niedziela, 18 października 2015

KAROL W JAPONII - miasto Tokio

To bardzo duże miasto. Mówi się, że na całym szeroko wziętym obszarze mieszka ponad 12 milionów ludzi. To około 10% populacji Japonii więc wynik to nie mały. Z naszego punktu widzenia, bo to dopiero kilka dni, miasto jest różnorodne i łatwo dostępne. Te dwa przymiotniki powtarzają się w mojej głowie najczęściej. Różnorodne, bo przeplata się w nim historia, do której Japończycy są bardzo przywiązani, z nowoczesnością, z której Japończycy są znani. My mieszkamy w dzielnicy, która raczej preferuje historię, ale drugi przymiotnik wynagradza naszą lokalizację z nawiązką. Linii metra jest tu tyle, że trudno policzyć a do tego jeżdżą linie naziemne, które oplatają miasto dokładnie i szczelnie. Linie prywatne, linie miejskie, linie metra, linie kolejowe - wsiadasz i jedziesz. Gdzie sobie zażyczysz. Przejazdy trwają długo bo i miasto jest duże, ale czystość stacji, komfort jazdy, punktualność kolejek - jak w opowiadaniach o miastach przyszłości.



Ludzi jest bardzo dużo i widać ich na ulicach. Są od nas inni, ale nie patrzą na nas jak na innych. Są bardzo mili i pomocni ale wyglądają dziwnie. Lubią się przebierać. Choć może to ich codzienne ubranie - dla nas nieprzywykłych do takiej ekstrawagancji wyglądające na bardzo odbiegające od normy - jest akceptowane przez społeczeństwo. Wysokie buty na dziwnych koturnach, rajstopy ze wzorkami przypominającymi hello kitty, makijaż mocny i we wszystkich odcieniach czerni, kapelusze i czapki, o dziwnych kształtach i kolorystyce, dziecięce okładki na smartfony, które czasem są większe od samych telefonów, bielizna (a wiem to obiektywnie, gdyż odwiedziłem sklep marki, dla której pracowałem przez kilka dobrych lat) która wygląda jakby była zaprojektowana dla dwunastolatek, które cały czas lubią bawić się "my little ponny"(szukałem na innych piętrach czegoś bardziej kobiecego, ale nie udało mi się znaleźć zbyt wiele). To wszystko pokazuje, jak bardzo inni są Japończycy od nas. Jak inni są nawet od innych krajów azjatyckich. W tym technologicznym zaawansowaniu i chęci czerpania z tradycji (do ślubu idą cały czas w kimonach i w klapkach jak za samurajów) zaplątana jest ich własna droga estetyki (nasiąknięta jednak wpływami z Chin). Droga z milionem ukłonów przy powitaniu, droga która nakazuje podawać nawet pieniądze przy wydawaniu reszty dwoma rękoma i z ugięciem w pasie oraz zabawie na całego przy dźwiękach Karaoke. 





W Tokio powierzchownie widać też wpływy Amerykańskie. Główna luksusowa ulica handlowa zwana japońskim Fift Avenue jest przepełniona markami z USA. Nawet mają tam lodziarnie Ben&Jerry's. Myślę sobie, że wpływ tego co za oceanem jest tu widoczny. Widziałem tylko przebłysk, ale gdyby się zgłębić to można by pewnie coś ciekawego zaleźć. 

Japończycy wydają się być konsumpcyjnymi. Znaczy Ci co mieszkają w Tokio, bo dalej się zobaczy dopiero. Jest tu dużo kawiarni, dobrych i mniej dobrych restauracji, salonów gier w dziwne gry, gdzie siedzi masa starszych lokalesów i wrzucających pieniądze zamieniając je na jakieś dziwne srebrne kulki, jest spora ilość centr handlowych ze światowymi markami i ulic z badziewiem nie tylko dla turystów. Owszem, po azjatycku ale w wydaniu lux. Czysto i schludnie. 


Tłum płynie po ulicach nie za szybko. I to jest inne niż w innych wielkich metropoliach azjatyckich. Może to tylko wrażenie, ale to poukładanie wpływa na poziom chaosu. Pozytywnie oczywiście. 

Wszędzie jest pełno jedzenia i ewidentne Japończycy są wzrokowcami bo zamiast listy dań na witrynach wystawione są tu plastykowe atrapy potraw, które zachęcaja do zakupu. Atrapy bardzo dobrej jakości. Czasem prawie identyczne. W pierwszej chwili mnie to zniechęciło, bo te potrawy wyglądają dziwnie, kiedy są przyczepione do ściany a nadal grawitacja nie powoduje ściekania idealnie zaimitowanego polimerem sosu pomidorowego na udającym mięso lateksie. Ale potem pomyślałem sobie, że to są takie gazetki 3D i że przecież w domu, na reklamie w TV dym z zupy też nie jest prawdziwy. A tu mamy do czynienia z prawdziwym dziełem sztuki parakulinarnym. 

Karol polubił kluski i troszkę Sushi. Głównie ryż i krewetki w tempurze, ale głodny nie chodzi. Bo cieżko chodzić głodnym w Tokio, kiedy co drugi lokal na ulicy to restauracja. Dziś wiem, że Japonia to nie tylko ryba na ryżu, ale także zupy, makaron w sosie, wieprzowina w różnych wydaniach. Jestem ciekawy co przyniesie dalsza podróż, bo kulinarnie jak na razie jestem usatysfakcjonowany. 




sobota, 17 października 2015

KAROL W JAPONII - kulinaria


KAROL W JAPONII - Dotknąwszy japońskiej ziemi


Specjalnie nie dotykałem telefonu, aby automatycznie zmieniał strefy czasowe. Ten zabieg sprawił, iż nie kontrolowałem tego, jaka naprawdę jest godzina. Bo jaka jest teraz godzina? Ta Warszawie nie ma w zasadzie znaczenia, a ta na miejscu jeszcze absolutnie nie chce być zaakceptowana przez mój organizm. Więc pierwszy raz w życiu nie kontrolowałem tego, co się dzieje z czasem tylko spokojnie starałem nie spóźnić się na kolejny lot. Z Dubaju do Tokio podróż trwała ponad 9 godzin Karol spokojnie spał, a ja miałem czas na to, żeby bez pośpiechu poczytać sobie przewodnik o najważniejszych rzeczach, które można zobaczyć w państwie Kwitnącej Wiśni.

Lotnisko w Tokio przywitało nas zaskakująco ... swojsko. Nie dlatego, że jest podobne do lotniska na Okęciu, ale dlatego, że podróżując trochę po Azji przywykliśmy do tych klimatów i lubimy je na swój sposób. Singapur jest może bardziej zadbany, ale ponieważ mieliśmy wysokie oczekiwania, takie oczekiwania, które trochę nas onieśmielały (że drogo, że nie można się dogadać, że łatwo się zgubić między słowami etc) to miłe rozczarowanie zaskoczyło nas zaraz po wylądowaniu. Oczywiście literki są inne (kto raz się zgubił na ulicach Bangkoku, temu jest łatwiej to ogarnąć, bo wie że patrząc na nazwy ulic i mając nawet mapę też do celu się nie dojdzie) ludzie mówią po angielsku czasem słabo, ale udało nam się spojenie kupić bilety na pociąg do Tokio, udało nam się dotrzeć do naszego pokoju i zjeść pierwsze kluski na mieście. Myślałem, że będzie trudniej.

Karol w tym wszystkim czuje się jak ryba w wodzie. Podróż  zniósł rewelacyjnie, bez żadnych marudzeń, pojadł, pogadał z ludźmi i pytał się tylko kiedy dojedziemy do tych Japończyków.

Kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie spędziliśmy pierwszą noc powiedział tylko że musi walnąć kluchy, bo jest głodny i doszedł do wniosku, że czas położyć się spać. Było już dobrze po 20:00 kiedy dojechaliśmy, więc jego wymagania były jak najbardziej naturalne. Nie mógł trochę zasnąć, bo jet lag im człowiek starszy tym bardziej widoczny, więc pomęczywszy się trochę kręcąc pod kołdrą zasnął w końcu i spał do 12:00. Tak to przeważnie pierwszego dnia w Azji jest.








piątek, 16 października 2015

KAROL W JAPONII - podróż w wersji video


Karol w Japonii - podróż do Japonii

Drugi raz w tym roku. To rozpusta, ale myślę sobie, że zasłużyliśmy. Beti, bo praca z dwoma generatorami energii w domu jest wykańczająca i widziałem, że często miała już po korek emocji, a dla mnie rok ten był ciężką robotą nad znalezieniem nowej pracy, poukładaniem sobie w głowie wszystkiego co mnie spowalniało i uczenie się, że rodzina z dwójką dzieci to nie to samo co z jednym. Klara, która będzie występowała w tym opowiadaniu tylko wirtualnie jest dzieckiem spokojnym, uśmiechniętym i bardzo przyjaznym, ale w połączeniu z temperamentem Karola daje mieszankę o specyficznej wybuchowości. Bo nawet jeżeli ona jest spokojna to Karol potrafi podbiec do niej, pocałować ją z całej siły, ukochać jeszcze mocniej i podeptać, bo przecież trzeba się spieszyć w dalszą drogę. To wszystko trochę męczy, ale męczy pięknie, bo ja wiem, że tworzymy naszą rodzinę, gruntujemy ją pod przyszłe zachowania i schematy. To jak się do siebie odnosimy i jak uczymy się siebie jest ubogacające dla wszystkich stron. 

Dlatego tak trudno mi było podjąć decyzję, że Klara, ze względu na swoją niezakończoną chorobę, będzie musiała zostać w domu, poczekać na nas 2 tygodnie, pomieszkać trochę z Babcią. Ona tego nie czuje oczywiście, ale my, troje podróżników bez sternika, mam ją cały czas przed oczami i tęsknimy. 
Karol wiesz, Klara nie leci z nami, bo się trochę źle czuje i musiała zostać w domu - powiedziałem w taksówce na Okęcie do syna. 
Nie martw się tata. To nic. Będę za Nią tęsknił. 
Ja też mogę?
Możesz. 
I wsiedliśmy do samolotu na tę ostatnią w tym roku podróż. tym razem do Tokyo. 
Karol, jako świeżo upieczony 4 latek jest starym wyjadaczem podróżniczym. Dla niego lotnisko jest bez tajemnic, samoloty go fascynują, ale już nie sam samolot go rusza, ale jego wielkość, kolor a także elementy lotniska, które rozpoznaje dzięki stosowi książek poruszających taką tematykę. Wie co to czerwonobiały rękaw, który pokazuje kierunek wiatru, wie co to wieża kontrolna, zwana przez niego wieżą kontrolową i potrafi sam zapiąć pasy w samolocie. Stary wyjadacz. 

A ja też zupełnie inaczej podchodzę do tej podróży. Inaczej niż zawsze. Bo z jednej strony nie mam z tyłu głowy rzeczy w pracy, bo jakby nie patrzeć jestem trochę bezrobotny, a z drugiej czeka na mnie masa wyzwań w nowej pracy jak wrócimy. Więc zdrowa fascynacja wyjazdem połączona z jeszcze bardziej zdrową ekscytacją nową pracą to mieszanka, która daje mi od pierwszego dnia komfort wyjazdu i brak zaśmiecania głowy problemami stamtąd. Jest tylko tu. 

A obok mnie siedzą żona, która potrzebuje wypoczynku i syn, który jest już na tyle dużym chłopakiem, że podróż ta będzie dla niego inspiracją do rozwijania swych pasji. Bo my mu pokazujemy, że można się czymś fascynować (dla nas to właśnie podróże) a On potem ma coś z tym po w swojej głowie zrobić. Na razie mu pokazujemy, a potem się zobaczy. 

Tym razem podróż przygotowaliśmy całkiem porządnie, trochę jak kiedyś. Jest plan, są rezerwacje wstępne noclegów i jest lista rzeczy, które chcemy zobaczyć. Mamy założone całkiem mocne tempo, ale życie zweryfikuje czy 4 latek to już backpackers czy nie. 

Tradycyjne ważenie bagaży przed wyjazdem pokazało, że każdy z dwóch plecaków waży poniżej 11 kg co jak na 3 osoby (Karol jednak ma trochę rzeczy) to całkiem niezły wynik. Pakowali się dziś rano, ale ponieważ wszystkie rzeczy formalne zrobiłem dzień przed wyjazdem, poszedłem spać o 23:00 i jestem w miarę wyspany, co świadczy o tym, że mój zwyczajowy pośpiech przedwyjazdowy zastąpiło wakacyjne ZEN. Jedynie katar w nosie i zawalone gardło mnie irytują, bo nie mogę normalnie mówić a to dla mnie jest sprawa dużej wagi, bo gadułą jestem z zasady. 

Nie dokształciłem się jedynie z Japonii, więc będę musiał wykorzystać czas lotu z 5 godzinnym połączeniem prze Dubai na to, żeby trochę poczytać. Bo warto wiedzieć jak robić niektóre rzeczy w kraju do którego się leci.  Więc trochę poczytałem. 


poniedziałek, 24 sierpnia 2015

czwartek, 13 sierpnia 2015

MALI HEJTERSI


Myślę sobie, patrząc na to jak bardzo nasze dzieci siąkną od nas nasze poglądy, jak kopiują nas w masie swoich zachowań, jak bardzo jesteśmy dla nich przewodnikami. Dzieci porozumiewają się tak bardzo językiem ciała i tak bardzo nie potrafią jeszcze na poziomie emocjonalnym kłamać, że wyobrażam sobie, jak świetnie dzięki temu odczytują naszą mowę ciała, nasze grymasy i to co na prawdę myślimy - nie mówimy, a pokazujemy. 

Dlatego osoby, które kierują się nienawiścią i mają głęboko schowany cel krytyki innych a także narzucenia im swojego zdania, mają taki właśnie wpływ na swoje dzieci. Jeżeli ktoś znajduje czas na to, aby mając (całkiem słusznie, bo czemu nie) nawet mocno ugruntowane przekonania wobec otaczającej go rzeczywistości, wyrażać swoje zdanie na zasadzie "świat powinien być taki, jak ja uważam; nie powinno się robić rzeczy, które są niezgodne z moimi wartościami społeczno/moralno/religijnymi; ludzie którzy robią lub myślą inaczej są źli" muszą mieć do swoich przekonań bardzo dużo emocji. Albo te emocje są spowodowane brakiem pewności siebie w swoich przekonaniach albo ślepym patrzeniem w jednym kierunku bez chwili zastanowienia, czy może jednak są inne opcje, nie koniecznie lepsze, ale inne. 

Tacy ludzie, którzy na siłę chcą zmieniać świat na swoją modłę uważają, że mają prawo mieć wpływ na innych. A tym bardziej na swoje dzieci. Nawet jeżeli świadomie pilnują się, żeby tego typu teksty nie przenosiły się z poziomu dorosłych na poziom dzieci, to w zachowaniach, gestach, komentarzach a nawet samopoczuciu się to przenosi. A potem dzieci, jako że rodzice się dla nich naturalnymi przewodnikami na początku świadomego życia, podejmują ten sam dyskurs wchodząc a to w nietolerancję, a to w homofobię albo w nacjonalizm. 

Od pewnego momentu przejmujemy na siebie odpowiedzialność prowadzenia dziecka za mentalną rękę i ręka ta jest tak łagodna jak my sami, albo tak szorstka, jak słowa które wypowiadamy lub myśli które generujemy. 

Bycie otwartym pokazuje także, że nie jesteśmy konserwą, bo akceptujemy to co przynosi nowego świat. Nie musimy się z tym zgadzać, możemy mieć odmienne zdanie, ale szanowanie inności jest wartością. To wraca - bo jeżeli pokażemy, że potrafimy szanować inność, to może okazać się, że cały świat pójdzie tak do przodu, że to my właśnie zostaniemy jako ci "INNI". I wtedy lepiej byłoby, żeby cała reszta nas szanowała i akceptowała, a nie chciała zmieniać. 

Trzeba mieć w sobie także odwagę, żeby przed naszymi dziećmi powiedzieć - "Uczę się od Ciebie rzeczy, których nie miałem możliwości nauczyć się bez Ciebie. Moje zdanie na temat świata zmienia się od chwili Twojego przyjścia na świat. Jestem bardziej otwarty na rzeczy, od kiedy jesteś. Czerpię z Ciebie tak jak Ty czerpiesz ze mnie. Jestem lepszy dzięki Tobie. "

Jeżeli nie możemy tak powiedzieć, a język w którym brakuje miłości do drugiego człowieka niepodzielnie panuje między rodzicem-światem, a przez to także między dzieckiem, nienawiść i brak wyrozumiałości będą rosły w siłę. W domu, w rozmowach między ludźmi, w uczuciach. 

Jestem odpowiedzialny za to, czym kieruje się moje dziecko. Jeżeli pokażę mu, że człowiek, niezależnie od płci wiary, poglądów, koloru skóry, orientacji seksualnej jest wartościowy przez to co robi, jakie emocje przekazuje, jak potrafi pomóc i czym się podzielić, a nie dlatego, że należy do jednej czy do drugiej grupy społecznej, będzie mojemu dziecku łatwiej potem rozmawiać z ludźmi, słuchać ich i czerpać te dobre rzeczy. I mówić językiem wypełnionym zrozumieniem, empatią i chęcią słuchania. 

Może wtedy zniknie z naszego słownika bardzo popularne słowo zaczerpnięte z angielskiego, które określa tych, którzy niosą i świecą w oczy kagankiem nienawiści. 
źródło zdjęcia: https://www.etsy.com/listing/205446965/dont-hate-rainbow-graphic-baby-bodysuit?ref=unav_listing-same

czwartek, 6 sierpnia 2015

Tajlandia we 4 - Karol kapitanem :)


ZMIANY

Zmiany są dobre, choć wyrzucają nas ze strefy komfortu i powodują, że przez chwilę czujemy się niepewnie - przez chwilę dłuższą lub krótszą. Jak bardzo przyzwyczajeni jesteśmy do tego co nas otacza niech zaświadczy zapach własnego mieszkania, który czujemy dopiero po tym jak na trzy tygodnie wyjedziemy na wakacje i przez ten czas nie przebywamy w mieszkaniu. Dopiero wtedy czujemy jak naprawdę pachnie nasze M. 

Miałem też taką sytuacje kiedyś w pracy, że wybudowano dodatkową toaletę bliżej mojego biurka, która była lustrzanym odbiciem tej, do której zazwyczaj chodziłem. Pierwszy raz, kiedy użyłem nowej, wychodząc z kabiny skręciłem odruchowo w prawo i moje zdziwienie było ogromne, kiedy okazało się, że drzwi wyjściowe zamurowano w czasie kiedy byłem wewnątrz. Efekt był piorunujący, bo mój umysł tak bardzo przyzwyczaił się do poprzedniego układu, że w pierwszym momencie podejrzewałem, że ktoś rzeczywiście zrobił mi żart. Piszę o tym, gdyż biorąc pod uwagę jak bardzo intensywnie na dorosłego wpływają zmiany, pewnie dla dziecka efekt ten jest jeszcze mocniejszy, albowiem one w ogóle mocniej wszystko przeżywają. I teraz czy przestawienie łóżka w drugi kąt powoduje, że dziecko gorzej śpi? Czy odmalowanie dziecku pokoju na inny kolor powoduje jego dyskomfort? I w końcu czy zmiana grupy w przedszkolu po wakacjach spowoduje, że dziecko nagle przestanie chcieć tam chodzić?


Zmiany są dobre, bo umysł się musi zaadaptować. Jeżeli nie zmieniamy się, to znaczy że się cofamy. 

W Japonii popularna metodą zarządzania całymi przedsiębiorstwami jest KAIZEN. To idea mówiąca o tym, że należy ciągle coś zmieniać, żeby dotrzymać tempa zmieniającego się świata. Krzywa zmian musi być szybsza niż krzywa postępu otoczenia, bo jeśli tylko przez chwilę ta pierwsza jest pod tą druga, oznacza to że rzeczywistość nas wyprzedza i nie jesteśmy liderami w innowacjach. To oczywiście teoria zarządzania, ale Japończycy są mistrzami wdrażania ideologi życiowych w procesy, które nam wydają się w tej dziedzinie zupełnie nie relewantne. Zakładam także, że w Kraju Kwitnącej Wiśni jeżeli pracownik siedzi pół roku przy tym samym biurku, to albo jest przeznaczony na emeryturę albo ktoś testowo posmarował stanowisko klejem szybko polimeryzującym. 

Zmiany też powodują kreatywność, bo umysł próbując zaadaptować się do nowych warunków podsuwa sposoby jak nową sytuację ogarnąć. 

Nasze szare komórki lubią wyzwania, mamy ogromne zdolności adaptacyjne jeżeli chodzi o umysł, zmiany powodują emocje a emocje uruchamiają całą masę chemii, tak potrzebnej w nas, aby funkcjonować. Chodzi o to, żeby te zmiany były na tyle umiarkowane, aby nie przedobrzyć i zamiast stymulacji spowodować frustrację. 

Co będzie dane nam doświadczyć, czy rozwój czy frustracje dowiemy się już we wrześniu, kiedy Karol omijając grupę przedszkolną II pójdzie od razu do grupy III.

wtorek, 4 sierpnia 2015

X

Myślałem, że nie chcę przelewać tych emocji na klawiaturę, ale z drugiej strony pewnie wszyscy, którzy spotkali się ostatnio z tragedią jaka spotkała jednego z rodziców zastanawiają się jak bardzo niesprawiedliwy jest los kiedy zabiera rodzicom dziecko. Więc oto moje myśli - ojca dwójki malutkich dzieci. 

Jak bardzo wielki smutek musi wlać się w serce rodzica, kiedy tak brutalnie przestaje istnieć możliwość powiedzenia choć jednego słowa do swojego ulubionego słuchacza, jak bardzo boli widok książek na półce w pokoju dziecięcym i jak boleśnie pachną ubrania, które rozrzucone po pokoju ostatni raz trzeba zebrać. Nie ma skali, która pozwoliłaby na określenie jak wielki bezmiar rozpaczy huczy w człowieku w takiej chwili. Myśląc o tym nawet nie zbliżam się procentu cierpienia osoby, która musiała takie doświadczenie przeżyć. A jakby się tak zastanowić to wypadków takich jest pewnie dużo, tylko nie słyszymy o nich. 

Współczuję - to znaczy odczuwam echo tego co tacy ludzie wtedy odczuwają. To echo, choć jest tylko echem jest wystarczajaco mocne, żebym po takiej wiadomości usłyszanej gdzieś w przelocie dnia codziennego musiał na chwilę schować się gdzieś, gdzie jest cicho i starając nie wizualizować sobie tego personalnie wziąć 2 oddechy i iść dalej. Mam ten komfort, że mogę iść dalej. Kiedy pomyślę o tych, co nie mogą tego zrobić przejmuje mnie smutek. Wiem, że bez porównania, ale i tak wielki. 

Czy to oznacza, że należy zamknąć dzieci w klatce, żeby im sie nic nie stało? Ja mimo wszystko nie umiem, choć od jakiegoś czasu wolniej jeżdzę samochodem, przejeżdżając przez pasy bardzo uważnie rozglądam się i staram się ograniczać te elementy, które zależą ode mnie w bezpośrednim kontakcie ze mną. 

Chciałem pomyśleć co bym powiedział, gdybym musiał coś powiedzieć do osoby dotkniętej taką tragedią, ale... nic bym nie powiedział. Nie sądzę, żeby jakiekolwiek słowa mogły cokolwiek w takiej sytuacji zmienić. Tylko czas w takim wypadku może.    

niedziela, 2 sierpnia 2015

WAKACJE I TĘSKNOTA. TAKŻE ZA DZIECIAKAMI.


Pierwsze takie wakacje. Bo jest nas czwórka i jakoś trzeba sobie poradzić z faktem, że Karol nie idzie do przedszkola, jest Klara, która nie liczy dni i dla niej czy wakacje czy nie, należy tak samo mocno się nią zajmować. Ja też trochę więcej teraz wyjażdam, więc tęsknota dopada mnie gdzies w samotnym hoteliku kiedy kładę się spać i wiem, że nie mogę zajrzeć do Karola do pokoju aby sprawdzić, czy się aby nie odkrył ani rzucić okiem na Klarę, czy aby ma ciepłe rączki. 
Im bardziej wrastamy w siebie tym bardziej czujemy, że rozstania, nawet na te kilka dni, są na początku bardziej odczuwalne. 

Karol przez dwa miesiące wakacji nie będzie chodził do przedszkola, więc aby nie wypadł z dynamicznego rytmu zapewniliśmy mu atrakcje w postaci wyjazdu nad morze z moją mamą. Kiedy go odwoziłem do Niej wytłumaczyłem, że to tylko 7 nocowań i że w miarę szybko po niego przyjedziemy. Zrozumiał, a ponieważ wyjazd takiego typu jest dla niego atrakcyjny, nie miał problemu żeby się spakować i żeby wsiąść do nie swojego samochodu. Kiedy jednak już miał odjeżdać powiedział do mnie:
- Tato, będę za tobą tęsknił - i spojrzał się na mnie prawie w wyrzutem, jak ja w ogóle mogę go puścić bez rodziców. 
- Nie przejmuj się, będzie fajnie. Czy teraz mogę zaproponować Ci lody, które zupełnie przekonają Cię, że wyjazd z moją mamą to naprawdę świetny pomysł? - uciekłem się do formy pytania sugerującego oraz do wzmocnienia argumentacji ordynarnym przekupstwem. 
- Tak, lody mnie przekonają - odpowiedział i właściwie skończyliśmy temat rozterek przedwyjazdowych.



Przekupywanie jest złe, ale czy jest rodzic, który choć raz nie uciekł się do tej niskiej formy przekonywania? 
A najgorsze jest to, że kiedy dziecko wyjeżdża, kiedy drugie pójdzie już spać, a cisza na chwilę opanuje całe mieszkanie czegoś brakuje, tak jakby brak dźwięków był aktywnym wskaźnikiem, że osób, które zazwyczaj wypełniają ciszę, nie ma i na razie nie mają zamiaru wracać. Zabawki leżą w tej samej pozycji co wieczorem, w łazience jest porządek a w kuchni nie ma na stole pustego pudełka po serku homogenizowanym jak co rano. 

Niby wiemy, że to przejściowe, a jednak brakuje tego i chciałoby się wrócić do normalności. Jak nienormalna jest chęć powrotu do normalności, która dla innych jest nienormalnością, wiedzą tylko rodzice tęskniący za swoim dzieckiem na wakacjach. 

Do tego dorzuca się tęsknota to reszty rodziny i do żony, bo będąc daleko od domu muszę sam przeżywać moje małe tęsknoty i nie mogę się podzielić nimi z najbliższą. To też jest mocne uczucie i należy je wykorzystać do tego, żeby po powrocie do domu powiedzieć żonie - "tęskniłem za Tobą". Tak myślę, więc tak Jej powiem jak wrócę.  

KLECHDY DOMOWE - tęsknić można.

z cyklu KLECHDY DOMOWE
Dzwonię do Karola, który spędza kilka dni u babci.
- Cześć, muszę Ci coś ważnego powiedzieć - w pierwszych słowach zwracam się do mojego syna.
- Co mi musisz powiedzieć? - pyta on
- Trochę za Tobą tęsknię - odpowiadam zgodnie z prawdą i czekam na odpowiedź. 
- .............( chwila ciszy na zastanowienie) no..... dobra. Możesz tęsknić - odpowiada Karol i dodaje - oddawam Ci babcię.
Dobrze, że mogę za nim tęsknić. Jak przyjdzie moment, że dostanę oficajlne pozwoleństwo na podwożenie go do przedszkola, to znaczy że na prawdę mogę wszystko z moim synem!

poniedziałek, 20 lipca 2015

KOCHAM KLARĘ BASIĘ


Karol kocha Klarę miłością natywną. Od samego początku chciał ją ściskać, całować, przytulać, lizać, nosić i robić pierdziochy. Czasem w tym wszystkim jest zbyt słoniowaty, za silny i za mocny, ale nie mogę odbierać dziecku naturalnej przyjemności dotykania siostry. Nie wiem, czy robi to dlatego że czuje potrzebę okazania miłości, bo do nas takiej potrzeby nie przejawia tak często, czy może podobnie jak wszystkie ssaki psopochodne chce obsikać swój teren i pokazać, że Klara należy do niego. Że jest ważna dla niego i że ma takie same prawa do niej ja my. Czy taka motywacja jest dobra? Myślę, że jeżeli uściski są na tyle słabe, aby niczego jej nie naruszyć, to im więcej tym lepiej. Niech się przyzwyczaja, że należy siotrę pielęgnować i dawać jej dużo miłości. Może Karol jest naszym zwierciadłem i robi Klarze, to co my jemu robimy. I ta naturalność po prostu jest wynikiem tego, że na swój sposób ja kocha.
Kiedyś powiedział do niej - "kocham Cię moja przyjaciółko" - i tekstem tym roczulił mnie bardzo.
Jeżeli będziemy potrafili rozwinąć w nim to uczucie i sprawić, że za kilka lat z takim samym entuzjazmem będzie się odnosił do siostry, znaczy, że dalismy mu bardzo ładny prezent na przyszłość bo miłość do rodzeństwa jest tematem trudnym. To kolejna rzecz, której się, mam nadzieję, nauczę od moich dzieci. Już jestem podekscytowany.


sobota, 18 lipca 2015

TATA KLARY cz.5 - ZNÓW OD NOWA

Pierwsze noce były trudne, ale może nie dlatego, że Klara płakała, ale bardziej dlatego, że znów musiałem się przywyczaić do myśli, że śpi z nami małe dziecko, które w dodatku trochę się rusza, płacze i zajmuje nieproporcjonalnie do swojego wzrostu dużo miejsca. Podczas snu musiałem się pilnować, żeby na nią się nie przetoczyć i wyznaczyłem sobie podświadomie granicę jej obecności, co jednocześnie spowodowało, iż spałem na boku na krawędzi łóżka przecząc czasem zdrowym zasadom równowagi oraz pokazując środkowy palec sile przyciągania ziemskiego. Tak jakby litera g (która dla przypomnienia ma wartość 9,81m/s2) była skrótem od "Gówno mi zrobisz i tak nie spadnę!"

Klary ciałko mentalne miało fizycznie 50 centymetrów długości i menatalnie jakiś metr szerokości. Łóżko miało raptem 140 cm od brzegu do brzegu więc średnio zostawało mi 20 cm i tyleż samo po drugiej stronie materaca. Ciężko w takich warunkach i normalny sen, ale twardo udawałem, że jest mi wygodnie i próbowałem zlepiać minuty w godziny, majaki w sny a porannego kaca, na którego wcześniej nie składała się nawet kropla alkoholu nazwałem Syndromem Lewego boku ( na którym musiałem leżeć balansując na krawędzi a to prawie spadając, a to przygniatając dziecko - ta czynność, której nazwanie spaniem jest czystym eufemizmem, wyczerpywała tak dużo energii, że strawienie wypitego alkoholu po imprezie [nie zależnie od ilości] to spacerek po deptaku w Ciechocinku - i stąd porównanie do kaca - może nie zbyt jednak trafne, bo kac szybko mija i można go potraktować jakąś tabletką z krzyżykiem, a potem wybrać świadomie, że następnego dnia kaca nie będzie. U mnie taki wybór nie był możliwy)

Po dwóch tygodniach jednak tak bardzo przywykłem do małego człowieka łóżku, że dwukrotnie obudziłem się w środku nocy skrajnie nieprzytomny z ręką centralnie na twarzy Klary. Atawistyczna chęć do przeżycia ataku spowodowała syrenę w wykonaniu córki, co nie tylko budziło mnie, ale także pewnie grupę sąsiadów z pięter sąsiednich. Za co serdecznie przepraszam. To moja wina.

czwartek, 16 lipca 2015

TATA KLARY cz. 4 - NOWA DZIEWCZYNA W MIEŚCIE

Karol został u mojej mamy, bo zaczął się źle czuć, poza tyn Klara cały czas była w szpitalu a odwiedziny z Karolem nie wchodziły w rachubę.

Moja córka leżała cały czas po lampą grzewczą i podłączona do 20 kabli, kiedy w Wigilię przyjechałem do szpitala, żeby spędzić z rodziną ten czas. Wychodząc na przeciw moim oczekiwaniom moja niedawno narodzona królewna spała podłączona do zestawu czujników badających saturację oraz tętno.

Cały czas nie czułem takiego impulsu, który miałem nadzieję uderzy we mnie kiedy zobaczę ją drugi raz, impulsu tacierzyństwa i zakochania się w drugiej najważniejszej kobiecie w mojej rodzinie. Może ta miłość musi poczekać, może przy drugim dziecku oczekuje się od niego więcej na dzień dobry, a może tak przejęty byłem samym zbyt wczesnym porodem, że zapomniałem o tym, że muszę zanurzyć się w cud, jaki się wydarzył, a nie analizować sam proces pod kątem tego, że mimo iż przedwczesny to był całkiem udany. Uśmiechnąłem się patrząc na naszą mała córeczkę i oczywiście chciałem ją pocałować, ale takich małych króliczków nie powinno się jeszcze dotykać ustami. Po nabraniu dobrych bakterii od mamy powinny właśnie one kolonizować małe ciałko, a nie jakieś nie wiadomo jakie robaki z zębów taty. Wysłałem jej więc powietrznego buziaka. 

I tak przez 6 dni. To tak trochę jak oglądanie wyprzedaży przez szybę, z grubym portfelem i ... zakazem wstępu do tegoż sklepu. Klientów bez krawata nie wpuszczamy...

- Witaj w domu Klara - powiedziałem, kiedy przenosiłem córkę przez próg naszego mieszkania. Takie małe dziecko jest tak delikatne i kruche, iż ma się wrażenie że przez drobną nieuwagę można je pognieść jak bibułkę wyciągniętą z pudełka po drogim prezencie. Pierwsze dotknięcie jest takie niepewne, nie wiadomo jak trzymać głowę, jak podtrzymywać od dołu, jak przewinąć. Tak bardzo nie potrafiłem sobie przypomnieć jak to było ponad trzy lata temu, że w pierwszych dniach jakoś tak prawie nieświadomie unikałem kontaktu i możliwość potrzymania mojej maleńkiej córeczki. A może chciałem, się nią nie zajmować, żeby nie skraść za wiele z odkrywania tego maleństwa, żeby sobie na później zostawić? 
Nie wiem sam, ale wiem, że musiał nadejść moment, kiedy w pełni przekonany, że robię wszystko dobrze wezmę ją na ręce i przytulę. I na szczęście moment ten nadszedł szybko.

wtorek, 14 lipca 2015

TATA KLARY cz.3

W poprzednim odcinku - Tata Karola dowiedział się, że został Tatą Klary. Tata Karola wychodzi ze szpitala i wraca do domu.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wychodząc ze szpitala przypomniałem sobie gdzie po poprzednim porodzie postawiłem samochod i że wtedy wychodząc z budynku odpuściły mi nerwy i łzy zaczęły mi cieknąć po policzku. Teraz chłód grudniowego powietrza uderzał mokrą falą w moje oczy, ale tym razem nie płakałem. Spłynęła na mnie taka dziecinna radość z tego, że udało się drugi raz, że mimo tego, iż za wcześnie to jednak wszystko jest ok, jak na ten moment i że dopełnieniem będzie kiedy staniemy w domu we czwórkę i powiemy Klarze witaj w domu córeczko.

Świat się nie zatrzymał, samochody jechały dalej, gdzieś w oddali było słychać karetkę pogotowia, która zbliżała się do szpitala. Pomyślałem, że jestem szczęściarzem. Mam nieziemską  żonę, która oddając tak wiele siebie obdarzyła nas dwojgiem cudownych dzieci. Miłość, którą staram się cały czas pielęgnować i uczyć się jej wraz z upływem czasu, będzie teraz musiała być podzielona na 3, i chciałem zrobić wszystko, aby paradoksalnie przy tym podziale było jej nie 1/3 tylko 3 razy wiecej niż w wersji pojedynczej.  Taki paradoks, który zaświtał mi w głowie kiedy doszedłem do samochodu.

Jak będę kochał Klarę? Jakim będę tatą? Czy damy radę tak poprowadzić dwie małe osoby, żeby potrafiły kochać, lubić, znać swoją wartość i patrzeć na ludzi z uśmiechem?
Wróciłem do domu i przepełniony dobrymi przeczuciami, że uda się to trudne zadanie położyłem się do łóżka, aby rano wstać i pojechać przyjrzeć sie mojej małej królewnie. Jeszcze wtedy się w niej nie zakochałem. To miało nadejść troszkę później.

niedziela, 12 lipca 2015

TATA KLARY cz.2

W poprzednim odcinku - Tata Karola nie wiedział tak naprawdę, czy będzie Tatą Klary czy kolejnego potomka po mieczu.
--------------------------------------------------------

Pakowanie torby porodwej, którą musiałem zawieźć do szpitala przyszło trochę z trudem, bo niby pamiętałem co powinno tam być a jednak cały czas dawałem sobie chwilę czasu na odświeżenie tej wiedzy - teraz było za późno - musiałem improwizować. Mając świadomość, że drugi poród przeważnie jest dużo szybszy niż pierwszy streszczałem się ładując do walizki rzeczy, które mogą się przydać. 

Pognałem z Karolem do mojej mamy. Tam zrzuciłem go na łóżko, zjadłem szbką kanapkę i udałem się w drogę powrotną licząc na to, że nie będzie a późno. Kiedy przyjechałem na izbę jeszcze nie było za późno, sytuacja zmieniła się drastycznie gdy zacząłem myśleć, że to jeszcze nie ten dzień i powoli myślami wychodziłem ze szpitala. Wtedy nastąpił dramatyczny zwrot akcji. 

Na szczęście sale porodowe były puste więc nie było problemu z wyborem koloru ścian w pokoiku, w którym miałem przywitać moje drugie dziecko. 

W porównaniu do narodzin Karola wszystko szło bardzo szybko. O 0:15 w wigilię Wigilii przywitałem na świat pięknego maluszka, który w pierwszych słowach powiedział "ła" jakby chciał się przywitać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, gdyż po głosie nie udało mi się rozpoznać, że rodzi się Klara. Prześliczna córeczka, na którą obydwoje, a właściwie we trójkę tak czekaliśmy. Karol od początku mówił, że to będzie siostrzyczka i że będzie miała na imię Klara Basia. Nie mylił się zbytnio. CDN.


piątek, 10 lipca 2015

TATA KLARY cz. 1

Miałem trochę napisać jak to się stało, że z Taty Karola stałem się Tatą Klary i Karola. Więc piszę. W kilku odcinkach, bo to długa historia.

22.12.2014
Poniedziałek jak każdy inny. W pracy działo się dużo, bo po weekendzie przed Wigilią wszyscy sobie przypominają o tym, że coś trzeba jeszcze załatwić. Orka się skończyła, a wieczorem zaplanowaliśmy z Karolem fryzjera. Z moim podejściem do tego typu usług i Karola nastawieniem do wszystkiego co robi się z jego włosami miała to być wizyta z cyklu przepraszamy, ale ten tajfun to nie my. Udało się jednak, bo skróciliśmy młodemu włosy do stanu  akceptowalnego podczas wizyt u babć na Wigili. Pani fryzjerka z miłym uśmiechem, ale chyba bez dużego doświadczenia w obsłudze dzieci zaproponowała Karolowi, żeby usiadł na krzesełku, na co Karol oczywiście odpowiedział, że on to jednak dziękuje i tylko parzył na mnie proszącym wzrokiem, czy może jednak zrezygnuję i pójdziemy spokojnie do domu. 
Stara zasada mówi, żeby do słów dołączyć czyny i pokazać, a nie kazać. Poprosiłem więc panią fryzjerkę, żeby podcięła moje końcówki włosów, aby pokazać małemu człowiekowi, iż skoro dużemu człowiekowi się nic nie dzieje, znaczy że i maleństwu włos z głowy nie spadnie. No może w tym wypadku, to zbyt daleko posunięta przenośnia. 

Po tym jak Pani wymodelowała moje włosy, Karol nadal z niechęcią, ale już z minimalnym przekonaniem wynegocjował sobie, że owszem usiądzie, ale na kolanach taty i owszem da sie obciąć, ale bez fartuszka wokół szyi i tylko oglądając strażaka Sama. No i udało się. Efekt był zbieżny z tym w jaki sposób doszło do samego obcięcia włosów - czyli toporny. 
W domu szybko się wymyliśmy i Karola zmogło, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to zbliżająca się choroba. Mały człowiek zasnął zaraz po kąpieli więc spokojnie czekając na bieg wydarzeń w domu zastanawiałem się jak spędzimy Święta, bo w sumie to po raz pierwszy w nowym mieszkaniu, mieliśmy prawdziwą choinkę, prezenty leżały w ukryciu i czekały na 24. grudnia. Wszystko tak się ładnie układało. Nie było za bardzo śniegu, ale ponieważ powiedziałem Karolowi, że dzidzia się urodzi jak spadnie śnieg, nie musiałem odganiać się od natrętnych pytań, czemu dzidzi jeszcze nie ma skoro na dworze jest biało. 
Wtem, jakby nigdy nic zadzwonił telefon, który ot tak sobie odebrałem i usłyszałem w słuchawce informację, że trochę wcześniej, ale wszystko właśnie się zaczyna. 

Karol spał, w domu zapanowała znów cisza po zakończeniu rozmowy, tak jakby nic się nie zmieniło. A miało się zmienić wiele. Co więcej, nawet nie wiedziałem wtedy czy to będzie dziś, czy jutro a najważniejsze czy wyjdzie braciszek czy siostrzyczka. CDN

środa, 8 lipca 2015

TAJLANDIA we 4 - UROKI KHO SAMUI

Dziś trochę o tym, jak można spędzać czas na wyspie pomalowanej lazurem i wysypanej drobniutkim piaskiem.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

czwartek, 4 czerwca 2015

TAJLANDIA WE 4 - Inny Bangkok i Chiang Mai po raz drugi.

Lubię wracać, do miejsc które kiedyś z wypiekami na twarzach odkrywałem. Wczoraj udało nam się dotrzeć do restauracji, którą świetnie pamiętamy z pobytu w Tajlandii 6 lat temu, i która to restauracja prawie wogóle się nie zmieniła. To bardzo proste miejsce w jednej z bocznych uliczek głównej arterii startego miasta w Chiang Mai, taka niepozorna, trochę brudna i zaniedbana (to też się nie zmieniło) Ale chyba dzięki temu ją poznaliśmy. Nazwa restauracji też nie została nam w pamięci, więc nawet nie mogliśmy się zapytać gdzie ona jest. Pamiętaliśmy tylko, że w bocznej uliczce, niedaleko hotelu, w którym się wtedy zatrzymaliśmy. Teraz z wózkiem i prawie czterolatkiem przy boku weszliśmy, jakby trochę do siebie, do wewnątrz tej, umówmy się, jadłodajni i zachwyceni zapachem jedzonych potraw usiedliśmy przy stoliku. Karol oczywiście zaczął mowić o kluskach, ale tym razem profesjonalnie nazwał to Padthai i zażyczył sobie soczek jabłkowy. Sok jabłkowy w Tajlandii jest tak reglamentowany jak mięso w czasach PRL z tym że u nas po prostu ktoś wysyłał wszystko do Rosji, a tu zwyczajnie jabłka nie rosną, stąd w menu nie uświadczysz tego po typu soczków. Za to są świeżo wyściskane soki z pomarańczy i mango, w cenie śmiesznie nieprzyzwoitej. Co więcej, udało nam się namówić Karola na taki soczek. Uff.

Zamówiliśmy sobie trochę tego i tamtego, a pani która nas obsługiwała wydawała się znać nas i pamietać sprzed ostatniej wizyty. Uśmiechnęła się i przyjęła zamówienie. Fascynująco pachnący kurczak z czosnkiem i pieprzem, krewetki w cieście wraz z warzywami w tej samej panierce, Morning Glory z czosnkiem smażony na szybko w woku, Padthai dla Karola oraz sticki rice z mango. Pomijając fakt, że za wszystko zapłaciliśmy z napojami 500 bathow (czyli 55 zł), muszę przyznać że uczta była boska. Polecam te tajskie przysmaki, bo robi się je szybko a poza tym są lekkostrawne i bardzo smaczne.
Przepis na kurczaka z pieprzem i czosnkiem z tej restauracji jest następujący.

1 pierś z kurczaka.
Świeżo utłuczony pieprz czarny
4 ząbki czosnku
100 gramów Morning Glory (wiem, ze trudno dostępne, więc może być Bok choi Pokrojony w paseczki, albo zielona fasolka szparagowa)
Olej słonecznikowy
Sól
Sos rybny
Sos sojowy
Cukier palmowy (Ew. Brązowy)

Kurczaka na cieniutkie kawałeczki, bo w woku musi się to szybko usmażyć a nie udusić. Razem z grubo pokrojonym dla odmiany czosnkiem wrzucamy na olej na woku. Dość duży ogień, ale nie taki, żeby się spalił czosnek. Jak kurczak sie zrumieni, wrzucamy zielone i mieszamy. Dolewamy wody i sosu sojowego. Pieprz sypiemy na końcu, żeby oddał też smak, a nie tylko pikantność. Sos rybny jest dość śmierdzący, ale nadaje potrawie charakter i chowa się pod innymi smakami. Łyżeczka cukry powinna wystarczyć, żeby zaookrąglić smak. Można, jeżeli jest na podorędziu użyć odrobiny wywaru z kurczaka, żeby było wiecej sosu, ale kurczak też zawsze puszcza swoje smakowite soki. Uwaga z sosami sojowymi i rybnymi, bo są dość słone. Cała potrwa powinna być gotowa w około 7 minut. To jeżeli chodzi o smażenie. Przygotowanie może zająć dłużej, szczególnie jeżeli uprzecie się na zakup Morning Glory - poszukiwania mogą trochę zająć.

Napełnieni smakami wróciliśmy pamięcią do chwili, kiedy byliśmy w tej restauracji pierwszy raz - wtedy we dwójkę i zupełnie w innym tempie. Spieszylismy się, aby zobaczyć kolejną świątynie, sfotografować mnicha i wrócić późno, aby obudzić się wcześnie i pędzić dalej. Dziś spokojnie, czekając aż dziecko jedno zje, a drugie chwilę poleży samo, delektowaliśmy się tym co na stole.

Podobnie było w Bangkoku, bo nie zobaczyliśmy ani jednej świątyni, ani jednego Buddy i ani razu nie jechaliśmy tuk-tukiem. Tryb rodzinny, teraz to wiem, to tryb trochę powolniejszy, wymagających reakcji na nagłe zaśnięcie delikwenta, albo nagle obudzenie się delikwentki, na silną potrzebę zjedzenia loda albo napicia się wody. Kilometry biegną, ale wolniej. My już to widzieliśmy, a dla nich to nowe emocje. Wielkie emocje, bo wszystko, nawet jeżeli dla nas to wcale nie bardzo dużo, dla Karola i Klary to Galaktyka emocji i uniwersum przeżyć. I ten kompromis mi się podoba, im chyba też.

Bangkok więc zwiedziliśmy z perspektywy basenu u naszych znajomych, potem spacerów po rozgrzanych uliczkach, ale niezbyt daleko od domu, bazaru z warzywami pod budynkiem i jednego centrum handlowego z podróbkami markowych ciuchów. Bangkok nocą nas nie interesował aż tak bardzo już, choć pojechaliśmy na Khao San Road trochę tęskno patrząc na życie ulicy, która jest początkiem wszystkich wypraw backpackerskich w Tajlandii. Chyba muszę się pogodzić z faktem, że nie jestemy już przykładowymi backpackersami, którzy jeżdżą nocnymi autobusami, śpią na dworcach i potrafią przejść 5 km do następnego hostelu. Z dzieckiem szkoda, choć cały czas mnie korci. Tęskno mi, to mówi serce, a z drugiej strony trzeba rozważnym być - podpowiada rozum. I tak pomiędzy tym co bym chciał i tym co powinno udaje nam się pokazywać dzieciakom miasta, targi, świątynie oraz baseny, sklepy z lodami, stoiska z plackami bananowymi z czekoladą oraz plaże gdzie można budować zamki z piasku. Kiedyś nie myślałem że będzie mi to potrzebne, a teraz wiem że tak jest dobrze dla nas - dla rodziny.

Mamy bardzo intensywny czas ze sobą i gdyby ktoś mi zaproponował, że za drobną opłatą zajmie się moimi dziećmi podczas tego naszego czasu, że jakaś animatorka zabierze Karola na basen i będzie szalała z nim cały dzień, a ja będę mógł być wakacyjnie dorosły, to powiedziałbym stanowcze nie - dlaczego mam płacić za odebranie mi najważniejszych chwil w moim drugim dzieciństwie - kiedy mogę uczestniczyć w nim z całą moją rodziną. To tak jakby ktoś powiedział, że za pięćdziesiąt złotych wyjdzie z moimi przyjaciółmi na miasto, kiedy ja będę mógł spokojnie poleżeć sobie w łóżku w domu i poczytać starożytnych filozofów. Życie jest zbyt krótkie, żeby pić kiepskie wino.

niedziela, 31 maja 2015

TAJLANDIA WE 4 - początek.

Samolot. Cisza. To znaczy cisza, która zdefiniowana jest brakiem płaczu, krzyku, śmiania się, pytań i uderzania twardymi rzeczami o twarde rzeczy. Szumi monotonnie silnik odrzutowy, słychać szybkie i kojące syknięcia otwieranych napojów w puszkach. Na ekranach bezdźwięcznie przesuwają się obrazy oglądanych przez pasażerów filmów. W słuchawkach Nino Rota rzewnie opowiada historię pewnej włoskiej rodziny z Nowego Jorku... Tęsknię za moimi dziećmi w takiej formie jaką mam nacodzień, ale kiedy obydwoje śpią i nie jest to środek nocy mam chwilę na to, aby przelać to co mi siedzi w głowie na klawiaturę. I samolot nadaje się do tego w sam raz. Lot do Bangkoku trwa 12 godzin, więc powinna się znaleźć odrobina czasu na wszystko. 

Wczoraj jeszcze jak zwykle przed podróżą bardzo niespakowany siedziałem i myślałem jak będzie wygladała ta wycieczka w 4 do miejsca które znam, które bardzo lubię i które nie jest dla mnie ekscytujące ze względu na to, iż jest nowe, ale dlatego, że jest takie dobre i pozytywne. Można tam wracać wiele razy. I zawsze mieć poczucie, że to dobrze wybrana destynacja. A teraz jedzie z nami dwójka maluchów, które znów spowodują, że wycieczka będzie niepowtarzalna. Bo tym razem trzeba będzie nie tylko brać pod uwagę swoje potrzeby, ale potrzeby Karola, który ma już bardzo skrystalizowany obraz tego co będzie robił, ale także rodzące się potrzeby Klary, która trochę jeszcze nieświadomie, potrzeby ma i nie da nam o nich zapomnieć.

Jest mi dziś niespiesznie. Początek wakacji, których bardzo potrzebowałem to ten moment kiedy próbuje sobie zdefiniować czego od nich chcę. Od wakacji i od uczestników. I od siebie.

Ponieważ jest nas 4, będzie z mojej strony dużo pracy w tym, żeby każdy miał możliwość swoje cele osiągnąć. Żona moja potrzebuje wypoczynku, ja potrzebuje trochę czasu na strzepnięcie z siebie elementów, które mnie delikatnie ostatnio spowalniają i naładowania baterii, Karol potrzebuje ekscytacji nowymi rzeczami i dużej dozy zabawy, a Klara bycia blisko nas. Czy to się da pogodzić? Oczywiście, że tak bo jak pomyślę, że będę mógł całe dwa tygodnie spędzić stapiając naszą rodzinę w jeszcze mocniejszą całość, a przy tym świetnie się bawić i jeść rzeczy, za których smakiem tęsknię od ostatniej wizyty w Tajlandii - to uśmiecham się sam do siebie, a ci którzy nie śpią w samolocie patrzą na mnie dziwnie (Na nienaturalnie uśmiechniętego człowieka ze słuchawkami na uszach wpatrzonego w tablet).

Tajlandia to świetny kraj do podróżowania z dziećmi. Jest bezpieczny, ciekawy, smaczny, tani i do tego wszystkiego ekscytujący. Bo są zwierzęta, są plaże, są lasy. Można nauczyć się jeździć na słoniu, można ponurkować z rurką i pobudować zamki z piasku. A dla młodszych - jest po prostu ciepło i nie trzeba nosić grubych bodziaków, za to można wystawić małe, gołe stópki na powietrze. I nie zmarzną.

Pytano się mnie czy się nie boję. Nie boję się, bo wiem, że w Tajlandii jest nie mniej bezpiecznie niż w Warszawie, tylko trzeba się nie pchać tam, gdzie nie powinno się być jak się nie jest tubylcem. Z resztą zasada ta zawsze mnie ograniczała przed szaleństwami podczas podróży i jak dotąd wychodziłem na tym dobrze.

Mamy dwa robaki ze sobą. Dają tyle satysfakcji ile czasu pożerają, ale to pożeranie jest już tak wpisane w naszą codzienność, również wakacyjną, że nie potrafię sobie wyobrazić jak by to było gdybym nie mogł podzielić się moimi emocjami z Beti, a potem z Karolem, a następnie uśmiechnąć się do Klary.

No i w końcu sama Klara. Dla tych, którzy znają nas tylko ze stron bloga winny jestem informację, że w grudniu zeszłego roku na świat przyszła najpiękniejsza córka jaką mam czyli wielkooka i owłosiona osóbka, która jeszcze bardziej zmieniła nasze życie. Teraz zmieniła życie trzech osób, a nie jak w przypadku Karola, dwóch. Bo Klara przyszła do naszej trójki. Karol też na nią czekał i był żywo zainteresowany tym, kiedy przyjdzie, kiedy będzie, jak będzie się z nią bawił i kiedy będzie mógł z nią budować remizę z klocków.

I kiedy jeszcze była w brzuchu u mamy, planowaliśmy wakacje zupełnie nie wiedząc jaka będzie ta nasza córka, czy tak jak z Karolem w USA będzie się nadawała na kompana podróżniczego, czy nie. To jak kupowanie dziury w ziemi na kredyt hipoteczny. Nie wiesz jaki będzie efekt, a zobowiązanie podejmujesz. Więc my też trochę tak na kredyt założyliśmy, że córka będzie urodzona pod szczęśliwą gwiazdą i zaplanowaliśmy wyjazd bez porozumienia z nią. Teraz  zobaczymy czy będzie nas stać na spłacenie tego kredytu i czy obiekt się sprawdzi :)

Cisza nadal trwa, dzieci śpią, zaczyna pachnieć jedzeniem samolotowym. To jeszcze nie jest green curry, ale ślinianki mi się uruchomiły fantastycznie i kapiące kropelki z kącików ust spowodowały pobłażliwy uśmiech pani stewardesy, w następstwie czego dostałem mokry, ciepły ręcznik.
mam go possać? - zapytałem zadziornie. Nie odpowiedziała. A może tylko wydawało mi się, że zapytałem?
Ocknąłem się. Podano wtedy do stołu. Musiałem przerwać pisanie.

Karol ma 3 i pół roku, a ja chciałbym pokazać mu tak wiele, tak wiele opowiedzieć i sprzedać kilka rzeczy, które sam kiedyś kupiłem i do dziś delektuję się tym, że mogę ich doświadczać. A on jest bardzo charakterny i mimo wieku nie wszystko już mu pasuje, co my proponujemy. Nie chce go zmuszać, bo chcę żeby szedł swoją drogą, ale jeżeli dzielenie się pomysłami, które wywołują u mnie takie silne pozytywne emocje, mogłoby mu sprawić jakiś dyskomfort to odpuszczę, ale najpierw ten dyskomfort muszę zobaczyć. I na szczęście jeszcze go nie widzę. Dlatego razem jeździmy na koncerty, razem gotujemy i razem podróżujemy, jeżeli to kupi, to później dalej to sprzeda. Jeżeli nie, będę bardzo chciał poznać te elementy, które wywołają w nim takie uczucia jak u mnie wywołuje podróżowanie.

Klara jest jeszcze za młoda żeby coś poczuć i doświadczyć, ale to działa też na naszą trójkę, że podróż może być fantastyczna z maluchem, podrośniętym maluchem, dużym tatą i całkiem niemałą mamą. Bardzo mi sie to podoba.

Tajandię już opisałem i zakładam, że przez te kilka lat nie zmieniło się na tyle dużo, żebym musiał do bloga sprzed 6 lat wprowadzać erratę. Tym razem postaram się skupić na tym, jak sobie taka rodzina jak nasza radzi z dwójka dzieci przez dwa tygodnie w obcym kraju. Jak uda nam się do siebie zbliżyć dzięki temu, że doświadczymy siebie przez całe dwa tygodnie w pełni, z atrakcjami i po tajsku. A Karolowi oddam głos jeżeli chodzi o prowadzenie spostrzeżeń natury czysto podróżniczych. Bo w końcu już kawał z niego chłopa, więc niech się wypowiada.

środa, 2 lipca 2014

SIEDEM CNÓT GŁÓWNYCH - CNOTA 2 - UCZCIWOŚĆ



Jak wytłumaczyć dziecku co to znaczy uczciwość. Myślę, że nie ma co tłumaczyć, bo sami czasem nie potrafimy tego porządnie zdefiniować. Najlepiej chyba po prostu pokazać swoim zachowaniem. Bo dziecko nie pójdzie za radami, jakie mu przekażemy, a skopiuje zachowania jakie w nim zaszczepimy.
Mój bliski znajomy poszedł kiedyś z dzieckiem do sklepu. Do sklepu, w którym znajdowały się dość drogie i ładne drobiazgi. Wazoniki, bibelotki i inne łatwo tłukące się elementy wystroju wnętrza. Oglądanie tych cudeniek tak wciągnęło bohatera opowieści, iż nie zauważył, iż jego dwuletni syn usiadł na malutki rowerek i cofając zahaczył o lusterko, które przywracając się uderzyło jednym z tysiąca malutkich szkiełek w ramie o kant stołu. Na szczęście złapanie lustra przez mego kolegę uchroniło przed totalną dewastacją obiektu, ale jeden z elementów uległ zniszczeniu. Kolega poprosił synka o odjechanie od uszkodzonego elementu, kiedy do sali weszła nic nie podejrzewająca osoba z obsługi.
Malec spojrzał na tatę, jakby chciał przetestować to, czego tata go uczył od chwili, kiedy mogli ze sobą porozmawiać i zaczepnie rzucił:
- Bum – następnie porozumiewawczo spojrzał na ojca, a potem na panią ze sklepu, która spokojnie podchodząc do jednego z artykułów na sprzedaż chciała zetrzeć zeń nieistniejący pyłek. W tym sklepie bardzo dbało się o produkty oferowane klientom.
Kolega spojrzał jeszcze raz na synka, który czekał na reakcję.
- bum, bum, bum mój synku, powiedz Pani ładnie do widzenia i lecimy dalej, bo pogoda zachęca na długi spacer – mógł powiedzieć kolega i oddalić się bezkarnie ze sklepu. Syn patrzył.
- wie Pani co, synek cofając rowerkiem zahaczył lusterko, to w rogu i mnie udało się złapać je zanim spadło na podłogę, ale niestety zaczepiło o różek stolika i jedna z mozaik na ramie pękła. Nie odpadła, ale się pokruszyła -mógł powiedzieć.
 
Kiedy wychodzili ze sklepu synek jechał uśmiechnięty na rowerze. Prawdopodobnie zupełnie nieświadomy całej sytuacji wsiadł na swój fotelik z tyłu auta. Tata oparł głowę na zagłówku fotela kierowcy, spojrzał w lusterko na rozradowanego synka i zamyślił się, czy to wszystko co robi dla niego, kiedy ma zaledwie 3 lata będzie miało w ogóle jakiś sens jak  dorośnie. I czy będzie pamiętał skąd dostał takie fikuśne lustro do swojego pokoju.

W kolejnym odcinku -SPOKÓJ


poniedziałek, 23 czerwca 2014

7 CNÓT GŁÓWNYCH

Patrząc na to, jak Karol się rozwija zacząłem się zastanawiać, czy są takie elementy, które tak bezpośrednio mu przekazuję. I stworzyła mi się taka moja  mała lista zachowań, jakie mają większą lub jeszcze większą wartość przy formowaniu się z Karolem. Mówię przy formowaniu się, bo to absolutnie działa w dwie strony. Do tego wszystkiego właściwie pewnie 80% zachowań w stosunku do 20% tego, co mówię ma wpływ na to, jak On potem się zachowuje. Lista cały czas się powiększa, ale do dziś na topie znalazły się następujące punkty:

CIERPLIWOŚĆ
Dzieci potrafią wyprowadzić z równowagi najcierpliwszych. Swoją prostą uporczywością dążenia do ich małego celu. Dlatego ćwiczę z moim synkiem swoje granice powtarzania tego, co chciałbym, żeby do niego dotarło. Zawsze chcę dać mu powód, dlaczego mam takie, a nie inne zdanie. To ważne, bo powiedzenie NIE, BO NIE jest mało konstruktywne niezależnie, ile lat ma słuchacz. Żeby nie być gołosłownym - ostatnio przez 10 minut ćwiczyłem swoją cierpliwość próbując wytłumaczyć Karolowi, że jeżdżenie po mieszkaniu jego małym rowerkiem jest niedobre. Niedobre, dlatego że brudzi się ściany, że można się wywrócić, ale poza wszystkim, można na kogoś stratować. Tak właśnie się stało w kuchni, kiedy Karol robiąc nawrót najechał boleśnie mamie na nogę. Zatrzymałem go i usiadłszy przy nim na podłodze zacząłem jak mantrę powtarzać, iż chciałbym aby rowerek znalazł się natychmiast na korytarzu, bo syn mój robił innym krzywdę jeżdżąc swoim wehikułem po domu. Karol przeprosił mamę, a potem zaczął płakać mówiąc, żeby mu nie zabierać rowerku. Zgodziłem się z nim w kwestii zabierania rowerku i powiedziałem, że po zrobieniu mamie krzywdy, należy rowerek odstawić na korytarz lecz nie będę mu go zabierał jeżeli odstawi swój pojazd sam. Około pięciu minut zajęło mi tłumaczenie związku przyczynowo skutkowego między bolącą nogą mamy, a rowerkiem przed drzwiami wejściowymi. Udało się. Karol wstał, przestał płakać i odstawił rowerek.
Bycie cierpliwym, choć w środku gotuje się w człowieku, popłaca bo dzieci stosują tę sama metodę i są do niej przyzwyczajone. Długo i monotonnie. Tylko my jesteśmy w stanie zrobić to spokojnie - one przeważnie zaczynają szybko krzyczeć. Ale jeżeli dziecko zobaczy, że tata nie krzyczy, tylko prosi, przez długi czas, to w naszym wypadku przeważnie działa to idealnie. Bez gwałtu. Sama łagodność. A skutek jest. Nawet lepszy, bo mam wrażenie, iż Karol wie, czemu dana rzecz się wydarza.


W kolejnym odcinku - UCZCIWOŚĆ

wtorek, 10 czerwca 2014

NOCE WIELOOSOBOWE

Spanie, to ta czynność, którą sobie bardzo cenię. Mówię o spaniu, czyli wypoczynku po dniu pełnym wrażeń, doznań, emocji. Wtedy śnią się rzeczy, umysł wypluwa z siebie czasem niepołączone nicią logiki obrazy, żeby trochę odreagować wszystko to, czym został zbombardowany podczas dnia.
Nie lubię długo spać, ale lubię, kiedy ten sen jest nieprzerwany, głęboki i intensywny. Wygodny do tego, bo miałem w życiu kilka takich nocy, kiedy to, na czym leżałem było tak piekielnie niewygodne, że przy porównaniu do łoża madejowego, wspomniane przed chwilą wypadało mniej więcej, jak  lekko używane łóżko ramowe na pierwszym piętrze w Ikea. Z materacem na pojedynczych sprężynach. Więc cenię sobie komfort przykrycia się po nos pachnącą (lecz nie wykrochmaloną

, jak drzewiej bywał) kołdrą i miękkość poduszki, która tylko delikatnie unosi moją głowę nad poziom materaca. Zasypiam na plecach i takoż się budzę, choć wiem, że troszkę się w nocy kręcę. I czasem głośno oddycham (to taki eufemizm). Tyle mi wystarczy. Wstaję przed 7:00 sam, niebudzony dręczycielskim dźwiękiem budzika i jeszcze chwilę lubię poczuć całkiem świadomie ciepło posłania, zapach płynu do płukania i posłuchać ciszy poranka. Czasem promienie słońca wypiszą mi na twarzy laurkę i choć odbite od szyb bloku naprzeciw, to całkiem mocne i dziarskie zaglądają na nasz balkon i wierzyć czy nie, wydaje się, że robi się w sypialni jakoś cieplej.  Czasem dzwony z pobliskiego kościoła dadzą o sobie znać, uzmysławiając, iż skoro biją, to jest 6:30, więc można poleżeć w łóżku jeszcze jakieś 20 minut zanim wstanie się i zacznie codzienny poranny wyścig z pikającym w radiu o pełnej godzinie zegarze. Tak od poniedziałku do piątku. Znaczy, tak było od poniedziałku do piątku.
Bo od kiedy pojawił się Karol tryb ten zmienił się kompletnie. Pierwsze miesiące po jego przyjściu na świat i do naszego domu, noc była szatkowana karmieniem, płaczem i przewijaniem. Przyznam, że uczestniczyłem w tych obrzędach nierówno z moją żoną, bo dała mi ten komfort, którego sama nie zaznała. Mogłem, obudziwszy się w momencie kiedy On rozpoczynał głośne domaganie się o zadbanie o jego potrzeby, zasnąć zaraz wiedząc, że Ona się nim zajmie. Miałem szczęście. Potem, kiedy zaczęliśmy już spać spokojnie przez całą noc zastanawialiśmy się, kiedy nastąpi taki moment, w którym Karol wyniesie się do swojego pokoju i będzie przesypiał noce u siebie. Bo jak wszyscy wiemy, dzieci zajmują szerokość łóżka liniowo odzwierciedlającą ich wysokości, a czasem nawet więcej ( bo przecież można wyciągnąć ręce). Stosowaliśmy różne układy i konfiguracje wypoczynkowe, ale zawsze Karolowi udało się tak wcisnąć, żebym ja umiejscowiony był miedzy łóżkiem a ścianą, a Beata lewitowała wręcz na krawędzi łóżka, grożąc podłodze, iż udowodnić może z hukiem, iż 9,82 m/s2 to przyspieszenie, jakie nawet na tak krótkim dystansie może przysporzyć guza, a na pewno jakiegoś siniaka. Lub odgniot w klepce przy łóżku.
Karol w pewnym momencie sam zdecydował, iż będzie zasypiał w swoim pokoju. Łatwo zaakceptował, że łóżko w sypialni to łóżko rodziców, a jego łóżeczko, w którym od tego czasu prosił, aby mu czytać wieczorne bajki, jest jego bazą startową i zajezdnią jednocześnie. Noce znów stały się takie zwyczajne i takie spokojne. I teraz, kiedy czasem proponuje mu, żeby zasnął w naszym łóżku, bo to tak fajnie razem zasypiać on odpowiada:
- Tata, to nie jest moje łóżko. Moje łóżko jest w moim pokoju. Ja nie chcę spać łóżku rodziców.
I jakoś tak mi smutno, bo jest w dziecku coś tak niesamowitego kiedy śpi. Kiedy można patrzeć na nie okiem kochającego rodzica i chyba nie znam takiego taty czy mamy, którzy w tym momencie nie składają całusa na czole takiego niewinnego szkraba i nie chcą się przytulić do niego i zasnąć razem z nim. Nie ma wtedy znaczenia, czy dziecko budzi się o 4:00, czy skopie kołdrę, tak że marzną nerki, czy przełoży się sobie tylko znanym sposobem umiejscawiając się w poprzek na poduszkach. Albo finalnie obudzi się w nocy i bardzo głośno zakomunikuje, iż chce pić.

Mamy jednak szczęście, bo Karol codziennie przychodzi do nas rano zgrabnie wchodząc na łóżko i przekopując się pod ścianę ogłasza, że najpierw musimy przejść przez rytuał nazwany przeze mnie 1000 buziaków i 1000 przytulaków, a potem jest czas na śniadanko. Co dość wyraźnie jest ogłaszane przez Niego, a jeżeli przypadkiem w międzyczasie zadzwoni budzik, to wiadomym dla Niego jest, że trzeba natychmiast wstawać i podać mu serek lub parówkę. I takie momenty muszą mi wystarczyć. Bo przecież sam chciałem, żeby się na noce przeniósł do siebie. Ej, my dorośli to zupełnie nie wiemy, czego my tak naprawdę chcemy od tych naszych dzieci. 

wtorek, 3 czerwca 2014

SŁUCHOWISKA Z PRZESZŁOŚCI

Nie wiem, czy kiedyś Karol nie powie mi, że indoktrynuję go jakimś wapnem gaszonym, mającym co najmniej 30 lat, choć może skoro nie wyklął mnie jeszcze za Misia Uszatka, to i może za ten proceder mnie nie usunie ze znajomych na fejsie czy asku?

To wapno, które wspomniałem to bajki zgrane z płyt winylowych na wersję cyfrową i ostatnio zaprezentowane w formie na słuchawkach mojemu dziecku. Początki były trudne, bo założenie słuchawek na uszy powodowało stanowczy sprzeciw, a potem rzut sprzętem przez pokój, ale jak pokazałem mu, że trzymanie na głowie wielkich, studyjnych nauszników to nic złego, a nawet przyjemność z tego może płynąć, to dał się przekonać. Kupiłem więc kota w butach, stoliczku nakryj się oraz Kubusia Puchatka datowane wszystko jeszcze w latach 70tych i zaproponowałem Karolowi pewnego wieczoru, zamiast czytania bajek, słuchowisko. Biorąc pod uwagę kunszt aktorski wykonawców i realizację, jak przypuszczam Polskiego Radia, miałem pewność, że słuchowiska, dziś
pewnie trzeba by powiedzieć audiobooki, spodobają się młodemu. Nie wiedziałem, że aż tak bardzo.

Po założeniu słuchawek i włączeniu mu bajki o stoliczku, który sam się nakrywał synek mój utkwił wzrok w suficie w pozycji nieskończoność i skupiał się tak bardzo, jakby wszystko to co słyszał wizualizowało mu się natychmiast w głowie. Praca czoła i koncentracja, jaka go opanowała zdecydowanie nie zachęcała do przerywania seansu. Normalnie o tej porze Karolowi wystarcza 15 minut czytania i odpada, a tu nagle okazuje się, że w trzydziestej minucie słuchowiska nie tylko nie śpi, ale z nieustającym skupieniem nadal wypatruje się w sufit. W czterdziestej minucie walczył z własnymi słabościami i mało nie poddał się Morfeuszowi, ale o zwycięstwie nad fizjologią świadczyć miał głośno wypowiedziany komunikat "tata skończyło się. Poczytasz mi?".

Czyli się spodobało. Mimo wileńskiego "L" niektórych aktorów, mimo że bez wizji i powyżej 7 minut. Dwu-i-pół-letnie dziecko przesłuchało całą bajkę i zakładam, że podobała się mu.

Staje czasem przed wyborem co Karolowi pokazać, a czego nie. Przez sentyment moich lat młodości podsuwam mu to, co mnie kiedyś poruszało. To oczywiście były zupełnie inne czasy, bo to czego słuchaliśmy i oglądaliśmy nie było selekcjonowane przez naszych rodziców, tylko stanowiło właściwie jedyną dostępną rozrywkę.  Prawdopodobnie nawet niezbyt dobrą, ale radość wyobrażania sobie jak wygląda dom baby jagi z Jasia i Małgosi była tak wielka, że dziś przypominając sobie to przesłuchawszy z Karolem po latach rzeczone słuchowisko, patrząc na niego zasłuchanego w te same dźwięki wydaje mi się, że on też za kilka lat uśmiechnie się kiedy usłyszy piosenkę np. z Tomcia Palucha.

A na pewno słuchanie tych trzydziestoletnich nagrań nauczy go jednego. Że wyraz "poszliśmy" akcentuje się na zgłosce PO, "zrobiliśmy" na BI, a "matematyka" na drugie MA. I że światło się wyłącza, a nie wyłancza.

Epilog.
Karol bawił się ze swoją nianią w chowanego. Nie mógł jej znaleźć. I kiedy tak chodził i nawoływał schowaną pod stołem w pokoju opiekunkę i wpadł już trochę w płaczliwy ton wypowiadając jej imię, nagle przycichł i zaczął od początku słowami " panienko, gdzie jesteś, panieeenko!"

Lucyna uśmiała się setnie, a kiedy opowiadała mi tę historię przy Karolu zapytałem się go skąd taki tekst. Powiedział, że usłyszał w bajce o "stoliczku nakryj się". Więc chyba dobrze, że sobie czasem posłucha poprawnej polszczyzny.


poniedziałek, 26 maja 2014

AUTORYTETY


Gdyby ktoś mnie zapytał o to, kto jest dla mnie autorytetem miałbym z tym problem. Nie dlatego, że nie ma ludzi, którzy mi imponują, bo jest wiele takich osób, ale raczej chodzi o to, że nie ma jednej osoby, która na tyle mi odpowiada, iż całkowicie chciałbym być taki jak ona. Bardziej imponują mi sytuacje, zdarzenia, dane zachowania, niźli jedna osoba. Bo bycie takim jak ktoś inny powoduje, iż mógłbym odnieść wrażenie, że moje autonomiczne Ja jest kalką czyjegoś już wcześniej widzianego. Osobliwe to, ale myślę, że nie jestem odosobniony w tym myśleniu. Taki AOD -authority on demand. Bezkofeinowa kawa, cola bez cukru, alkohol bez procentów. Wybieram to co lubię bez całości, jaka normalnie jest schowana za.

Pojawia się, poprzez schemat przyzwyczajeń dostępu, łatwego dostępu do dowolnego fragmentu wiedzy, czy danych, termin "Autorytetu konsumpcyjnie fragmentarycznego" - czyli takiego, z którego mogę wybrać tylko tę część, która mi pasuje, a resztę pozostawić innym do schrupania.

Jeżeli ja tak mam, to muszę mieć pełnię świadomości, iż mój syn będzie miał to nawet mocniej pogłębione i jeszcze selektywnej będzie sobie dobierał to co mi pasuje. To daje wolność, odmienność i autonomiczność, ale może spowodować, że dana mieszanka pastylek autorytetowych da na tyle niechciane efekty uboczne, iż będzie trzeba zaordynować detox.

Teraz zastanawiam się, kiedy Karol dojdzie do wniosku, że my rodzice nie jesteśmy tymi jedynymi, których można naśladować i zacznie jak z menu wybierać sobie elementy układanki, wg której chciałby iść przed siebie. Bo taki moment nadejdzie na pewno szybciej niż mi się wydaje. Może więc nie spinać się zbytnio, dać sobie spokój i czekać, aż zobaczymy że już nie my, tylko wybiórcze puzzle mają nad nim rząd dusz. I może warto się będzie cieszyć, że mimo wszystko tak długo trwał stan monopolu na imponowanie?

POLECAMY CIEKAWE MIEJSCA

W sieci jest dużo miejsc, ale są takie, które lubię. Z różnych powodów. Jednym z takich miejsc jest Freedomownia. www.freedomownia.pl
FREEDOMownia
Można poczytać, można posłuchać, można się pouczyć. 
I jest TatoPrzyjazna. 
Dlatego lubię takie miejsca. 
h

piątek, 4 kwietnia 2014

DOM - PUNKT ZACZEPIENIA


Zacząłem ostatnio więcej podróżować śłużbowo i te wyjazdy, po pierwsze pozwalają mi usiąść na chwilę do pisania bloga, a po drugie pokazują jak ważny jest dla mnie dom, jako punkt zaczepienia. Wracanie do pustego pokoju hotelowego jest dobre pierwszej nocy, kiedy po całym dniu pracy można się po prostu położyć spać. Drugi dzień już jest sporo gorszy, bo brakuje tego rytmu, słów i codzienności domowej. Trzeci dzień, jeżeli jest, jest powtórzeniem drugiego. Itd.
Czy faceci tęsknią? Oczywiście! Czy lubią o tym mówić? Nie bardzo, bo to może trochę zbyt proste, może za mało męskie. Ale właśnie dzieci mają tę moc, że zachęcają do mówienia prostym językiem, który jest zrozumiały dla najmłodszych najlepiej. Bo dziecko i tak będzie wiedziało, że tata tęsknił, więc po co to przed nim kryć. Warto więc i jakoś łatwiej powiedzieć - tęskniłem.

Ja tęsknię. Za moją żoną, która została sama z Karolem, za Karolem, który został sam z mamą i za zapachem naszego mieszkania, który paradoksalnie czuć tylko wtedy, kiedy wyjedzie się na kilka dni.

Bo dom to taki punkt w mojej mentalnej czasoprzestrzeni, gdzie mogę wrócić natychmiast myślami i poczuć ten niezwykły komfort bycia częścią czegoś niezmiernie ważnego i posiadania ogromnego zaplecza. Zaplecza dającego siłę, dumę i poczucie niezaburzalnej wartości. Wracanie fizyczne w to miejsce jeszcze bardziej udowadnia mi, że mam bardzo dużo szczęścia.

Dlatego też nie lubię hoteli. Oczywiście nie obrażam się na panią recepcjonistkę, której zadaniem jest z uśmiechem wydać mi klucz do pokoju, ale jeżeli podróżuję w celach niesłużbowych korzystam z miejsc, gdzie jest prawdziwe życie i emocje. Serwisy internetowe takie jak couchsurfing czy hospitalityclub umożliwiają skorzystanie z gościnności ludzi mieszkających w różnych lokalizacjach na świecie i wybieram chętnie takie rozwiazanie. Nie daje mi to poczucia bycia w domu, ale przynajmniej nie patrzę głucho w ściany i nie szukam angielskojęzycznych kanałów w telewizorze. Bo hotele napełniają mnie melancholią.

A powrót do domu to oczekiwanie na moment, kiedy mogę się przytulić w dużych ramionach, powiedzieć "tęskniłem kochanie", sprawdzić jak zasnęły małe ramiona, napić się ciepłej herbaty i zaczepić się jeszcze mocniej w moim centrum lokalnego wszechświata. Dobrze mi z tym.