poniedziałek, 16 września 2013
KAROL W AZJI - GEORGETOWN - prawie jak Europa
Straszne jest to, że przez wiele lat przed moim urodzeniem ludzie najeżdżali innych ludzi po to, żeby czerpać z tego korzyści. Wywoływał wojny, żeby przejąć czyjeś ziemie, na których albo rosło jakieś dobro, albo było pod nią jakieś dobro, albo można było wykorzystać tę ziemię jako czasowy magazyn dla jakiegoś dobra.
GEORGETOWN należy do grupy miast, mieszczących się w tej trzeciej kategorii. Ponieważ leży dokładnie pomiędzy Indiami a Chinami, a podczas rządów Brytyjskich w Indiach potrzebowano portu, który stałby się półmetkiem między długą trasą pomiędzy, Brytyjczycy zwyczajnie wylądowali na wyspie Penang i zajęli miasto. Ciekawe jak by się czuli, gdyby Chińczycy wymyślili sobie, że Londyn to świetna stacja przesiadkowa w podróży między Pekinem a Nowym Jorkiem i zaczęli sobie budować pagody nad Tamizą.
Nie mniej jednak na początku IXX wieku statki brytyjskie często zawijały do tego portu. Dzięki czemu miasto stało się skrzyżowaniem 4 kultur. Bo najechane wcześniej przez muzułmanów było do tej pory opanowanie przez islam, fajfokloki przywiozły smak kultury kolonialnej, Hindusi, pracujący na statkach zainstalowali Wisznu i Sziwę a Chińczycy dodali coś od siebie. Tak uformowało się miasto, które do dziś na jednej ulicy mieści świątynię hinduską, meczet, chiński kościół, anglikańską katedrę, budynki rodem z IXX wiecznej Hiszpanii czy Portugalii, a na dodatek podobno gdzieś niedaleko jest cmentarz żydowski.
Podobało mi się tam, bo tak bardziej jakby w domu byłem, ale biorąc pod uwagę ile osób musiało się z powodu tego miasta pokłócić, a może nawet pozabijać, to coś mi się tak widzi, że skórka nie była warta wyprawki.
GEORGETOWN to miasto portowe, więc zaraz po przyjeździe poszliśmy odwiedzić nomen omen port. Stały tam duże statki transportowe, mniejsze barki przewożące ludzi i samochody oraz ogromny prom, prawdopodobnie chiński, o czym świadczyć mogły napisy na nim, który wyglądał na taki, co ma więcej niż trzy baseny na wszystkich swoich ponad 10 piętrach. Widać Chińczycy lubią tu przypływać, bo jest ich wizualnie dużo, poza tym miasto to może stanowić cel bardzo przyzwoitej wycieczki, jako że baza hotelowa jest tu dobra, jedzenie przednie i tanie a i pogoda w miarę, bo od morza troche chłodu zawsze się przyciągnie.
My do tego miasta przyjechaliśmy dla odmiany małym busem, który przez dżunglę dzielącą jedno wybrzeże od drugiego przedarł się znakomicie. Jak to zrobił nie pytajcie, gdyż ja większość trasy przespałem u mamy i taty na kolanach. Znaleźliśmy hotelik na skraju chińskiej dzielnicy i ruszyliśmy eksplorować ten kulturowy kocioł.
Hotelik, w którym się zatrzymaliśmy był dopiero co otworzony, o czym świadczyły gratulacyjne wieńce z kwiatów ustawione na sztalugach zaraz przy wejściu głównym. Maszyna z ciepłą woda potwierdzała pochodzenie właścicieli, przecież bez zaparzonej świeżo herbaty dzień może być pechowy, a na pewno nie będzie tak dobrze smakował jak z filiżanką zielonego naparu w ręku. Korzystałem z tej maszyny popijając ciepłą wodę, prawie za każdym razem kiedy wychodziliśmy z hotelu. Może i w domu powinniśmy sobie takie coś zainstalować? Muszę pogadać z tatą.
Przed naszymi frontowymi drzwiami, wieczorem, kiedy już zapadał zmrok, na ulicę wylegali specjaliści od chodnikowej kuchni, szefowie ruchomych palników i maestro przenośnych z zestawów w Wokiem w roli głównej, którzy dawali upust swojej kulinarnej fantazji. W wersji chińskiej, bo jak wspomniałem mieszkaliśmy na obrzeżach ChinaTown. Kluski, ryż, zupy wszelakie, sos sojowy oraz ostre papryczki znikały w jamochłonach przechodniów, którzy na chwilę lub na dłużej zatrzymywali się przy zaimprowizowanych stoiskach i pokazywali palcem co chcieli by tym razem zjeść. W atmosferze unoszacego się dymu i zapachu ziół oraz naparów ludzie przemykali od jednego stoiska do drugiego i chłonęli, bo jedzeniem tego masywnego procesu nazwać - to zbyt mało. I wszystko było pyszne. Nawet ośmiornica, której nogi tata dał mi do pogryzienia. Choć najbardziej przypadły mi do gustu kluseczki z ciemnym, nie za słodkim sosem. Cały od tego jedzenia co prawda byłem brudny i lepki, ale wartość doznaniowa była niemierzalna żadną ze znanych mi skal.
Zastananawiam się znów, czy dzieci, jako istoty dość proste i nieobarczone jeszcze tysiącem ograniczeń oraz nieposiadający tak wielkiej skali porównawczej, nie smakują świata głębiej? Czy nie jest tak, że biorąc do ust kluski z sosem po prostu cieszą się ich smakiem nie starają się rozgryźć z czego ów smak się składa. Czy pijąc kwaśne zwyczajnie pozwalają aby kubeczki smakowe przekazały tę prostą informację do mózgu zamiast szukać analogii do wcześniej smakowanego już mango lassi dochodzić do wniosku, że tamto było lepsze? Pewnie dowiem się tego jak dorosnę. A na razie zbieram bazę smaków i czerpię z tego podstawową radość. Bo to wszystko jest takie dobre.
GEORGETOWN polecam smakoszom i fanom mieszaniny kulturowej. Amen.
KAROL W AZJI - JESTEM BIAŁYM NIEDŹWIEDZIEM NA KRUPÓWKACH
Poszę się nie bać. Nie wróciłem sam do Polski i nie uciekłem do Zakopca. Użyłem tej paraleli po to, aby dać wszystkim możliwość zwizualizowania sobie moment, kiedy pojawiam się na ulicy. Ponieważ nie wielu ludzików w wieku 2 lat pokazuje się społeczności azjatyckiej na żywo, właściwie gdzie bym się nie pojawił wzbudzam poruszenie i, na szczęście, pozytywne emocje. Przeważnie kończące się tym, że któraś pani chce mnie dotknąć, pogłaskać po ręku, uszczypnąć w nogę albo zrobić sobie ze mną zdjęcie. Przyznam - nie lubię tego. Odwracam się wtedy, robię tęgie miny oraz wyciągam ręce do rodziców, aby wyratowali mnie z takiej opresji. Zdarza się jednak, iż z takiej znajomości można wyciągnąć wymierne korzyści. Takie jak:
Cukierki w hinduskiej restauracji
Banan ( którego z resztą nie zjadłem ) na targu obok chińskiej śniadaniowni.
Balonik w kształcie żółwika na paradzie w ChinaTown
Owoc wielkości śliwki od pana na targu
Liczi na przystani od pani sprzedającej owoce z koszyka
A także parę innych, których już nie pamiętam, gdyż musiałem je szybko zjeść. Bo rodzice nie do końca pozwalają mi przyjmować takie prezenciki. A cóż złego może być w takim małym, nic nieznaczącym dowodzie sympatii?
Wracając jednak do podszczypywań i poklepywań. Białe dziecko w Azji to widok niecodzienny więc musiałem przywyknąć do tego, że zaraz za uśmiechem Pani w kolejce w sklepie pójść musi chęć wyciągnięcia ręki i dotknięcia mnie gdzie by. Się pytam, czy nie mogą taty dotykać? Większy jest i łatwiej go sięgnąć. A Azja milczy i wyciąga paluszki, które zaraz uszczypną mnie pod kolanem. Życie gwiazdora łatwe nie jest.
sobota, 14 września 2013
KAROL W AZJI - ZACZYNAM LUBIĆ PIASEK
To znaczy kiedyś jadłem go znacznie wiecej, ale wtedy słowo "lubię" miało trochę inne znaczenie. Wiązało się tylko z jedzeniem. Teraz jem piasek sporadycznie, tylko wtedy kiedy się zaplącze między palcami. A cenię go dlatego, że poslużył mi jako narzędzie naukowe. Co nie było trudne, bo wyspy Perhentian są pełne piasku, możecie mi uwierzyć. Ale od początku.
Do wyspy nazwanej "Small Island", choć wcale mała nie jest, dopływa się niedużą łódką, która pędzi w zawrotnym tempie. Mama trzymała mnie na kolanach, dzięki czemu nie urwało mi głowy. A wiatr wiał potężny. I fale uderzały w łodkę jak diabli. Wiedziałem, że nic mi się nie stanie bo mama i tata byli przy mnie cały czas, ale trochę się bałem. Przestałem się bać dopiero, kiedy po czterdziestu minutach dopłynęliśmy na miejsce.
Woda była koloru, jakiego jeszcze nie widziałem. Taki niebieski z zielonym a miejscami kremowy ( do od piasku ). Temperatura jej to mniej więcej zupa od Babci Heni po leciutkim tylko wystygnięciu. Kiedy wiał wiatr cieplej było w wodzie niż poza nią. Taką aurą przywitały na wyspy, na których rodzina moja wraz z Mają zdecydowali się spędzić trzy dni.
Od razu mi się ten pomysł spodobał, bo łażenie po piasku to coś, co bardzo lubię.
Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak samo przez cały pobyt. Rano pobudka (rodzice budzili się przede mną, czyli dobrze się wysypiałem) potem śniadanie, kąpiel, obiad, kąpiel/nurkowanie (tylko dorośli niestety) a potem kolacja (złapałem fazę na kluski, smażone, gotowane, z warzywami, rosołem czy innymi dodatkami. Nie ważne. Byle kluski. )
Problem polegał na tym, że od 2 dni nie miałem już styczności z wielkim porcelanowym uchem, więc wszystko to co zjadłem zostawało w moich małych kiszkach i czekało na dzień świstaka. Który nie nadchodził. Może stad właśnie brały się moje bolesne chwile, kiedy przychodziłem do rodziców i mówiłem "boli brzuszek". Postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień a potem najeść się trawy albo niedojrzałych kokosów i sprawa powinna odpuścić. Choć nie chciałbym być wtedy na miejscu moich rodziców.
Plaża na wyspach jest fantastyczna. Bielutki piasek i palmy, które dają na tyle dużo cienia, że można leżeć blisko wody nie opalając skóry. Ja jestem dość biały po tacie, więc zawsze nalegam na to, aby mnie posmarować filtrem 50, żeby nie skończyć tak jak mama, kiedy poszła dnia poprzedniego nurkować z maską i rurką. Na początku myślałem, że podobnie jak u pawianów, które były w zoo, mama rozpoczęła okres godowy, ale potem wyszło na jaw, że spalona do czerwoności pupa to konsekwencja nienałożenia kremu wokół kostiumu. I teraz rozumiem, czemu mama nie chciała ze mną usiąść na piasku. Myślałem, że to coś personalnego, ale na szczęście to tylko poparzenie. Uff.
Zejście do wody jest idealne, bo nie wymaga jakich umiejętności. Jest płytko, miękko i bardzo ciepło. Dlatego pozwalam sobie na częste wpadnie do morza i chlapanie dookoła siebie. Trochę pokrzykuję, ale jak widzę, nikogo to nie wzrusza.
Zbudowaliśmy także wydmę na brzegu ( choć tata dumnie i do końca nazywał ją zamkiem) i zrozumiłem, że kiedy tata zaczyna się bawić ze mną w coś, co też go fascynuje ( w większości przypadków znacznie bardziej niż mnie) nie należy mu przeszkadzać ani się denerwować. Można czasem powiedzieć coś w stylu 'wow' albo klasnąć w dłonie, wtedy tata widocznie rośnie i zabiera się do odlewania z wody i piasku jeszcze jednej wieżyczki, w której wg niego będzie mieszkać księżniczka. Siedziałem i patrzyłem na tatę budującego zamek i pomyślałem sobie wtedy, że moja edukacja 'jak znów być dzieckiem' ma swój bezsprzeczny postęp i że nie ustanę w walce o to, żeby w tacie było jeszcze więcej dziecka.
Bo nie wiem, czy wiecie, ale to własnie my - dzieci jesteśmy odpowiedzialne za to, że w rodzicach ( a głownie w tatusiach), jak z komórek macierzystych, kiedy poddane odpowiednim kuracjom zamieniają się w wybrany przez naukowców narząd, rodzi nowe dziecko. Dziecko uśpione przez wielkie korporacje, wyciszone przez poczucie odpowiedzialności, dziecko zahibernowane przez presję społeczną, dziecko zdominowane przez chęć bycia jak najszybciej dorosłym. Tacy duzi ludzie nie potrafią się cieszyć tym, że promyki słońca rozgrzały ich skórę, że deszcz ( o temperaturze kompotu przy obiedzie z rodzicami na wsi w 1982 roku) zmoczył delikatnie ich głowy i ramiona, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomniał im pierwszy spacer za rękę z koleżanką z przedszkola, że gwiazdy na niebie są najlepszą definicją nieskończoności i w końcu, że zmoczenie sobie butów idąc po rosie nie jest tylko i wyłącznie pierwszą oznaką grypy lub infekcji dróg moczowych a może być doznaniem wręcz metafizycznym. Bo tylko dzieci wiedzą jak bardzo wiele wnosi w życie to, że jest się dzieckiem. Bo nimi są. W końcu byt określa świadomość.
Myśląc o tym wszystkim patrzyłem na tatę, który właśnie wsadził rękę w mokry piasek i patrząc na mnie powiedział.
- Ale super. Chłodno - i zamyślił się. Wiem o czym myślał. O chłodzie, jakie daje piasek. I o niczym więcej.
Będą z niego ludzie. Też włożyłem w piasek rękę i poczułem ten sam chłód. Siedziałem tak z Tatą i chwilę milczeliśmy. Fajnie, że udało mi się tatę tego nauczyć. Teraz lubię piasek jeszcze bardziej.
Do wyspy nazwanej "Small Island", choć wcale mała nie jest, dopływa się niedużą łódką, która pędzi w zawrotnym tempie. Mama trzymała mnie na kolanach, dzięki czemu nie urwało mi głowy. A wiatr wiał potężny. I fale uderzały w łodkę jak diabli. Wiedziałem, że nic mi się nie stanie bo mama i tata byli przy mnie cały czas, ale trochę się bałem. Przestałem się bać dopiero, kiedy po czterdziestu minutach dopłynęliśmy na miejsce.
Woda była koloru, jakiego jeszcze nie widziałem. Taki niebieski z zielonym a miejscami kremowy ( do od piasku ). Temperatura jej to mniej więcej zupa od Babci Heni po leciutkim tylko wystygnięciu. Kiedy wiał wiatr cieplej było w wodzie niż poza nią. Taką aurą przywitały na wyspy, na których rodzina moja wraz z Mają zdecydowali się spędzić trzy dni.
Od razu mi się ten pomysł spodobał, bo łażenie po piasku to coś, co bardzo lubię.
Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak samo przez cały pobyt. Rano pobudka (rodzice budzili się przede mną, czyli dobrze się wysypiałem) potem śniadanie, kąpiel, obiad, kąpiel/nurkowanie (tylko dorośli niestety) a potem kolacja (złapałem fazę na kluski, smażone, gotowane, z warzywami, rosołem czy innymi dodatkami. Nie ważne. Byle kluski. )
Problem polegał na tym, że od 2 dni nie miałem już styczności z wielkim porcelanowym uchem, więc wszystko to co zjadłem zostawało w moich małych kiszkach i czekało na dzień świstaka. Który nie nadchodził. Może stad właśnie brały się moje bolesne chwile, kiedy przychodziłem do rodziców i mówiłem "boli brzuszek". Postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień a potem najeść się trawy albo niedojrzałych kokosów i sprawa powinna odpuścić. Choć nie chciałbym być wtedy na miejscu moich rodziców.
Plaża na wyspach jest fantastyczna. Bielutki piasek i palmy, które dają na tyle dużo cienia, że można leżeć blisko wody nie opalając skóry. Ja jestem dość biały po tacie, więc zawsze nalegam na to, aby mnie posmarować filtrem 50, żeby nie skończyć tak jak mama, kiedy poszła dnia poprzedniego nurkować z maską i rurką. Na początku myślałem, że podobnie jak u pawianów, które były w zoo, mama rozpoczęła okres godowy, ale potem wyszło na jaw, że spalona do czerwoności pupa to konsekwencja nienałożenia kremu wokół kostiumu. I teraz rozumiem, czemu mama nie chciała ze mną usiąść na piasku. Myślałem, że to coś personalnego, ale na szczęście to tylko poparzenie. Uff.
Zejście do wody jest idealne, bo nie wymaga jakich umiejętności. Jest płytko, miękko i bardzo ciepło. Dlatego pozwalam sobie na częste wpadnie do morza i chlapanie dookoła siebie. Trochę pokrzykuję, ale jak widzę, nikogo to nie wzrusza.
Zbudowaliśmy także wydmę na brzegu ( choć tata dumnie i do końca nazywał ją zamkiem) i zrozumiłem, że kiedy tata zaczyna się bawić ze mną w coś, co też go fascynuje ( w większości przypadków znacznie bardziej niż mnie) nie należy mu przeszkadzać ani się denerwować. Można czasem powiedzieć coś w stylu 'wow' albo klasnąć w dłonie, wtedy tata widocznie rośnie i zabiera się do odlewania z wody i piasku jeszcze jednej wieżyczki, w której wg niego będzie mieszkać księżniczka. Siedziałem i patrzyłem na tatę budującego zamek i pomyślałem sobie wtedy, że moja edukacja 'jak znów być dzieckiem' ma swój bezsprzeczny postęp i że nie ustanę w walce o to, żeby w tacie było jeszcze więcej dziecka.
Bo nie wiem, czy wiecie, ale to własnie my - dzieci jesteśmy odpowiedzialne za to, że w rodzicach ( a głownie w tatusiach), jak z komórek macierzystych, kiedy poddane odpowiednim kuracjom zamieniają się w wybrany przez naukowców narząd, rodzi nowe dziecko. Dziecko uśpione przez wielkie korporacje, wyciszone przez poczucie odpowiedzialności, dziecko zahibernowane przez presję społeczną, dziecko zdominowane przez chęć bycia jak najszybciej dorosłym. Tacy duzi ludzie nie potrafią się cieszyć tym, że promyki słońca rozgrzały ich skórę, że deszcz ( o temperaturze kompotu przy obiedzie z rodzicami na wsi w 1982 roku) zmoczył delikatnie ich głowy i ramiona, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomniał im pierwszy spacer za rękę z koleżanką z przedszkola, że gwiazdy na niebie są najlepszą definicją nieskończoności i w końcu, że zmoczenie sobie butów idąc po rosie nie jest tylko i wyłącznie pierwszą oznaką grypy lub infekcji dróg moczowych a może być doznaniem wręcz metafizycznym. Bo tylko dzieci wiedzą jak bardzo wiele wnosi w życie to, że jest się dzieckiem. Bo nimi są. W końcu byt określa świadomość.
Myśląc o tym wszystkim patrzyłem na tatę, który właśnie wsadził rękę w mokry piasek i patrząc na mnie powiedział.
- Ale super. Chłodno - i zamyślił się. Wiem o czym myślał. O chłodzie, jakie daje piasek. I o niczym więcej.
Będą z niego ludzie. Też włożyłem w piasek rękę i poczułem ten sam chłód. Siedziałem tak z Tatą i chwilę milczeliśmy. Fajnie, że udało mi się tatę tego nauczyć. Teraz lubię piasek jeszcze bardziej.
KAROL W AZJI - KOTA BHARU
Jako prawie dwulatek uważam, że jestem dobrym kompanem do podróżowania. Mam swoje zdanie, ale pozwalam wybierać rodzicom te miejsca, które wg nich są interesujące. Nie marudzę, jeżeli miejsce nie spełni moich oczekiwań. Bo ja jeszcze nie mam wymagań co do miejsca. Mam wymagania bezpieczeństwa, bliskości moich rodziców, zabawy i butelki z wodą. Cała reszta jest drugoplanowa. Dlatego też nie marudziłem, kiedy dojechaliśmy autobusem wersji Businness na dworzec autobusowy w mieście Kota Bharu, które pogrążone jeszcze we śnie i spowite ciemnym szalem kończącej się nocy, powitało nas gorącem bijącym z asfaltu, jakby dzień zamknął swój kramik raptem piętnaście minut przedtem. Była 6:30 kiedy Tata obudził mnie, leżącego na dwóch fotelach z nogami w górze.
- Wysiadamy kolego. Dojechaliśmy na miejsce - powiedział cicho, tak żeby nie wyrwać mnie ze snu zbyt szybko. Wiedział, że mogę się zacząć denerwować, a to oznacza syrenę na przynajmniej 100 dB.
- obudziłem? Już? - odparłem krótko, gdyż na razie tylko tyle w temacie pobudek potrafiłem wiedzieć w języku dorosłych. Docenialem to, że tata wyniósł mnie z autokaru prawie bez zmieniania mojej horyzontalnej pozycji i położył w wózku. Pomyślałem, że w nagrodę pośpię sobie jeszcze.
Kiedy się obudziłem, mama, tata i Maja siedzieli ze mną w małej knajpie jakieś 100 metrów od miejsca zrzutu i pili kawę. Była 8:00. Daleko nie zaszli. Jak się potem okazało nie mogli wymienić kasy, bo wszystkie bankomaty czynne były od 9:00.
Miasto, w którym mieliśmy jednodniowy przystanek nie wyróżniało się niczym specjalnym. Jedynie jedzenie było w nim dobre i bardzo tanie, ale niestety tegoż dnia złapała mnie jakaś drobna infekcja i zupełnie odechciało mi się jeść.
- Boli mnie brzuszek - oznajmiłem i oczekiwałem szybkiej reakcji, która na szczęście nadeszła. Dostałem syropek, który od razu pomógł mi zmniejszyć dolegliwość i spokojnie zasnąć. Ale miasto to będzie mi się kojarzyło raczej z bolącym żołądkiem niźli z ferią smaków. Z to moi rodzice poradzili sobie znacznie lepiej. Jedli i smakowali aż im sie uszy trzęsły. Dobrze, że im się podobało.
Tak jadąc i patrząc na wszystko, co się wokół mnie zmienia każdego dnia zastanawiam się, jaki to będzie miało wpływ na mnie za kilka lat. Prawdopodobnie nie będę w ogóle tego pamiętał, a zdjecia nie zastąpią wspomnień. Mój umysł jest bardzo chłonny, bardzo elastyczny teraz więc cała ta podróż powinna wywrzeć jakiś impakt na to, jaki będę, ale li tylko w podświadomości się to wszystko ukryje? Czy może jakiś przebłysk jeden czy dwa pozostaną? Może będę mógł sobie w głowie, za kilka lat, narysować wspomnienie Singapuru, lotu samolotem czy smak hinduskiego jedzenia w Little India? Pewnie nie, ale wtedy będę mógł zajrzeć do tych zapisek i dosztukować wspomnienia przekształcone w słowo pisane.
Zaczynam coraz wiecej powtarzać i sprawia mi radość tworzenie dłuższych zdań z ciekawymi słowami. Ostatnio, kiedy siadaliśmy do śniadania mój tata uśmiał się do łez, kiedy zapytał imię o mój wybór.
- Karol. Co chcesz zjeść na śniadanie. Może być ryż?
- Nie - odpowiedziałem zawieszajac głos na 5 sekund - może, kluski?
To słowo "może" spowodowało, że tata się uśmiał i dał mi wielkiego buziaka. Chyba mnie mocno kocha.
wtorek, 10 września 2013
KAROL W AZJI - ZOO SINGAPUR
Ten dzień był już typowo wakacyjny, co dla mnie oznaczało robienie wszystkiego pode mnie. Nie wyłączając z tego jednego z tych procesów fizjologicznych, po których trzeba mnie całkowicie umyć. Tym razem jednak uznałem, że oszczędzę moich starszych i zawołam ich zanim rzeczywiście wyjdzie mi zrobienie tego pod siebie. To jest niesamowite jak bardzo dorośli fascynują się tymi tematami u dzieci, a dowodem tego jak bardzo jest to chore była reakcja taty, kiedy zakończyłem, bądź co bądź ciężki proces spointowany odgłosem spłuczki, na którą to reakcje składało się klaskanie i głośno eksplikowane wyrazy uznania. Jakbym na tej muszli conajmniej na księżyc poleciał. Fakt, że mi się dwa dni zbierało i można było, przy twardości tego towaru, szyby nim przycinać, ale żeby aplauz godny bramki w lidze mistrzów odstawiać? Tato, czy aby nie przesada?
To była poranna niespodzianka, po której poszliśmy na jedzenie. Już pisałem o jedzeniu w Singapurze, że nie ma takiego podniebienia, któremu to miasto by nie dogodziło. Ja jeszcze jestem młodocianych podróżnikiem i smakoszem, ale już wiem, że na kulinarnej mapie świata to miejsce zasługuje na poważne wyróżnienie.
Śniadanie tym razem zjadłem z rodzicami we francuskiej bagieterii, chrupiąc świeże pieczywo z łososiem. W planie tego dnia było Zoo, ale ponieważ bardzo późno wyszliśmy z domu, zacząłem się robić niespokojny, bo wiedziałem, iż na dole budynku, w którym mieszkaliśmy jest basen i plac zabaw. A niestety znam tempo moich ukochanych rodziców i wiem, że jak nie zadbać o siebie to będą mnie wozić po mieście oglądając piękne rzeczy, piękne dla tych, którzy wiedzą co można z nimi zrobić. Bo jak się bawić świątynią, w której siedzi Budda, czy ulicą pełną Chińczyków. Oczywiście mogę się zgubić w tłumie albo zrzucić buddzie czapkę ale boję się, że to nie końca to, co powinno się robić w takich sytuacjach. Dlatego w sobie tylko znany sposób zachęciłem rodziców do powrotu do mieszkania, założenia kąpielówek, strojów i zanurzenia się w otchłani z jacuzzi. To rozumiem i to robić lubię. Szczczególnie, że są wakacje. A w wakacje lubię robić to, co sprawia mi radość. Na szczęście moi rodzice są potencjalnie dobrymi uczniami tej zasady i mam nadzieję, iż po skończeniu wycieczki będą wiedzieli, że każdy dzień w podróży muszą zaplanować tak, żeby i oni i ja mieli z tego dnia radość.
Na dowód tego, że chyba zrozumieli o czym rozmyślałem obiecali mi, że po śniadaniu wrócimy do domu i na plac zabaw, a potem dopiero pojedziemy do Little India skąd po zjedzeniu obfitego obiadu w stylu "mister, mister, very good price, very good food" udamy się do ZOO na nocne zwiedzanie. To był własnie układ, o którym wczesniej pisałem. Trochę dla mnie trochę dla nich.
Basen mnie wciągnął, więc kiedy czas był już iść na górę w celu ubrania i wyruszenia, zrobiłem małą awanturkę, która jednak szybko się skończyła, jako że obiecano mi zobaczenie tygrysa i słonia.
Zaczałem odpływać i już przy wyjściu z domu słaniałem się jak Gołota przed Knock-outem, a kiedy dotarliśmy do metra spałem snem sprawiedliwego pochrapując co chwil kilka.
Kiedy się ocknąłem było już po wizycie w hinduskiej dzielnicy, a jedyne wspomnienie fantastycznej wg relacji taty restauracji, zmaterializowane było w plastikowym pudełku w postaci ryżu z sosem z soczewicy. Zjadłem tę potrawę na chwilę przed wejściem na pokład kolejki, o której zaraz.
Zoo w Singapurze to przedsięwzięcie klasy światowej. Ma 40 lat, ale nie wyglada na tyle. Nie ma tam krat, nie ma zbyt dużego dystansu pomiędzy dziećmi a zwierzętami, ale mimo wszystko jest to miejsce bezpieczne. Kiedy tam dojechaliśmy była godzina około 19:00 i było już prawie ciemno. Tu robi się ciemno wcześnie przez cały rok, a jasno dość późno. Czyli dzień trwa od 7:00 do 19:00. ZOO, aby wykorzystać warunki pogodowe, bo ciepło jest dostatecznie, jest otwarte także w nocy. Nazywa się to Nocne safari i czerpie swoją wyższość nad innymi aktywnościami z faktu, że pewne zwierzaki dają się obejrzeć tylko po zmroku. Kolejka, o której wspominałem, zabrała nas sprzed wejścia i pojechaliśmy prawie nieoświetloną alejką, wokół której ciągnęły się obszary zamieszkałe przez kojoty, sarenki, wilki, hieny, tygrysy, słonie i inne nocne marki. Było cicho i ciemno, a zza każdego rogu pojawiało się nowe zwierzę. Tata robił zdjęcia, ale chyba szukał jakiegoś zwierza, którego tam w ogóle nie było bo ciągle powtarzał takie jedno słowo, które poprzedzone przedrostkiem 'o' świadczyło o tym chyba, że właśnie to ono miało być, ale się nie pojawiło. Potem dowiedziałem się, że to chodziło o to, iż było w tym parku za mało światła i obiektyw nie chciał ostrzyć. Tylko, że nadal nie wiem co to oznacza.
Kiedy już zobaczyłem wszystkich nocnych uczestników dżungli, dojechaliśmy z powrotem do wejścia - rodzice zabrali mnie na lody. Lody lubię. Lubię też ciocię Maję, o której obiecałem trochę napisać.
Ciocia Maja, to przyjaciółka mojej mamy jeszcze ze studiów. Kiedy Maja zapytała mamę, czy mogłaby z nami pojechać na wycieczkę, którą mama planowała już na trochę wcześniej, mama odrzekła, że to bardzo specyficzna wycieczka będzie, bo Karol, czyli ja, będzie powodował, iż regularności występujące na takich wyprawach ze 100% pewnością nie będą zachowane.
- Własnie o to mi chodzi - odpowiedziała Maja i poprosiła, aby kupić jej bilet samolotowe na ten sam lot co nasz.
I oto jest. Ciocia, której na początku nie chciałem podać rączki, której się trochę bałem, No bo jak to mamy być teraz we 4 osoby jak planowaliśmy 3. I to przez całe 3 tygodnie? A tu się okazuje, że ciocia to fantastyczny materiał na najlepszego przyjaciela i to nie tylko w podróży. I to nie są próżne słowa - prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. A Ona - oddała mi swój soczek, kiedy w desperacji wzywałem wszystkich obowiązujących Bogów na ziemi Singapurskiej, posprzątała mój orzeszkowy refluks z miejsca, gdzie nie powinienem pozostawić po sobie śladów, kupiła mi bułę, pływała ze mną w basenie i zna kilka szlagierów ruchowo-wokalnych takich jak: jedzie, jedzie pan, albo kosi kosi łapci. Dobra z niej ciocia, więc w pełni akceptowana jest brana pod uwagę podczas rundy wymuszania wzięcia mnie na ręcę. Już mówiłem o tym, że tatę ciągle bolą ręce, mamę plecy, a ciocia jeszcze chyba młoda jest, bo nic ją nie boli. Ale na ręce brać nie chce. A to peszek. I tak Ją lubię.
Z zoo wróciliśmy późno, ale to nie była nasza ostatnia w nim wizyta. Kiedy tylko słoneczko ogłosiło, iż skoczyła się noc, a zaczął poniedziałek, ruszyliśmy skoro świt, o 12:00 ( i dlatego lubię wakacje) ponownie do zoo. Tym razem w świetle dnia, choć może trochę zbyt dżdżystego. Ponieważ rano znów udało mi się wymusić basen, a ta aktywność jest niezmiernie wyczerpująca, już w autobusie zasnąłem i żeby długą opowieść zrobić krótką, przespałem większość zwierząt, ale widząc jaką radość sprawiła ta wizyta moim opiekunom, nie awanturowałem się o to, że mnie nie obudzili na tygrysa białego. Na szęście widziałem jednego w dniu poprzednim a wszystko wynagrodziły mi orangutany, które znam z jednej piosenki i bardzo je lubię, ale zupełnie nie miałem do tej pory pojęcia jak naprawdę wyglądają. Teraz już wiem. Są duże i ciemno rude. I bardzo śmieszne.
Wrażenie zrobił nam mnie także biały miś, który leżąc w sali o temperaturze bliskiej zeru lizał zamrożone w kosztach części ryb. Taki sorbet o smaku niesolonej flądry. Fuj!
Potem miś wyszedł na wybieg, zanurzył się w wodzie i podpływając do szyby, zza której można było go obserwować, szybko wynurzał się na powierzchnię mając z tego prawdopodobnie wiele radości.
Bardzo polecam to zoo bo jest wielkie, nie ma klatek i krat ( tylko te zwierzęta, które są niebezpieczne siedzą za grubą szybą z plexi lub dzieli je fosa, która chroni odwiedzających przed złym humorem takiego np lwa). Wszystko jest dla dzieci, wszędzie można z wózkiem. Zwierzęta są bardzo fajne i niektóre można dotykać
Kiedy wróciliśmy z zoo została nam chwila czasu na drobną toaletę i pojechaliśmy złapać autobus, który mial nas zawieść na północ Malezji. Do Kotan Bahru. 12 godzin w autobusie, ale podobno jest bazo pięknie tam, gdzie jedziemy. Oby.
niedziela, 8 września 2013
KAROL W AZJI - PIERWSZY DZIEŃ NA MIEŚCIE - SINGAPUR
Chciałem powiedzieć, że się obudziliśmy, ale wcale nie poszliśmy spać. Mimo różnicy czasowej jakoś bardzo szybko się udało mi przestawić, że jest dzień (choć w domu jest 6 godzin do tyłu i kiedy o 7:00 wyszliśmy z lotniska, babcia Ula i Buba pewnie smacznie sobie spały w swoich domach przekręcając się z boku na bok). Mieszkanie wujka Adama jest duże, jasne, ma wielki balkon, z którego wiać dużą część Singapuru, winda wjeżdża do przedpokoju klimatyzacja szumi wesoło powodując, iż w pomieszczeniach panuje przyjemny chłodek dający schronienie termiczne po tym, jak wraca się z miasta ociekając potem. Chodząc po mieście, pomyślałem, że jeszcze nigdy nie miałem wrażenia, iż jestem w saunie, nie będąc w saunie. Ale deszcz, który pada teraz prawie każdej nocy powoduje, że wilgotność powietrza sięga w zasadzie powyżej miary kąta prostego. Jeżeli mogę się tak wyrazić.
Wzięliśmy więc szybko oczyszczający prysznic poszliśmy na śniadanie. Singapur to mieszanka różnych kultur, wiem bo podsłuchiałem Mamę, jak czytała na głos przewodnik. Głównie mieszkają tu Chińczycy i Malezyjczycy, ale Hindusów jest też bardzo wielu. Dlatego śniadanie można zjeść na wiele sposób. Można oczywiście iść na kanapkę z serem i szynką, ale to jest europejskie i dość drogie, ale można zjeść lokalnie, np zupę, która nazywa się Laksa (jest robiona z mleka kokosowego i jakichś lokalne zerwanych w Malezji ziół) lub kluski z jajkiem - tak trochę jak pad thai. Ponieważ lubię kluski udało mi się dostać od taty część jego zupy, tę gęstą, która smakowała mi bardzo.
Jedzenie azjatyckie, które znam i lubię, gdyż już nie raz rodzice zamówili do domu hindusa albo coś rodem z Pekinu, jest inne niż nasze ziemniaki. Po pierwsze więcej tu sosów, są bardziej aromatyczne i przeważnie ostre. Nie przeszkadza mi to, bo zawsze można popić wodą lub soczkiem, ale zastanawiam się po co sypać tyle ostrego do jedzenia, żeby aż łzy leciały. Bo mi czasem lecą, ale i tak jem. Nie chcę sprawiać moim rodzicom zawodu, skoro mnie karmią tym lokalnymi specjałami.
Śniadanie na raty zjedliśmy po indyjsku i malezyjsku a potem ruszyliśmy na miasto. Najbardziej lubię jak tata lub mama nosi mnie na rękach, ale ostatnio zauważyłem, że chyba się starzeją obydwoje ( stawiam na osteoporozę) bo za każdym razem, kiedy chcę na rączki to jedno mówi, że go ręce bolą a drugie, że plecy. Do lekarza trzeba iść. Podobno w Singapurze jest dobra służba zdrowia...
Każą mi więc albo jeździć w wózku albo chodzić samemu. I wybieram to drugie, ale mam pewien problem, bo tu wszyscy ludzie, ba a nawet samochody, wszyscy poruszają się pod prąd! Stad kiedy idę sam, cały czas na kogoś wpadam, mówię hahaham (co w oryginale ma znaczyć przepraszam) i idę dalej, znów na kogoś wpadając. Nawet kierownice, wyobraźcie sobie, chodź wiem, że to nie łatwe, mają po drugiej stronie. Czyli pasażer kieruje a kierowca nie ma jak! Bardzo to jest dziwne i zarazem śmieszne, bo gdyby tak było u nas w domu, to może w końcu w domu mógłbym wymusić na tacie siedzenie po prawej stronie z przodu uprzednio powiedziawszy, że "niech mu będzie i że nie muszę siedzieć na fotetu kierowcy, czyli z przodu po lewej.
Za to metro mają super. Duże, nowoczesne i ze ścianą na peronach, w których to ścianach drzwi same się otwierają, kiedy kolejka się zbliża do peronu.
Ludzie też są bardzo otwarci, a szczeglnie że wyglądam egzotycznie, chętnie się do mnie uśmiechają i zwalniają miejsce dla matki/taty z dzieckiem. Dzieki czemu prawie w metrze nie stoimy.
Mógłbym w takim mieście mieszkać. Jest tu owszem głośno, dużo się dzieje, a jakość wszystkiego co nas otacza jest taka, że można ją polubić. Jakoś jedzenia jest też dopasowana nie tylko nawet do kieszeni, bo jedzenie jest tanie, ale do humoru danego dnia. Można iść do budki z ryżem, i za 10-15 zł zjeść całkiem porządne i świeże jedzenie, a kiedy najdzie nas na to ochota można umówić się ze znajomymi na homara w przystępnej cenie.
To właśnie zrobiliśmy pierwszego wieczoru. O godzinie 21:00, kiedy wydawało mi się, że dzień się kończy ( a byliśmy w chinatown, jadłem pierwszy raz pałeczkami, widzieliśmy wielki hotel na Marina Bay Sands, chodziliśmy i oglądaliśmy najbardziej wymyślne budowle w centrum miasta) rodzice zapakowali mnie w wózeczek i ruszyliśmy na wieczorny podbój miasta. W restauracji nad brzegiem małego jeziorka udałem, że właśnie zasnąłem, żeby rodzicom dać chwilę wytchnienia po całym dniu i dałem dobie rozłożyć wózek do pozycj leżącej. Rodzice zasiedli przy stole razem z Ciocią Mają i wójkiem Adamem, dołączył do nich jeszcze jeden kolega, który nie mówił po polsku i zamówili dwa homary. Jeden w sosie curry a drugi w sosie pieprzowym. Widziałem jak mama rozłupywała skorupkę takimi specjanymi szczypczykami i wyjadała mięsko z wewnątrz. Musiało jej smakować, bo mruczała i mlaskała przy tym obficie. Tata podobnie, choć chyba dostał część z dużą ilością pancerza, gdyż dłubał i dłubał, a kawałeczki mieska, które wkładał do buzi były wielkość ząbka czosnku, który z resztą też się pojawił na stole, ale w formie rozgniecionej wraz z warzywem, które w azji nazywają Morning Glory. Kilka godzin wcześniej, kiedy byliśmy w chińskiej dzielnicy rodzice nakarmili mnie jedną potrawą, która trochę przypominała to co jedli teraz, ale mam wrażenie, że składała się w bardziej kruchych i jednorodnych kawałków. Ciocia Maja, która dzieciństwo spędziła w Chinach, powiedziała, iż to co jedliśmy w dystrykcie państwa środka to chiński czosnek smażonyna woku z sosem rybnym. Tak czy owak - bardzo mi to smakowało i zjadłem całą miseczkę. Rodzice zmienili mi trochę dietę, ciężko jest o dobrą bułę, więce idziemy w kluski i ważywa. O to tu jest łatwo. Trochę może pikantne, ale bardzo dobre. Ja spałem a rodzice kończyli homara. Była godzina około 23:00, więc dla nieprzestawionych jeszcze organizmów zdawać się mogło, że to popołudnie. Na szczęście słońce zachodzi tu dość wcześnie, więc wiadomo kiedy jest czas spania a kiedy zabawy. Choć jak widać było po moich rodzicach, wszystko im się poprzestawiało. Bo tak.
- Z samego rana tata ziewał jakby nie spał całą noc
- Mama złapała komara w metrze i usta jej się otworzyły samoczynnie, jakoby bezwładu jakiegoś doznała
- Obydwoje jak kloszardzi rodowodowi zasnęli około 15:00 w parku na ławkach i spali dobre 30 minut.
- Kiedy zapadła noc, zamiast przeczytać mi kilka bajek i położyć do łózka wyszli ze mną na imprezę.
- Kiedy wróciliśmy z błąkania się po mieście usiedli z drinkami na balkonie i siedzieli rozmawiając ze sobą.
A ja patrzyłem na nich z politowaniem, bo nabrałem właśnie pewności, że to wspominany już proces starzenia spowodował, że niezbędne są im popołudniowe drzemki a potem nie mogą spać po nocach.
Do snu po pierwszym, pełnym emocji, dniu w Singapurze ułożyła mnie burza, która właśnie około 3:00 w nocy nadciągnęła nad miasto i rządziła się rzucając piorunami to tu to tam. Grzmiało i szumiało deszczem. W sam raz, żeby monotonnie utulić dziecko do snu.
KAROL W AZJI - ZNÓW SAMOLOT
Poranek rodzice zgotowali mi dość szybki. Kiedy kładłem się do łóżka jeszcze nie byli do końca spakowani, robili coś na komputerach w dużym pokoju, więc uznałem, że nie będę im przeszkadzał, a wiedząc o jak nieludzkiej porze mieli zamiar mnie zerwać, szybko zasnąłem.
Śniło mi się, że na lotnisku wita mnie szpaler na zielono ubranych stewardes i każda z nich w ręku trzyma szklaneczkę soczku oraz kajzerkę, chrupiącą i świetnie wypieczoną bułeczkę, która przekrojona na pół posmarowana jest do tego masełkiem. Każda z pań zachęca mnie do sięgnięcia po specjał właśnie z jej tacki i uśmiecha się do mnie niczym modelka z pierwszej strony gazety Poradnik Domowy.
Idę szerokim korytarzem stewardes i trochę onieśmielony bogactwem wyboru finalnie nie biorę ani jednego kubeczka z napojem i nie korzystam z maleńkich jak moja piąstka wytworów przemysłu piekarnianego. Co może oznaczać ten sen, jak się skończy? Nie wiem, ponieważ został brutalnie przerwany przez mojego tatę, który ciepłym głosem, o godzinie 5:30 orzekł, że czas wstawać i że zaraz polecimy do Singapuru. Tak jakbym nie wiedział, że mamy właśnie tam lecieć. Nie mniej jednak godzina przed szóstą przestała być moją ulubioną porą (kiedyś sam lubiłem wpaść do rodziców i zrobić im apel w tym właśnie czasie) i uznałem, że Singapur jest na tyle zaawansowany technologicznie i urbanistycznie, że nie ucieknie jak poleżę sobie jeszcze 15 minut.
Tata był innego zdania i nalegał. Kłótnia nie była długa, gdyż obiecał, że w samolocie będzie soczek i bułka z masłem. Skąd mógł wiedzieć o moim śnie? Moi rodzice są jeszcze nierozgryzioną przeze mnie zagwostką, stąd wolałem nie negocjować z kimś, kto wiedział o czym przed minutą śniłem. Trochę mnie to zmroziło, przyznam.
Cały zmrożony wyszedłem z rodzicami na podwórko, gdzie wbrem mojemu zmrożeniu rozpoczynał się słoneczny i zapowiadający się ciepło dzień. Rodzice spakowali się w dwa plecaki (Tata tym razem chyba nie wziął nic, bo widziałem ile było moich rzeczy, a plecaki z gumy nie są [wziąłem tylko najpotrzebniejsze rzeczy, czyli 5 kg bagażu - komentarz taty]) i szybko dojechaliśmy na lotnisko. Ono już zawsze będzie się mi kojarzyło z takim śmiesznym panem o gługich włosach i garbatym nosie. Z takim panem, który grał na fortepianie.
Nasze lotnisko już znam, więc śmiało uderzyliśmy do sklepu duty free, gdzie wydawało mi się, że wszyscy mnie już kojarzyli więc uśmiechom nie było końca. Potem szybki lot do Kopenhagi, nic nadzwyczajnego, bo Embreaerem 195 już leciałem, Pani dała wodę, tata przypiął pasami i miękko wylądowaliśmy. Lotnisko ładne i duże i do tego mają fantastyczne wózki, które mieszczą idealnie jedno dziecko, a ponieważ moim rodzicom nie wiele trzeba jeżeli chodzi o wygłupy, to wyścigi w wózkach po lotnisku w Kopenhadze uważam za udane i wystarczająco wariackie, żeby o nich wspomnieć.
Drugi samolot, którym to mieliśmy się udać do samego Singapuru był już za to wielki. Boeing 777-200 to maszyna, która ma 9 miejsc w rzędzie a nam, z racji tego że wszyscy wiedzieli, że ja będę leciał, przypadł rząd 31, czyli ten zaraz przy ścianie, gdzie jest dużo miejsca na nogi jest wygodnie i bardzo blisko do kuchni. Kiedy tylko wsiedliśmy przyszła do nas śliczna pani ubrana w taką kolorową piżamę, zapytała jak mam na imię i od tego czasu mówiła do mnie Charlie. Przyznam, że ja nie zapytałem jej jak ona ma na imię, ale po pierwsze pewnie byłoby to trudne imię ( pani wyglądała na Tajkę lub Malezyjkę) a po drugie nie umiem tego powiedzieć po angielsku. Nauczyłem się za to ważniejszej frazy, która już kilkakrotnie zadziała, czyli I WANT JUICE - po której wypowiedzeniu natychmiast otrzymuję szklaneczkę soczku z dowolnego owoca. Jeszcze muszę nad tatą popracować w kwestii angielskiego tłumaczenia słowa BUŁA. I moje sny się spełnią.
Kiedy tylko wystartowaliśmy cała moja aktywność poranna oraz pierwszy odbyty lot dał o sobie znać i natchmiast zasnąłem na rękach taty, który przedtem, zgodnie z procedurą, przypiął mnie do siebie pasami. Kiedy się obudziłem po prawie 4 godzinach leżałem w przymontowanej do ściany kołysce, wyściełanej miękkim kocykiem, a tata, mama oraz ciocia Maja (o której jeszcze napiszę, bo jest naszym 4 członkiem rodziny podczas tej podróży) spali jak susełki na swoich siedzeniach. Jeszcze chwilę poleżałem, a następnie powolnym, delikatnym wręcz aksamitnym głosem zacząłem budzić tatę i podobnie jak on o piątej z groszami nie miałem zamiaru ustąpić. Tym razem byłem głodny. A tata wie, że żartów wtedy ze mną nie ma.
Linie Singapore Airlines, którym odbywaliśmy lot, to jedne z lepszych pod zwględem obsługi linii na świecie. Jedzenie było super ( jadłem to, co tata, czyli wołowinę smażoną z sosem rybnym) pani przynosiła wodę, ciasteczka, pieluszki, mokre chusteczki, ciepłe ręczniczki (jak miałem sobie nim wytrzeć pupę przy wszystkich, się pytam?), do napojów dostawałem słomki, a nalepki z postaciami z Madagaskaru świetnie się trzmały na nogach nieznanych mi pasażerów. Można powiedzieć - ubaw po pachy.
Szybko zrobiło się ciemno, ludzie zaczęli kłaść się znowu spać, więc uznałem, że wystarczająco dobrze mnie Panie w kuchni poznały, żeby spróbować wynegocjować batona. Tak zwane oczy kotka ze Shreka zadziałały perfekcyjnie. Po uzupełnieniu poziomu cukru we krwi nadszedł czas na drzemkę w mojej kołysce przymontowanej specjalnie dla mnie do ściany samolotu. W mojej kołysce poczułem się jak ktoś wyjątkowy. Nie byłem nic nieznaczący dla Pań stwewardes, nie byłem obojętny dla linii Singapore Airlines, ludzie w samolocie uśmiechali się do mnie. Byłem mały, a byłem kimś. A przy mnie były najważniejsze dla mnie osoby - moi rodzice, którzy utulili mnie do snu. Czy mogłem sobie wymarzyć lepszy początek wakacji?
Wylądować w Singapurze ogromnym samolotem, to wielka sztuka. Wylądować gdziekolwiek ogromnym samolotem to wielka sztuka, ale ponieważ obudziłem się zaraz przed lądowaniem w kraju, którego walutą jest dolar warty około 2,5 złotego to cieszę się, że pilotom ta sztuka się jeszcze raz udała. Padał deszcz, ale temperatura wynosiła mniej wiecej 30 stopni. Uznałem, że to dobra aura do tego, żeby zejść z pokładu samolotu, pożegnać się z przesympatycznymi Paniami stwerdesami i spokojnie udać się do miasta. Tata zawsze zwraca uwagę na zapach, jaki uderza w nozdrza po wyjściu z samolotu, ale Singapur jest na tyle czystym miastem, na tyle dba się o to, żeby śmieci były posprzątane, że po wydostaniu się z terminalu mogliśmy poczuć zapach ciepłego i wilgotnego powietrza. Nie czuć było zgniłej ryby, nie czuć było rozkładających się bananów czy innych owoców. Poprostu zwyczajny zapach miasta, na którgo powierzczhnię przez cały dzień padał deszcz. To znaczyło, że ktoś dba o miasto na tyle, że będę się w nim czuł bezpiecznie i nie będę miał możliwości zjeść niczego z ziemi (o co moi rodzice się najbardziej bali, gdyż nie mogli mnie jeszcze zaszczepić na dur brzuszny z racji mojego wieku). Wsiedliśmy do kolejki i za niecałą godzinę byliśmy już u wujka Adama w jego mieszkaniu na 13 piętrze.
piątek, 6 września 2013
KAROL W AZJI - PRZYGOTOWANIA
Dla tych, którzy mnie nie znają, albo dołączyli do tego bloga niedawno - mam na imię Karol, mimo iż mój narząd mowy przetwarza to imię na słowo, którego nie ma w języku polskim, czyli Dadoł. Moje nazwisko to Pełka, ale podobnie jak z imieniem wymawiam je trochę inaczej. Tym razem słowo to istnieje w naszym języku. Pipa - tak mówię, jeżeli ktoś zapyta mnie o nazwisko. Dadoł Pipa. Oryginalnie, mimo iż niektórzy twierdzą że śmiesznie.
Jestem aktualnie prawie dwulatkiem, który pełen świadomości swojej egzystencji rośnie w domu dwojga bardzo śmiesznych ludzi - moich rodziców - którzy od czasu do czasu sprawiają mi duże niespodzianki. Jedną z nich jest właśnie zbliżającą się podróż, o której, jak już pozwoliłem sobie napomknąć - dowiedziałem się last minute. Czyli na końcu.
Mam wrażenie że przepływ informacji w naszej rodzinie, a właściwie kolejność dowiadywania się o rzeczach ważnych, jest liniowo uzależniona od wzrostu członka rodziny. A ja mimo swojej jeszcze niewielkiej wysokości jestem pełnoprawnym uczestnikiem rodziny i powinno się ze mną konsultować ważne decyzje. Powiem o tym rodzicom jak już będę w stanie wypowiedzieć słowo "konsultować" tak, żeby rodzice wiedzieli, iż użyłem tego właśnie zabiegu leksykalnego świadomie. Bo jestem dowodem na to, że teoria głosząca, jako że dzieci w pełni rozwijają zdolności oratorskie jeszcze w stanie prenatalnym, jest prawdziwa. Ja tylko nie potrafię tego powiedzieć, bo język nie jest zbyt giętki. Ale to co pomyśli głowa jest jasne i klarowne. Dlatego już po raz kolejny siadam za klawiaturą i chcę wylać na elektroniczny papier, to czego jeszcze nie umiem opowiedzieć. Choć przyznam, że w porównaniu z wyjazdem do USA, którą to wycieczkę rodzice zafundowali mi w zeszłym roku, to moje zdolności w kwestii mówienia są daleko, daleko dalej. Nie będę się na nich skupiał, bo mimo wszystko jest mi wstyd, że cały czas nie potrafię powiedzieć krioterapeutyczny czy acetylosalicylany, ale pracuję nad tym.
Jest jeszcze jedna teoria, o której muszę tu wspomnieć, bo inaczej czytelnik może pomyśleć, iż to wcale nie ja piszę tego bloga, bo przecież klikanie w klawiaturę to trudne zadanie, a poza tym nie jest możliwe, żebym znał tyle trudnych słów, składni etc. Szanowni Państwo - dziecko na prawdę dziedziczy po rodzicach nie tylko wygląd czy charakter, ale także słownictwo. To tak jakby ktoś zrobił aktualizację systemu operacyjnego młodego człowieka wygrywając mu zasoby systemów obydwojga osobników wstępnych. Darwin to czuł, ale nie potrafił tego wytłumaczyć.
Co do pisania - jeżeli dziś potrafimy laparoskopowo zoperować serce 24 tygodniowego maleństwa nie wyjmując go z mamy, jeżeli są tacy, którzy potrafią innym wmówić, że Elvis żyje, albo że mgła była sztuczna, to jestem pewny, iż wytłumaczenie jak udało mi się dostać do komputera Taty i pisać to wszystko jest dziecinnie łatwe. Technologia może dziś zdziałać cuda. Pozostawię więc tę zagadkę nierozwiązaną. A może ktoś z was wie? Najciekawsze odpowiedzi nagrodzę ręcznie wykonanymi prezentami. Piszcie na adres tu.karol.pelka@gmail.com
Ale wracając do samej podróży. Dowiedziałem się ostatni, nie dano mi się spakować porządnie, nie mogłem wziąć mojego ulubionego kota, wbito mi dwie igły w ramiona, bo że niby muszę mieć żóltaczkę A i jakieś Meningo Kotki ( jakbym w ogóle o to prosił!). Czyli wszystko zaczęło się znów chaotycznie, bez dobrego przygotowania ( czy ktoś wziął smoczek? Czy ktoś pamiętał o nocniku? Czy ktoś wie, że bez butelki z dużą dziurką kaszki jadł nie będę?)
A potem pobudka o 5 rano i jazda na lotnisko. Żeby tylko to poświęcenie z mojej strony było warte tego co zobaczę. Więc tym bardziej będę uważnie obserwował i pisał. Duzo pisał.
Czuwaj.
Dadoł Pipa
czwartek, 5 września 2013
KAROL W AZJI - POCZĄTEK
Jutro, jak się okazuje ruszamy w długą podróż. Oczywiście nikt mi nic nie powiedział, nikt nie pokazał mi zakupionych biletów oraz nikt nie zapytał, czy mam kartę Miles and More.
Dla tych, którzy czytali moje przygody w USA to nie nowość, że od czasu kiedy się pojawiłem w życiu rodziców, a wyruszają oni w podróż, to ja przejmuję rolę rodzinnego skryby i to ja opisuję jak podróż przebiega. Dlatego proszę zapiąć pasy. Będzie jeszcze bardziej ironicznie niż przed ponad rokiem, będzie barwniej i ciekawiej.
Jutro Singapur, a potem? Proszę czytać.
Dla tych, którzy czytali moje przygody w USA to nie nowość, że od czasu kiedy się pojawiłem w życiu rodziców, a wyruszają oni w podróż, to ja przejmuję rolę rodzinnego skryby i to ja opisuję jak podróż przebiega. Dlatego proszę zapiąć pasy. Będzie jeszcze bardziej ironicznie niż przed ponad rokiem, będzie barwniej i ciekawiej.
Jutro Singapur, a potem? Proszę czytać.
środa, 4 września 2013
TATA TATY
Powoli odkrywam w szczegółach, czemu tak bardzo mi
zależy, aby być dobrym tatą. Pewnie nie trzeba być wielkim psychologiem, aby
zgadnąć, że mam chęć nie popełnić tych błędów, które popełniliśmy ( tak -
popełniliśmy bo ja też wiem, co zrobiłem źle) z moim Tatą.
Ostatnio spotkałem się z nim, choć często to w
najbliższej przeszłości nie bywało i powiedziałem mu to, co aktualnie myślę na
temat ojcostwa, a co jest bezpośrednim wynikiem faktu, iż sam stałem się ojcem
i robię wszystko aby temat rozgryźć na cząstki elementarne. Zapytałem go
najpierw, czy wie, co mi przekazał jako spuściznę emocjonalną. Bo co mi
fizycznie dał, to oczywiście obydwaj wiemy i nie negujemy wartości tego bagażu.
Nie wiedział jak odpowiedzieć na to pytanie.
Bo to trudne pytanie. Co tata naprawdę zostawia synowi.
Mówię NAPRAWDĘ, bo to co mu się wydaje, że zostawia nie zawsze, a nawet
zaryzykowałbym stwierdzenie - niezmiernie rzadko - jest tym co dziecko
rzeczywiście sobie zabierze. To był chyba pierwszy raz, kiedy takie pytanie
zostało postawione między nami. Mój Tata się trochę zamyślił i zaczął powoli
odpowiadać. Szło mu niespiesznie, bo chyba badał czy to co mówi składa się z
tym co ja myślę, ale po kilku chwilach szukania na oślep powiedział:
- Nie wiem.
Ja też pewnie tego nie będę wiedział, kiedy zapyta mnie
o to mój syn. To niełatwa rozmowa, mimo iż jesteśmy dorosłymi facetami. A może
właśnie dlatego niełatwa. Bo dzieciom jest prościej rozjaśnić meandry ludzkich
myśli i uczuć. Dzieci nie mają swoich głębokich doświadczeń w tej
dziedzinie. A dorośli tak.
- Chcesz wiedzieć co dla mnie jest najważniejsze, z tego
co pokazałeś mi na swoim przykładzie?
- Chcę - odpowiedział mój tata i zamyślił się znów.
- To może być bolesne, bo pewnie nie zepnie się z Twoją
listą.
- Nie wiem, czy kiedykolwiek pomyślałem sobie aby taką
listę ułożyć - zdawało się, że chciał powiedzieć, ale tylko popatrzył się na
mnie i uśmiechnął oczyma.
- Nauczyłeś mnie, że większość spraw nie jest aż tak
ważna, żeby się nimi przejmować. Że tylko sprawy bardzo ważne są ważne, a te
mniej ważne można zawsze łatwo rozwiązać. Nie powiedziałeś mi, które to są te
najważniejsze, ale bardzo dobrze pokazałeś jak spokojnie podchodzić do spraw
drobnych, które wydają się być nierozwiązywalne.
- Tak?
- Tak. Tego mnie nauczyłeś. Dzięki Tobie mam dystans,
który sprawia, że mogę się skupić na tych ważnych rzeczach, a nie przejmować
się błahostkami. Jak rozpoznawać te ważne nauczyłem się żyjąc zadając pytania
po drodze, ale gdybym nie miał dystansu, pewnie bym ich nie potrafił
zidentyfikować.
Nie powiedziałem dziękuję. Bo czy za to powinno się
dziękować? Czy może wystarczy zebrać tę wiedzę to kupy i przekazać swojemu
synowi w formie zapłaty za to co się otrzymało od swojego taty?
Mój Tata jakby wiedząc o czym myślę spojrzał nam mnie i
powiedział
- Ja z dziadkiem nie miałem dobrej relacji.
- Chcesz przez to powiedzieć, że fakt ten rzutuje na
nasze stosunki? Oczywiście, że rzutuje.
- Bardziej chodzi o to, że ja żyłem z nim w konflikcie.
Przez 4 lata się do niego nie odzywałem.
- My nie mamy takiego problemu. Jestem za duży, żeby się
obrażać na Ciebie za to jaki jesteś. Bo jesteś moim Tatą i już zawsze nim
będziesz - nie zależnie od tego co się stanie.
- Nie mamy takiego problemu. To fakt. Ale Ty nie wiesz,
jakie ja mam problemy.
- Oczywiście, że nie wiem. Bo mi o nich nie mówisz.
Gdybyś jednak chciał, to powtarzam zawsze jak się widzimy czy słyszymy, żebyś
wpadł do mnie i powiedział to co Cię dręczy. Bo komu masz to powiedzieć?
Mój ton głosu był trochę szorstki, a może to
zdecydowanie tylko mnie wydało się odrobinę chropowate.
- Jak byłeś młodszy dostawałeś wszystko, co mogliśmy Ci
z mamą dać.
- Jak byłem młodszy to to wszystko było łatwiejsze. Bo
byliście dla mnie naturalnym autorytetami. I szedłem za wami nie zadając pytań.
- Ale kiedy kupiliśmy ziemię i chcieliśmy budować dom,
to byłeś cały za tym projektem.
- To był ten moment, kiedy przechodziłem z fazy
"popieraj" w fazę "kwestionuj" i okazało się, że je nie
chcę tam mieszkać, gdzie Ty chciałeś postawić dom. Ale nie zauważyłeś tego i cały czas chciałeś realizować moje, czy
może tylko i wyłącznie swoje, marzenia bez zważania na to, czego chce Twoje
dziecko.
Wtedy zrozumiałem istotę zacieru konfliktu mojego Taty z
Mamą. Mój tata bardzo chciał wybudować dom, a w pewnym momencie pozostał sam w
tym dążeniu na tyle, że zamknął się w
sobie. Myśl o budowie domu zdominowała jego działania na tyle, że wszyscy
którzy nie byli z nim, jawili się jako jego wrogowie.
- Ale gdybyś wtedy zdecydował się mnie wesprzeć, teraz
być tam szczęśliwie mieszkał.
- Mieszkał - prawdopodobnie. Szczęśliwie - to już dla
mnie jest wątpliwe.
Rozmowa skończyła się stwierdzeniem, że to wszystko
nie jest łatwe. Obydwaj doszliśmy do wniosku, że tak rzeczywiście jest.
Zaprosiłem Tatę ponownie do naszego
mieszkania, żeby budował więzy ze swoim jedynym wnukiem, a potem On poszedł do
innego stolika rozmawiać z kolejnymi gośćmi uczestniczącymi w weselu, na którym
sytuacja ta miała miejsce. Tyle czasu nam wystarczyło, żeby temat dotknąć.
Nie pełnie, ale dotknęliśmy.
Jeszcze jedno mi mój Tata przekazał, jak się okazało.
Zrozumiałem, że w życiu każdego taty przychodzi taki moment, kiedy dziecko
wchodzi w fazę "kwestionuję" i wtedy nie wolno na siłę realizować
swoich niespełnionych marzeń przez pryzmat potomka, bo nie tylko nie zostanie
to zauważone przez niego, ale także może spowodować wielką frustrację podszytą
dezaprobatą młodszego pokolenia.
Oby nie było mi dane tego momentu przegapić.
ps. Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Tato.
poniedziałek, 2 września 2013
BYĆ TATĄ, CZY MĘŻEM?
Kiedy rodzi się malec, taki jakim jest nasz Karol,
bardzo dużo emocji przekazuje się jemu czasem zapominając, że bez rodziny,
która się lubi ze sobą, dziecko nie jest w stanie zaczerpnąć przykładu jak być
winno. Poświęcanie mu swojej uwagi jest fantastyczne, bo wszystko co się dzieje
jest nowe, inne i cały czas fascynujące. To wszystko jest bardzo kuszące i
zapędzenie się za mocno w ten układ może i wydaje się być dobre dla dziecka,
ale na pewno nie jest dobre dla związku. Mama, która nadmiernie dużo czasu
spędza z dzieckiem może wydać się swojemu parterowi zaniedbującą go, z resztą
działa to w dwie strony. Dlatego my, z moją ślubną, mamy dość często swoje
wieczory, czyli taki czas kiedy możemy spędzić chwilę tylko ze sobą, oczywiście
mając cały czas Karola z tyłu głowy, co więcej często jest on tematem naszych
rozmów, ale są to rozmowy mimo wszystko skupione na nas. To taki paradoks, bo
ten mały człowiek absolutnie zdominował nasz świat przez ostatnie prawie dwa
lata, a z drugiej strony cały czas potrafimy cieszyć się byciem tylko ze sobą,
nawet jeżeli cień obecności naszego synka wisi nad nami. Sami z resztą go tam
przywołujemy.
Jest według mnie kilka rzeczy, które przetrawiwszy
wspólnie po urodzeniu dziecka pozwalają na budowanie związku mimo tego, że
teraz to nie tylko związek kobiety i mężczyzny ale już związek mężczyzny,
kobiety i mężczyzny. Małego mężczyzny. Te rzeczy, to czynności które kiedyś
wychodziły tak zupełnie spontanicznie, a teraz trzeba, podkreślam trzeba
je zaplanować i wykonać. To między innymi kino, teatr, koncert czy nawet
poleżenie w łóżku do 10:00, kiedy młodego nie ma w domu. Tu oczywiście pojawia
się odwieczne pytanie, czy oddawanie na noc dziecka osobom trzecim jest dla
niego okrutne czy nie. Przez pierwszy okres myślałem, że zawiezienie go do
babci jest pozbyciem się go, jednostronnym i egocentrycznym aktem banicji
młodego człowiek poza mury domostwa. Ale potem, kiedy zauważyłem ile radości
daje ta wizyta Karolowi oraz babci, przestałem mieć obiekcje i chwilę wolnego,
sam na sam w domu lub sali koncertowej z żoną traktuję nie tylko jak inwestycję
w nasz związek, ale także jako umocnienie relacji dziadkowie - wnuczek. I
bardzo swobodnie się z tym czuję, bo wiem, że to dobre. Ale trochę czasu zajęło
mi zrozumienie tego mechanizmu.
Czy więc być tatą czy mężem. I czy można być dobrym tatą
i dobrym mężem? Wydaje mi się, że najpierw jednak trzeba być dobrym mężem, a
potem dopiero tatą, bo przecież syn nasz miłości uczy się od nas, a bycie dobrym
mężem oznacza nic innego jak kochać, ufać, wspierać i być dla siebie. A on na
to patrzy. I chłonie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























































