzie poczekać. Bo z dzieciakami to jest długa, żmudna praca i rezultaty widzą wszyscy inni, ale nie sam rodzic. Ponieważ każde dziecko, i przez to Ty też, zmieniasz się codziennie o taką małą troszkę, to zmiany te są przez nas przeoczane. Dopiero jak się trochę zbierze dni, przyjdzie Babcia albo Prababcia i zwróci uwagę, na coś, czego nie widzimy, zdajemy sobie sprawę, że nasza codzienna praca nie poszła na marne. Że coraz bardziej stajesz się dzieciakiem, a nie niemowlakiem.
wtorek, 21 lutego 2012
TAK WYGLĄDAŁEŚ W LUTYM
Choć blog ten miał być czysto tekstowy, nie łatwo będzie mi potem opisać tak dokładnie jak robią to zdjęcia, jak Karol wyglądałeś. Dlatego seria obrazków z Tobą, mój synku.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
PIERWSZY SPACER
Drugą tygodnicę Twoich urodzin spędziliśmy na
spacerze. Odważnie, choć kosztowało nas to bardzo wiele nerwów. Mama czuła się dobrze,
bóle jakie miała były mniej odczuwalne, laktacja, która na początku stanowiła
problem ustaliła się na takim poziomie, że przestała być tematem do
zastanawiania się. Tu muszę się zatrzymać na chwilę i znów, wybacz mi tę
wstawkę, się trochę powymądrzać na temat roli taty w podnoszeniu mamy na duchu.
Mamy, choć Twoja mama w gruncie rzeczy na szczęście bardzo łagodnie, przechodzą
wahania nastrojów po urodzeniu. Że nie dadzą sobie rady, że nie leci mleko, że
dziecko płacze bez powodu, że nie chce spać, że pewnie go coś boli, że ma
kolkę, że pępuszek nie odpada, że zrobił kupę, że nie zrobił kupy, że kupa jest
zielonkawa, że jest za żółta itp itd. Facet wtedy, a kiedyś takim facetem
będziesz, musi się tak dostosować do sytuacji, jak taki rybowąż, żeby ani nie
dać poczucia, że bagatelizuje te problemy, ale mimo wszystko pokazać, że nie są
one elementem, który powinien spędzać sen z oczu.
Dlatego jak najczęściej używać powinien
przymiotników wartościujących rzeczywistość
pozytywnie, lub, pewnie bardziej wiarygodnie,
neutralnie (bo wtedy wiadomo, że się tata wczuł, wie o czym mówi etc).
Przykłady takich konstatacji mogą krążyć wokół zdań jak te tu:
- Kupa wygląda zupełnie normalnie (niezależnie od tego, czy wiemy, jaka jest normalna kupa
dziecka)
- widać, że się całkiem dobrze najadł.
- nieźle
sobie radzi.
- na szkole rodzenia mówili, że to naturalny objaw.
To nie jest oszukiwanie mamy, bo zaraz powiesz,
że mówiłem tak, bo chciałem mieć spokój. Nie. Ja wiedziałem, że wszystko będzie
dobrze, wierzyłem, że natura jest mądra i jak będzie coś rzeczywiście nie tak,
to będę to natychmiast czuł. Nie zawiodłem się na niej, a Twoja mama spokojnie,
ufnie patrzyła na mnie i mówiła:
- tak, tak mówili?
- pewnie, zobacz jakie ma śmieszne paluszki…. –
i oglądaliśmy Ciebie codziennie z nową, dziecinną radością.
Wracając jednak do spaceru. Dobrze Ci szło
mieszkanie z nami, więc uznaliśmy, że czas pokazać Ci świat. Zaczęliśmy od
starego miasta. Taki krótki spacerek, bo to połowa października, dzień co
prawda ciepły i słoneczny, ale jakby nie patrzeć jesień już zaglądała przez
okna. Spałeś sobie cały czas zawinięty jak tajemny prezent od Świętego Mikołaja
na górnej półce szafy w przedpokoju. To był Twój pierwszy kontakt z kolumna Zygmunta,
Zamkiem Królewskim, kawałkiem Krakowskiego Przedmieścia, potem rynkiem starego
miasta aż do Freta. Ważyłeś może 3,5 kilo + nosidełko około 3 kilo, czyli jak
dobry indyk. I tak dumnie chodziłem z Tobą, jakbym wszystkim chciał powiedzieć:
- ale mam super dziecko, dopiero ma 2 tygodnie,
niedawno się urodził. Ma na imię Karol. Ma niebieskie oczy i jeszcze zupełnie
nie wie co się dzieje, a powoduje w tacie tak dużo uczuć, wytwarza tak wiele
miłości, że najchętniej wszystkim o tym chciałbym powiedzieć głośno i radośnie.
Ubieranie Ciebie, zakładanie czapeczki,
malutkich skarpetek to wszystko było tak nowe i miałem radość w tym wszystkim
brać udział. Obserwować jak się poddajesz w swojej nieświadomej ufności temu,
że wszystko co robimy dla Ciebie jest w dobrej wierze.
Pierwszy spacer udał się nadzwyczaj. I od tego
czasu tak polubiłeś świeże powietrze, że za każdym razem narkotycznie
zasypiałeś w objęciach mroźnej rzeczywistości na balkonie, nawet jeżeli na
zewnątrz było -15°C. Ale o tym
jeszcze przyjdzie czas opowiedzieć.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
PIERWSZE DWA TYGODNIE
Pierwsze dwa tygodnie rozpędzały się powoli. Na
początku budziłeś się w nocy co dwie godziny, potem zdarzało Ci się, że
przespałeś karmienie, ale nasze zegarki wewnętrzne naturalnie włączały w sobie
alarmy niezależnie od tego, czy miałeś otwarte oczy czy nie, a potem już zrezygnowaliśmy
z wybudzania Ciebie na jedzenie. Doszedłem do wniosku, że jesteś facetem i
skoro masz część moich cech, to szczególnie jeżeli chodzi o jedzenie krzywdy
sobie nie dasz zrobić.
Urodziłeś się z kępą włosów na czubku głowy.
Wydawały się być ciemne, ale potem kiedy wyschły wyszła z nich barwa lekko
złotawa. Pojawiły się nawet głosy, że będziesz rudy, ale i tak wiedzieliśmy, że
wszystko może się zmienić diametralnie i za dwa czy trzy lata z blondynka zrobi
się z Ciebie szatyn albo i nawet brunet. Choć rudy byłbyś jeszcze bardziej
oryginalny.
Kiedy jeszcze byłeś w brzuchu nazywałeś się Balbina.
I może nawet kiedyś myślałem, że pierwsza powinna być córeczka, bo wiadomo, że
wszystkie córeczki są córeczkami tatusiów, to potem dobitnie doszedłem ze sobą
do porozumienia, że syn to jednak syn. I nie chodzi tu o to, że należy
przedłużyć ród, bo daleki jestem od takich pomysłów ( to trochę sztuczne, nie
moje i choć sam jestem fanem drzewa genealogicznego naszej rodziny, to jednak
wyznaję zasadę, że to wszystko powinno się dziać naturalnie), ale z
praktycznego punktu widzenia syn na początek do dobra opcja. Po pierwsze, i tu
Cię od razu przepraszam Karolku, ale facet więcej zniesie, ma mniej humorów i w
wielu przypadkach wszystko mu jedno, dlatego przy pierwszym dziecku, pomyślałem
sobie, popełnimy tyle błędów na początku, jako świeżo upieczeni rodzice, że
facet nam to szybciej wybaczy. I chcąc nie chcąc stałeś się poletkiem
doświadczalnym młodych rodziców. Z drugiej strony teraz myślę, czy to my
przypadkiem nie jesteśmy poletkiem dla Ciebie?
Nazywałeś się więc Balbina.
Potem pan doktor, który biegły jest w sztuce
USG dojrzał coś, co utwierdziło nas w przekonaniu, że Balbina, to raczej
nazywał się nie będziesz. Pan doktor nalewając mamie na brzuch zimną, lepiącą,
żelową masę, przyłożył bezdźwięczny aparat emitujący bardzo intensywne
ultradźwięki (kiedyś, jak będziesz chciał, wytłumaczę Ci jak to działa)
spojrzał na ekran z plamami w kolorze khaki i odwrócił się do mnie mówiąc
- Już wiemy, co dziecko na pewno będzie miało
po Panu.
- Poczucie humoru? – zapytałem, choć
wiedziałem, że chodzi o zupełnie inne cechy, niż cechy charakteru…
- Ma jeszcze dość dużą głowę, ale patrząc na
Pana, to wiadomo, że to Pana syn.
Riposta ma to do siebie, że jest cięta i
szybka. W tym wypadku, zapomniałem trochę, że należy podnieść tę rzuconą we
mnie rękawicę słownej przekomarzanki, ale słowo syn zadźwięczało we mnie tak
inaczej niż do tej pory. Bo to trochę niespodziewane i nowe. I chyba wtedy właśnie
pomyślałem jaki w rzeczywistości będziesz. Po raz pierwszy. Pomyślałem o Tobie
jak o dużym człowieku, nie o nienarodzonym jeszcze kurczaku, ruszającym się jak
sprężynka w brzuchu u mamy. Czy będziesz podobny do mnie, czy będziesz chciał
być podobny do mnie, czy będziesz chciał być nie podobny do mnie, a może nie
będziesz w ogóle chciał być podobny do nikogo, tylko być po prostu sobą?
Wiesz, dopóki się nie urodziłeś, starałem sobie
Ciebie wizualizować jako kogoś kogo może kiedyś gdzieś widziałem, a teraz,
kiedy jesteś i kiedy czas powoli mija z Tobą nie myślę jaki będziesz. Tworzymy
Ciebie z mamą jak najlepiej umiemy, dajemy to co potrafimy od siebie i patrzymy
jak powoli rośniesz.
Babcia Henia zapytała się jak będzie miała na
imię Balbina, skoro nie będzie Balbiną.
- Józef.
- nie wygłupiajcie się, dziecko nie może mieć
na imię Józef.
- Jak to nie? Zdrobnienie od Józef to Pepe.
Chyba z hiszpańskiego. Bardzo ładnie i dźwięcznie.
Ale jak pewnie zdajesz sobie świetnie sprawę,
to był kolejny żart. Ostatni żart prenatalny ( bo kończył ten okres w
świadomości całej zainteresowanej rodziny) to był sms o treści „JUŻ JESTEM”
02.10.2011 roku o godzinie 6:00 do babć, dziadków, wujków i cioć. To teoretycznie
był pierwszy SMS jaki wysłałeś.
Dla tatusiów pierwsze dwa tygodnie to moim
zdaniem kolejny bardzo ważny sprawdzian z dojrzałości tatusiowej. Ja wziąłem 14
dni urlopu ( i tak bym nie mógł pracować, bo emocje są zbyt pochłaniające) i
zamknęliśmy się w domu przed wszystkimi, co by nauczyć się Ciebie i
przyzwyczaić do Twoich wymagań.
Miałeś bardzo długie paluszki i takie strasznie
śmiesznie krzaczaste rączki, nie przechodziłeś żółtaczki w szpitalu, więc
miałeś bladą skórę i dzięki temu tak fantastycznie czystą i nieskazitelną. Buźka
jeszcze była pokrzywiona, główka mięciutka a ruchy takie jeszcze powolne i cały
czas jakby były wyrazem zdziwienia, że naokoło nie ma wody, że jest chłodniej i
światło świeci w oczy. Jedynym szybkim ruchem wykonywanym przez Ciebie (wywoływał
u nas zdrowy śmiech) był odruch Moro, kiedy przy szybkiej zmianie położenia,
otwierałeś szeroko ramiona i rozczapierzałeś palce jak nietoperz. Jeść mogłeś
właściwie cały czas, czasem oczywiście płakałeś i powoli nabierałeś masy. Z
Twojego 3200 i 55 cm, czyli tak po średniemu miałeś szansę na nadrobienie i
wszystko wskazywało na to, że dasz radę podnieść medianę warszawską.
Po dwóch tygodniach, kiedy pępek zaczął powoli
się odrywać, oczka trochę łzawiły, ale w zasadzie można powiedzieć, że wszystko
przebiegało książkowo, uznaliśmy że zaliczyliśmy pierwszy etap wiedzy o
społeczeństwie dopiero narodzonym. Położna środowiskowa postawiła nam piątkę,
więc mieliśmy, czym się cieszyć
PIERWSZA WSTAWKA
KULINARNA. Jako tata kucharz przez te pierwsze dni zastosowałem dietę drobiową
i polecam wszystkim takie dania, bo są bardzo proste, pożywne, nie wymagają
dużo pracy (choć właściwie powiem Ci, a może kiedyś pokażę, że w kuchni to ja
lubię spędzać czas). Padło na pulpety z indyka, bo to mi przyszło do głowy
najszybciej. I bez ziół też smakują dobrze.
Bierzemy
kilogram mięsa indyczego (najlepiej udziec, bo nie jest taki suchy) mielimy
(albo dajemy Pani w sklepie, żeby nam zmieliła) mieszamy z jajkiem całym wbitym
w liczbie sztuk 2 (może być nawet 3, ale trzeba uważać, jajka lubią uczulać) i
solą do smaku. Raz albo dwa zmieszałem mięso z ugotowaną kaszą jęczmienną –
wyszło prosto, ale wyśmienicie. Sól do smaku, pieprz, ale niekoniecznie i
formujemy kulki o wielkości połowy pięści. Dla leniuchów, choć w pierwszych
dwóch tygodniach nie ma czasu na odpoczynek, więc może winienem rzecz dla tych,
którzy szanują czas, 750 gramów mrożonych warzyw (marchew, groszek – to można
jeść od samego początku, byle gotowane) i wszystko do garnka. Kulki-pulpety na
rozgrzaną oliwę (z oliwek, jak najlepszą oczywiście) i wszystko zasypać
warzywami. Następnie, po 10 minutach, zalać wszystko bulionem, przykryć przykrywką,
zmniejszyć moc grzania na jakieś 60% i dusić.
Dusić aż do
momentu, kiedy warzywa będą miękkie a pulpety się ugotują. 30-40 minut powinno
wystarczyć. Nie polecam używać kostek rosołowych, znacznie lepiej kupić w
specjalnym sklepie zredukowany bulion ( albo wywar z warzyw), rozrobić i zalać
takim specjałem. A najlepiej mieć swój własny bulion (taki mama jadła, jak
miałeś od 0 – 2 tygodnie) na jakimś kurczaku z wolnego wybiegu. Ale to nie jest
aż tak konieczne. Acz nadaje takiego naturalnego smaku.
Taka potrawa może
za każdym razem nabierać różnych smaków. Rozmaryn, powoduje, że czuć w niej Toskanię,
zioła prowansalskie – jak sama nazwa wskazuje – przywołuje posmaki Avignon’u,
kmin rzymski łamie smaki i oszukuje, bo to może być arabskie, indyjskie a nawet
meksykańskie. A to nadal indyk. Bezpieczny i pożywny, dla mamy i dla dziecka.
Miałeś to szczęście, że mama właściwie mogła jeść wszystko, bo krostek dostałeś
tylko wtedy, kiedy wypiła wieeeelką kawę latte w drugim tygodniu Twojego z nami
bytowania.
sobota, 3 grudnia 2011
PIERWSZE DNI Z TOBĄ
Do szpitala przyjechałem dopiero około 11:30, bo drzemka jaką złapałem po przyjeździe do domu nie chciała się kończyć, adrenalina cały czas działała, szybki prysznic doprowadził mnie do stanu uznanego ogólnie za dostateczny, wciągnąłem szybkie śniadanko i popędziłem was odwiedzić.
Zobaczyłem was na sali leżącej dosłownie naprzeciw miejsca, w którym poprzedniego dnia Ciebie odbieraliśmy, mama wyglądała na zmęczoną, ale szczęśliwą, choć podobno nad ranem przyjechało kilka podobnych do Beti dam z podobnymi objawami i podobnie jak ona doszły do wniosku, iż krzyczenie jest dobrym czasoumilaczem. I tak jest, ale tylko w wypadku, kiedy krzycząca i słysząca te krzyki to jedna i ta sama osoba. 99% kobiet na oddziale była raczej innego zdania, ale wszystkie dzielnie znosiły wysokodecybelowe odgłosy po spektrum częstotliwości. Ty sobie leżałeś i co jakiś czas kwiliłeś, że głodny, albo że idzie to, czego nałykałeś się w brzuchu u mamy a potem dzielnie przetrawiłeś na zielono. Temat efektów ubocznych procesu trawienia jest tak głębokimi i szeroko omawianym przez wszystkich rodziców aspektem, że nie zacznę go jeszcze tu i teraz, bo oczywiście wszyscy wiedzą, że nie da się go ominąć. W każdym razie smółkowałeś sobie w szpitalu, a potem w domu też przez wiele dni i powiedzmy szczerze, nieźle Ci to „wychodziło”
Mamę wraz z Tobą potem przeniesiono na oddział poporodowy, ale z racji braku wystarczającej ilości łóżek położono was na korytarzu. Nie najlepsze to miejsce, bo cały czas ktoś się kręcił, łóżko stało w pobliżu czajnika, więc ciągle ktoś sobie robił herbatę, a Mama chciała chwilę odpocząć. Na szczęście większość czasu spałeś, krzyczałeś na podstawowe potrzeby, więc czas płynął, aż na koniec dnia przeniesiono was do Sali 3 osobowej. Tam można było już posiedzieć, popatrzeć na Ciebie i uczyć się Ciebie od samego początku.
Po 3 dniach byliście gotowi do wyjścia. Dom przygotowany był od kilku dni, czyste podłogi, odkurzone dywany, poprane i poprasowane ubranka w rozmiarze „New born” i łóżeczko rozłożone w naszej sypialni wydawało się czekać w wielką niecierpliwością na pierwszą noc. Okazało się potem, ze to jednak my, rodzice mieliśmy prawo pierwonocy i spałeś (choć powiedzmy, że nazwanie tego spaniem to tak jakby krzesło elektryczne określić mianem nowoczesnego elementu wystroju wnętrz). Co dwie godziny mleko, które jeszcze wtedy nie chciało lecieć, lekka dezorientacja co z Tobą robić, jak się zachować, jak reagować etc. W całym tym szaleństwie pomagała nam z regularną rytmicznością oglądana 2 seria serialu 24 godziny, którą kupiliśmy w sklepie muzycznym po drodze do domu ze szpitala. Dwa odcinki i karmienie podczas trzeciego. Potem przerwa na osobiste sprawy, a potem znów karmienie i tak w koło.
Przy takich elementach rozpoczynającej się rutyny właściwie facet mógłby uznać, że jest absolutnie niepotrzebny, ale ja teraz wiem, że dla Twojej Mamy najbardziej stresującym elementem było to, że miała zbyt mało pokarmu i że będziesz głodny. Dlatego, mimo dużej świadomości Twojej rodzicielki, widziałem, że muszę zastąpić ją we wszystkich innych czynnościach, żeby mogła spokojnie znajdować klucz do Ciebie, ale także do samej siebie. Wtedy wziąłem z pracy 2 tygodnie urlopu, żeby nikt nam nie przeszkadzał, żebym mógł uczestniczyć w tych najważniejszych chwilach, kiedy się budzisz, kiedy zasypiasz, kiedy płaczesz i kiedy jesz. Bo wtedy jeszcze nie było innych faz Twojej egzystencji.
Te dwa tygodnie dały mi pewność, że chęć zaproszenia Cię do naszej rodziny była dojrzała, prawdziwa i tak bardzo potrzebna. A poza tym doszliśmy do wniosku, że to nam się wydawało na początku takie trudne, takie nieznane jest łatwe, do opanowania i sprawia wiele radości. Nawet przewijanie Ciebie w nocy, mycie pupora i fakt, że obsikałeś mnie lub mamę, lub pół dywanu leżąc beztrosko, jak taki mały cherubinek, świństwem do góry.
Te dwa tygodnie pokazały nam, że natura tak cudownie wszystko ułożyła, że nie trzeba za wiele wiedzieć, żeby spokojnie dać sobie radę z takim maleństwem. Ja też utwierdziłem w sobie tę myśl, że Tata jest tak bardzo potrzebny od samego początku. Nie Tobie, bo Twoja świadomość jeszcze się właściwie nie urodziła, jeszcze tkwiła w ciemnościach niebytu. Byłem potrzebny nam, czyli mamie i sobie. Mogłem pomóc fizycznie, mogłem zrobić jeść, pić, mogłem być na każde zawołanie, żeby nie musiała się zupełnie o nic martwić, tylko skupić na Tobie. Podobnie jak podczas porodu, czułem się tak niezbędnie potrzebny, tak bardzo blisko Twojej mamy, że (oczywiście nie chodzi o to, żeby się przeceniać, bo kobieta oczywiście urodzi sama, tak jak drzewiej bywało) ale to, że mogłem być a Nią i upewniać, że wszystko idzie fantastycznie, tak samo w domu czułem, że jest jej łatwiej, że mogę przejąć na siebie zmartwienia w tym momencie totalnie nie mające żadnego znaczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)