środa, 18 września 2013
KAROL W AZJI - CAMERON HIGHLANDS - NAJCHŁODNIEJ, WIĘC Z FILIŻANKĄ HERBATY
Cameron highlands to region Malezji, gdzie uciekają Kualalumpurczycy ( oczywiście nie tylko) od zgiełku, wielkiego miasta i temperatury. Miejsce położone jest na wysokości circa 2000 metrów a dzięki temu temperatury panujące tam są około 10-15 stopni niższe niż na poziomie morza. Wieczorem to nawet zmarznąć można. Powietrze jest czyste i świeże a śpi się tam jak dziecko. Znaczy jak ja.
Rodzice i Maja zapakowali nas do małego busika z szalonym kierowcą po prawej stronie i już o 8 rano mknęliśmy z GEORGETOWN na południe, przez kręte drogi, o wąskości przełyku węża. Pan kierowca, jak już wspomniałem, był z prawdopodobnie z rodziny Kubiców, stąd kiszki wszystkich pasażerów były poskręcane nie miej niż droga, którą przyszło nam jechać. Mama i tata wzięli sobie po gumie do żucia, która miała zapobiec wyrzutom górną częścią układu pokarmowego, ale zapomnieli o mnie. Lub uznali, że jestem na tyle twardy, że dam radę. No więc - nie dałem. Po kilku dość, moim zdaniem, klarownych sygnałach, że robi mi się gorzej ( mówiłem ' boli brzuszek ' i ' boli pępek ') musiałem niestety umaić taty bluzkę zjedzonym przed chwilą i dopisanym do listy prezencików od nieznajomych, kawałkiem batonika oraz jogurtem, który już wcześniej został delikatnie przez mój mały żołądek nadtrawiony. Były trzy fale ( przepowiadajaca, główna i wtórna), wszystkie dzielny mój tata wziął na siebie, zamortyzował i złego słowa nie powiedział. Przytulił tylko do suchego miejsca i powiedział, że to nic takiego i że zaraz będziemy na miejscu. Sam był trochę zielony, ale nie otrzymałem riposty z treści żołądkowych na czapkę, czyli tata wytrzymał.
Popołudnie mieliśmy zaplanowane na zwiedzanie czterech miejsc. Z czego dwa były dość nudne, a dwa warte odwiedzenia. Te nudne to farma pszczół ( nasz sąsiad na działce ma ładniejsze ule i pszczoły znam z autopsji - dziabnięcie w stopę ) oraz ogród różany ( ciocia Ula na dole w klatce prowadzi kwiaciarnie - jestem u niej codziennie ). Była jeszce farma truskawek, ale ja nie lubię truskawek. W domu z resztą było ich w tym roku pełno.
Podobało mi się za to miejsce w którym latały motyle o wielkości dłoni oraz plantacja herbaty.
Nigdy wcześniej nie widziałem takich dużych motyli, a szczególnie tak ładnych i kolorowych. W książeczce o larwie, która zjada całą masę różnych smakołyków stało co prawda o tym, że z brzydkiego kokona wychodzi po kilku dniach motyl, ale myślałem że to bajka. A tu się okazuje, że takie wielkie kolorowe skrzydlate zwierzaki naprawdę istnieją. Mam w takim razie zacząć sobie układać w głowie to, że wilk rzeczywiście zjadł Czerownego Kapturka? W co tu teraz wierzyć?
Motylek usiadł mi na ręku i nie chciał odlecieć.
- dzień dobry motylku - powiedziałem po cichu. Miał takie delikatne skrzydełka, że głośne krzyczenie mogłoby je uszkodzić.
- ( tu powinien się znaleźć znak cichajnika - czyli odwrotności wykrzyknika - wymyśliłem go aby nadać zdaniu takiej ekspresji, jaką mają słowa wypowiadane tak, że nikt ich nie słyszy)
- Wiem, wiem motylku. Nie możesz mówić, bo nie umiesz po Polsku. Nie przejmuj się, leć sobie spokojnie i usiądź na kwiatku.
Motylek posłuchał i poleciał zająć bardzo ładny czerwony płatek. Motylki tego rodzaju żyją maksymalnie 30 dni, więc wyobrażam sobie, że nie mógł spędzić ze mną za wiele czasu. To tak jakbym przystanął na szlaku wycieczkowym w górach na zupę i pozostał tam dwa miesiące.
Zadałem sobie pytanie, czy chciałbym być motylkiem. Owszem jest piękny i ma ogromne skrzydła, owszem umie latać. Ale chyba 30 dni to dla mnie za krótko. Skoro potrafię spać 12 godzin ciągiem, to za każdym razem jakbym szedł spać budziłbym się 2-3% starszy. Nie zdążyłbym popełnić tych wszystkich błędów, które mam zamiar popełnić. Motylkiem więc zdecydowanie nie chciałbym być.
Wspomniałem w tytule o herbacie. Lubię herbatę ( mówię na nią Api. Kiedy tata wchodzi do domu a widzę, że jest zmęczony po całym dniu pracy wołam:
- Tata, Api?
- nie, dziękuję Karolku, już dziś piłem
- Tata, kawy?
- kawę też już piłem.
- Tata, piwo?
- Widzisz synku, kultura nakazuje przystać na trzecią propozycję. Odmówić to jak nie nakarmić strudzonego wędrowca. Niech będzie piwo więc. ) dlatego ucieszyła mnie perspektywa wizyty na plantacji. Co prawda padał deszcz, ale zobaczyliśmy ogrom uprawy i posmakowaliśmy naparu ze świeżych liści. Bardzo smaczne i aromatyczne.
Ciocia Maja, która jest specjalistką od herbaty ( wyglądało na to, że dużo wie bo opowiadała nam o produkcji i tworzeniu i o tym, że w Polsce pije się dużo herbaty [tak średnio 4-5 szklanek dziennie na głowę ]) powiedziała, że przy zrywaniu liści powinno się tylko 2 górne listki zabrać, a resztę pozostawić tak jak jest. Wtedy herbata jest najwyższej jakości. Chyba taką piliśmy, bo smakowała wyśmienicie. Poza tym dostałem kawałek tortu czekoladowego, a przy tym wszystko smakuje wyśmienicie.
O jedzeniu ryżu, zup i warzyw pisał teraz nie będę, bo nie różniło się to co nam serwowano zbyt wiele od tego co jadłem wcześniej. Powiem tylko, że znów się obiadłem jak pająk w oborze i że kluski są the best.
poniedziałek, 16 września 2013
KAROL W AZJI - GEORGETOWN - prawie jak Europa
Straszne jest to, że przez wiele lat przed moim urodzeniem ludzie najeżdżali innych ludzi po to, żeby czerpać z tego korzyści. Wywoływał wojny, żeby przejąć czyjeś ziemie, na których albo rosło jakieś dobro, albo było pod nią jakieś dobro, albo można było wykorzystać tę ziemię jako czasowy magazyn dla jakiegoś dobra.
GEORGETOWN należy do grupy miast, mieszczących się w tej trzeciej kategorii. Ponieważ leży dokładnie pomiędzy Indiami a Chinami, a podczas rządów Brytyjskich w Indiach potrzebowano portu, który stałby się półmetkiem między długą trasą pomiędzy, Brytyjczycy zwyczajnie wylądowali na wyspie Penang i zajęli miasto. Ciekawe jak by się czuli, gdyby Chińczycy wymyślili sobie, że Londyn to świetna stacja przesiadkowa w podróży między Pekinem a Nowym Jorkiem i zaczęli sobie budować pagody nad Tamizą.
Nie mniej jednak na początku IXX wieku statki brytyjskie często zawijały do tego portu. Dzięki czemu miasto stało się skrzyżowaniem 4 kultur. Bo najechane wcześniej przez muzułmanów było do tej pory opanowanie przez islam, fajfokloki przywiozły smak kultury kolonialnej, Hindusi, pracujący na statkach zainstalowali Wisznu i Sziwę a Chińczycy dodali coś od siebie. Tak uformowało się miasto, które do dziś na jednej ulicy mieści świątynię hinduską, meczet, chiński kościół, anglikańską katedrę, budynki rodem z IXX wiecznej Hiszpanii czy Portugalii, a na dodatek podobno gdzieś niedaleko jest cmentarz żydowski.
Podobało mi się tam, bo tak bardziej jakby w domu byłem, ale biorąc pod uwagę ile osób musiało się z powodu tego miasta pokłócić, a może nawet pozabijać, to coś mi się tak widzi, że skórka nie była warta wyprawki.
GEORGETOWN to miasto portowe, więc zaraz po przyjeździe poszliśmy odwiedzić nomen omen port. Stały tam duże statki transportowe, mniejsze barki przewożące ludzi i samochody oraz ogromny prom, prawdopodobnie chiński, o czym świadczyć mogły napisy na nim, który wyglądał na taki, co ma więcej niż trzy baseny na wszystkich swoich ponad 10 piętrach. Widać Chińczycy lubią tu przypływać, bo jest ich wizualnie dużo, poza tym miasto to może stanowić cel bardzo przyzwoitej wycieczki, jako że baza hotelowa jest tu dobra, jedzenie przednie i tanie a i pogoda w miarę, bo od morza troche chłodu zawsze się przyciągnie.
My do tego miasta przyjechaliśmy dla odmiany małym busem, który przez dżunglę dzielącą jedno wybrzeże od drugiego przedarł się znakomicie. Jak to zrobił nie pytajcie, gdyż ja większość trasy przespałem u mamy i taty na kolanach. Znaleźliśmy hotelik na skraju chińskiej dzielnicy i ruszyliśmy eksplorować ten kulturowy kocioł.
Hotelik, w którym się zatrzymaliśmy był dopiero co otworzony, o czym świadczyły gratulacyjne wieńce z kwiatów ustawione na sztalugach zaraz przy wejściu głównym. Maszyna z ciepłą woda potwierdzała pochodzenie właścicieli, przecież bez zaparzonej świeżo herbaty dzień może być pechowy, a na pewno nie będzie tak dobrze smakował jak z filiżanką zielonego naparu w ręku. Korzystałem z tej maszyny popijając ciepłą wodę, prawie za każdym razem kiedy wychodziliśmy z hotelu. Może i w domu powinniśmy sobie takie coś zainstalować? Muszę pogadać z tatą.
Przed naszymi frontowymi drzwiami, wieczorem, kiedy już zapadał zmrok, na ulicę wylegali specjaliści od chodnikowej kuchni, szefowie ruchomych palników i maestro przenośnych z zestawów w Wokiem w roli głównej, którzy dawali upust swojej kulinarnej fantazji. W wersji chińskiej, bo jak wspomniałem mieszkaliśmy na obrzeżach ChinaTown. Kluski, ryż, zupy wszelakie, sos sojowy oraz ostre papryczki znikały w jamochłonach przechodniów, którzy na chwilę lub na dłużej zatrzymywali się przy zaimprowizowanych stoiskach i pokazywali palcem co chcieli by tym razem zjeść. W atmosferze unoszacego się dymu i zapachu ziół oraz naparów ludzie przemykali od jednego stoiska do drugiego i chłonęli, bo jedzeniem tego masywnego procesu nazwać - to zbyt mało. I wszystko było pyszne. Nawet ośmiornica, której nogi tata dał mi do pogryzienia. Choć najbardziej przypadły mi do gustu kluseczki z ciemnym, nie za słodkim sosem. Cały od tego jedzenia co prawda byłem brudny i lepki, ale wartość doznaniowa była niemierzalna żadną ze znanych mi skal.
Zastananawiam się znów, czy dzieci, jako istoty dość proste i nieobarczone jeszcze tysiącem ograniczeń oraz nieposiadający tak wielkiej skali porównawczej, nie smakują świata głębiej? Czy nie jest tak, że biorąc do ust kluski z sosem po prostu cieszą się ich smakiem nie starają się rozgryźć z czego ów smak się składa. Czy pijąc kwaśne zwyczajnie pozwalają aby kubeczki smakowe przekazały tę prostą informację do mózgu zamiast szukać analogii do wcześniej smakowanego już mango lassi dochodzić do wniosku, że tamto było lepsze? Pewnie dowiem się tego jak dorosnę. A na razie zbieram bazę smaków i czerpię z tego podstawową radość. Bo to wszystko jest takie dobre.
GEORGETOWN polecam smakoszom i fanom mieszaniny kulturowej. Amen.
KAROL W AZJI - JESTEM BIAŁYM NIEDŹWIEDZIEM NA KRUPÓWKACH
Poszę się nie bać. Nie wróciłem sam do Polski i nie uciekłem do Zakopca. Użyłem tej paraleli po to, aby dać wszystkim możliwość zwizualizowania sobie moment, kiedy pojawiam się na ulicy. Ponieważ nie wielu ludzików w wieku 2 lat pokazuje się społeczności azjatyckiej na żywo, właściwie gdzie bym się nie pojawił wzbudzam poruszenie i, na szczęście, pozytywne emocje. Przeważnie kończące się tym, że któraś pani chce mnie dotknąć, pogłaskać po ręku, uszczypnąć w nogę albo zrobić sobie ze mną zdjęcie. Przyznam - nie lubię tego. Odwracam się wtedy, robię tęgie miny oraz wyciągam ręce do rodziców, aby wyratowali mnie z takiej opresji. Zdarza się jednak, iż z takiej znajomości można wyciągnąć wymierne korzyści. Takie jak:
Cukierki w hinduskiej restauracji
Banan ( którego z resztą nie zjadłem ) na targu obok chińskiej śniadaniowni.
Balonik w kształcie żółwika na paradzie w ChinaTown
Owoc wielkości śliwki od pana na targu
Liczi na przystani od pani sprzedającej owoce z koszyka
A także parę innych, których już nie pamiętam, gdyż musiałem je szybko zjeść. Bo rodzice nie do końca pozwalają mi przyjmować takie prezenciki. A cóż złego może być w takim małym, nic nieznaczącym dowodzie sympatii?
Wracając jednak do podszczypywań i poklepywań. Białe dziecko w Azji to widok niecodzienny więc musiałem przywyknąć do tego, że zaraz za uśmiechem Pani w kolejce w sklepie pójść musi chęć wyciągnięcia ręki i dotknięcia mnie gdzie by. Się pytam, czy nie mogą taty dotykać? Większy jest i łatwiej go sięgnąć. A Azja milczy i wyciąga paluszki, które zaraz uszczypną mnie pod kolanem. Życie gwiazdora łatwe nie jest.
sobota, 14 września 2013
KAROL W AZJI - ZACZYNAM LUBIĆ PIASEK
To znaczy kiedyś jadłem go znacznie wiecej, ale wtedy słowo "lubię" miało trochę inne znaczenie. Wiązało się tylko z jedzeniem. Teraz jem piasek sporadycznie, tylko wtedy kiedy się zaplącze między palcami. A cenię go dlatego, że poslużył mi jako narzędzie naukowe. Co nie było trudne, bo wyspy Perhentian są pełne piasku, możecie mi uwierzyć. Ale od początku.
Do wyspy nazwanej "Small Island", choć wcale mała nie jest, dopływa się niedużą łódką, która pędzi w zawrotnym tempie. Mama trzymała mnie na kolanach, dzięki czemu nie urwało mi głowy. A wiatr wiał potężny. I fale uderzały w łodkę jak diabli. Wiedziałem, że nic mi się nie stanie bo mama i tata byli przy mnie cały czas, ale trochę się bałem. Przestałem się bać dopiero, kiedy po czterdziestu minutach dopłynęliśmy na miejsce.
Woda była koloru, jakiego jeszcze nie widziałem. Taki niebieski z zielonym a miejscami kremowy ( do od piasku ). Temperatura jej to mniej więcej zupa od Babci Heni po leciutkim tylko wystygnięciu. Kiedy wiał wiatr cieplej było w wodzie niż poza nią. Taką aurą przywitały na wyspy, na których rodzina moja wraz z Mają zdecydowali się spędzić trzy dni.
Od razu mi się ten pomysł spodobał, bo łażenie po piasku to coś, co bardzo lubię.
Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak samo przez cały pobyt. Rano pobudka (rodzice budzili się przede mną, czyli dobrze się wysypiałem) potem śniadanie, kąpiel, obiad, kąpiel/nurkowanie (tylko dorośli niestety) a potem kolacja (złapałem fazę na kluski, smażone, gotowane, z warzywami, rosołem czy innymi dodatkami. Nie ważne. Byle kluski. )
Problem polegał na tym, że od 2 dni nie miałem już styczności z wielkim porcelanowym uchem, więc wszystko to co zjadłem zostawało w moich małych kiszkach i czekało na dzień świstaka. Który nie nadchodził. Może stad właśnie brały się moje bolesne chwile, kiedy przychodziłem do rodziców i mówiłem "boli brzuszek". Postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień a potem najeść się trawy albo niedojrzałych kokosów i sprawa powinna odpuścić. Choć nie chciałbym być wtedy na miejscu moich rodziców.
Plaża na wyspach jest fantastyczna. Bielutki piasek i palmy, które dają na tyle dużo cienia, że można leżeć blisko wody nie opalając skóry. Ja jestem dość biały po tacie, więc zawsze nalegam na to, aby mnie posmarować filtrem 50, żeby nie skończyć tak jak mama, kiedy poszła dnia poprzedniego nurkować z maską i rurką. Na początku myślałem, że podobnie jak u pawianów, które były w zoo, mama rozpoczęła okres godowy, ale potem wyszło na jaw, że spalona do czerwoności pupa to konsekwencja nienałożenia kremu wokół kostiumu. I teraz rozumiem, czemu mama nie chciała ze mną usiąść na piasku. Myślałem, że to coś personalnego, ale na szczęście to tylko poparzenie. Uff.
Zejście do wody jest idealne, bo nie wymaga jakich umiejętności. Jest płytko, miękko i bardzo ciepło. Dlatego pozwalam sobie na częste wpadnie do morza i chlapanie dookoła siebie. Trochę pokrzykuję, ale jak widzę, nikogo to nie wzrusza.
Zbudowaliśmy także wydmę na brzegu ( choć tata dumnie i do końca nazywał ją zamkiem) i zrozumiłem, że kiedy tata zaczyna się bawić ze mną w coś, co też go fascynuje ( w większości przypadków znacznie bardziej niż mnie) nie należy mu przeszkadzać ani się denerwować. Można czasem powiedzieć coś w stylu 'wow' albo klasnąć w dłonie, wtedy tata widocznie rośnie i zabiera się do odlewania z wody i piasku jeszcze jednej wieżyczki, w której wg niego będzie mieszkać księżniczka. Siedziałem i patrzyłem na tatę budującego zamek i pomyślałem sobie wtedy, że moja edukacja 'jak znów być dzieckiem' ma swój bezsprzeczny postęp i że nie ustanę w walce o to, żeby w tacie było jeszcze więcej dziecka.
Bo nie wiem, czy wiecie, ale to własnie my - dzieci jesteśmy odpowiedzialne za to, że w rodzicach ( a głownie w tatusiach), jak z komórek macierzystych, kiedy poddane odpowiednim kuracjom zamieniają się w wybrany przez naukowców narząd, rodzi nowe dziecko. Dziecko uśpione przez wielkie korporacje, wyciszone przez poczucie odpowiedzialności, dziecko zahibernowane przez presję społeczną, dziecko zdominowane przez chęć bycia jak najszybciej dorosłym. Tacy duzi ludzie nie potrafią się cieszyć tym, że promyki słońca rozgrzały ich skórę, że deszcz ( o temperaturze kompotu przy obiedzie z rodzicami na wsi w 1982 roku) zmoczył delikatnie ich głowy i ramiona, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomniał im pierwszy spacer za rękę z koleżanką z przedszkola, że gwiazdy na niebie są najlepszą definicją nieskończoności i w końcu, że zmoczenie sobie butów idąc po rosie nie jest tylko i wyłącznie pierwszą oznaką grypy lub infekcji dróg moczowych a może być doznaniem wręcz metafizycznym. Bo tylko dzieci wiedzą jak bardzo wiele wnosi w życie to, że jest się dzieckiem. Bo nimi są. W końcu byt określa świadomość.
Myśląc o tym wszystkim patrzyłem na tatę, który właśnie wsadził rękę w mokry piasek i patrząc na mnie powiedział.
- Ale super. Chłodno - i zamyślił się. Wiem o czym myślał. O chłodzie, jakie daje piasek. I o niczym więcej.
Będą z niego ludzie. Też włożyłem w piasek rękę i poczułem ten sam chłód. Siedziałem tak z Tatą i chwilę milczeliśmy. Fajnie, że udało mi się tatę tego nauczyć. Teraz lubię piasek jeszcze bardziej.
Do wyspy nazwanej "Small Island", choć wcale mała nie jest, dopływa się niedużą łódką, która pędzi w zawrotnym tempie. Mama trzymała mnie na kolanach, dzięki czemu nie urwało mi głowy. A wiatr wiał potężny. I fale uderzały w łodkę jak diabli. Wiedziałem, że nic mi się nie stanie bo mama i tata byli przy mnie cały czas, ale trochę się bałem. Przestałem się bać dopiero, kiedy po czterdziestu minutach dopłynęliśmy na miejsce.
Woda była koloru, jakiego jeszcze nie widziałem. Taki niebieski z zielonym a miejscami kremowy ( do od piasku ). Temperatura jej to mniej więcej zupa od Babci Heni po leciutkim tylko wystygnięciu. Kiedy wiał wiatr cieplej było w wodzie niż poza nią. Taką aurą przywitały na wyspy, na których rodzina moja wraz z Mają zdecydowali się spędzić trzy dni.
Od razu mi się ten pomysł spodobał, bo łażenie po piasku to coś, co bardzo lubię.
Nasz dzień wyglądał mniej więcej tak samo przez cały pobyt. Rano pobudka (rodzice budzili się przede mną, czyli dobrze się wysypiałem) potem śniadanie, kąpiel, obiad, kąpiel/nurkowanie (tylko dorośli niestety) a potem kolacja (złapałem fazę na kluski, smażone, gotowane, z warzywami, rosołem czy innymi dodatkami. Nie ważne. Byle kluski. )
Problem polegał na tym, że od 2 dni nie miałem już styczności z wielkim porcelanowym uchem, więc wszystko to co zjadłem zostawało w moich małych kiszkach i czekało na dzień świstaka. Który nie nadchodził. Może stad właśnie brały się moje bolesne chwile, kiedy przychodziłem do rodziców i mówiłem "boli brzuszek". Postanowiłem dać sobie jeszcze jeden dzień a potem najeść się trawy albo niedojrzałych kokosów i sprawa powinna odpuścić. Choć nie chciałbym być wtedy na miejscu moich rodziców.
Plaża na wyspach jest fantastyczna. Bielutki piasek i palmy, które dają na tyle dużo cienia, że można leżeć blisko wody nie opalając skóry. Ja jestem dość biały po tacie, więc zawsze nalegam na to, aby mnie posmarować filtrem 50, żeby nie skończyć tak jak mama, kiedy poszła dnia poprzedniego nurkować z maską i rurką. Na początku myślałem, że podobnie jak u pawianów, które były w zoo, mama rozpoczęła okres godowy, ale potem wyszło na jaw, że spalona do czerwoności pupa to konsekwencja nienałożenia kremu wokół kostiumu. I teraz rozumiem, czemu mama nie chciała ze mną usiąść na piasku. Myślałem, że to coś personalnego, ale na szczęście to tylko poparzenie. Uff.
Zejście do wody jest idealne, bo nie wymaga jakich umiejętności. Jest płytko, miękko i bardzo ciepło. Dlatego pozwalam sobie na częste wpadnie do morza i chlapanie dookoła siebie. Trochę pokrzykuję, ale jak widzę, nikogo to nie wzrusza.
Zbudowaliśmy także wydmę na brzegu ( choć tata dumnie i do końca nazywał ją zamkiem) i zrozumiłem, że kiedy tata zaczyna się bawić ze mną w coś, co też go fascynuje ( w większości przypadków znacznie bardziej niż mnie) nie należy mu przeszkadzać ani się denerwować. Można czasem powiedzieć coś w stylu 'wow' albo klasnąć w dłonie, wtedy tata widocznie rośnie i zabiera się do odlewania z wody i piasku jeszcze jednej wieżyczki, w której wg niego będzie mieszkać księżniczka. Siedziałem i patrzyłem na tatę budującego zamek i pomyślałem sobie wtedy, że moja edukacja 'jak znów być dzieckiem' ma swój bezsprzeczny postęp i że nie ustanę w walce o to, żeby w tacie było jeszcze więcej dziecka.
Bo nie wiem, czy wiecie, ale to własnie my - dzieci jesteśmy odpowiedzialne za to, że w rodzicach ( a głownie w tatusiach), jak z komórek macierzystych, kiedy poddane odpowiednim kuracjom zamieniają się w wybrany przez naukowców narząd, rodzi nowe dziecko. Dziecko uśpione przez wielkie korporacje, wyciszone przez poczucie odpowiedzialności, dziecko zahibernowane przez presję społeczną, dziecko zdominowane przez chęć bycia jak najszybciej dorosłym. Tacy duzi ludzie nie potrafią się cieszyć tym, że promyki słońca rozgrzały ich skórę, że deszcz ( o temperaturze kompotu przy obiedzie z rodzicami na wsi w 1982 roku) zmoczył delikatnie ich głowy i ramiona, że zapach świeżo skoszonej trawy przypomniał im pierwszy spacer za rękę z koleżanką z przedszkola, że gwiazdy na niebie są najlepszą definicją nieskończoności i w końcu, że zmoczenie sobie butów idąc po rosie nie jest tylko i wyłącznie pierwszą oznaką grypy lub infekcji dróg moczowych a może być doznaniem wręcz metafizycznym. Bo tylko dzieci wiedzą jak bardzo wiele wnosi w życie to, że jest się dzieckiem. Bo nimi są. W końcu byt określa świadomość.
Myśląc o tym wszystkim patrzyłem na tatę, który właśnie wsadził rękę w mokry piasek i patrząc na mnie powiedział.
- Ale super. Chłodno - i zamyślił się. Wiem o czym myślał. O chłodzie, jakie daje piasek. I o niczym więcej.
Będą z niego ludzie. Też włożyłem w piasek rękę i poczułem ten sam chłód. Siedziałem tak z Tatą i chwilę milczeliśmy. Fajnie, że udało mi się tatę tego nauczyć. Teraz lubię piasek jeszcze bardziej.
KAROL W AZJI - KOTA BHARU
Jako prawie dwulatek uważam, że jestem dobrym kompanem do podróżowania. Mam swoje zdanie, ale pozwalam wybierać rodzicom te miejsca, które wg nich są interesujące. Nie marudzę, jeżeli miejsce nie spełni moich oczekiwań. Bo ja jeszcze nie mam wymagań co do miejsca. Mam wymagania bezpieczeństwa, bliskości moich rodziców, zabawy i butelki z wodą. Cała reszta jest drugoplanowa. Dlatego też nie marudziłem, kiedy dojechaliśmy autobusem wersji Businness na dworzec autobusowy w mieście Kota Bharu, które pogrążone jeszcze we śnie i spowite ciemnym szalem kończącej się nocy, powitało nas gorącem bijącym z asfaltu, jakby dzień zamknął swój kramik raptem piętnaście minut przedtem. Była 6:30 kiedy Tata obudził mnie, leżącego na dwóch fotelach z nogami w górze.
- Wysiadamy kolego. Dojechaliśmy na miejsce - powiedział cicho, tak żeby nie wyrwać mnie ze snu zbyt szybko. Wiedział, że mogę się zacząć denerwować, a to oznacza syrenę na przynajmniej 100 dB.
- obudziłem? Już? - odparłem krótko, gdyż na razie tylko tyle w temacie pobudek potrafiłem wiedzieć w języku dorosłych. Docenialem to, że tata wyniósł mnie z autokaru prawie bez zmieniania mojej horyzontalnej pozycji i położył w wózku. Pomyślałem, że w nagrodę pośpię sobie jeszcze.
Kiedy się obudziłem, mama, tata i Maja siedzieli ze mną w małej knajpie jakieś 100 metrów od miejsca zrzutu i pili kawę. Była 8:00. Daleko nie zaszli. Jak się potem okazało nie mogli wymienić kasy, bo wszystkie bankomaty czynne były od 9:00.
Miasto, w którym mieliśmy jednodniowy przystanek nie wyróżniało się niczym specjalnym. Jedynie jedzenie było w nim dobre i bardzo tanie, ale niestety tegoż dnia złapała mnie jakaś drobna infekcja i zupełnie odechciało mi się jeść.
- Boli mnie brzuszek - oznajmiłem i oczekiwałem szybkiej reakcji, która na szczęście nadeszła. Dostałem syropek, który od razu pomógł mi zmniejszyć dolegliwość i spokojnie zasnąć. Ale miasto to będzie mi się kojarzyło raczej z bolącym żołądkiem niźli z ferią smaków. Z to moi rodzice poradzili sobie znacznie lepiej. Jedli i smakowali aż im sie uszy trzęsły. Dobrze, że im się podobało.
Tak jadąc i patrząc na wszystko, co się wokół mnie zmienia każdego dnia zastanawiam się, jaki to będzie miało wpływ na mnie za kilka lat. Prawdopodobnie nie będę w ogóle tego pamiętał, a zdjecia nie zastąpią wspomnień. Mój umysł jest bardzo chłonny, bardzo elastyczny teraz więc cała ta podróż powinna wywrzeć jakiś impakt na to, jaki będę, ale li tylko w podświadomości się to wszystko ukryje? Czy może jakiś przebłysk jeden czy dwa pozostaną? Może będę mógł sobie w głowie, za kilka lat, narysować wspomnienie Singapuru, lotu samolotem czy smak hinduskiego jedzenia w Little India? Pewnie nie, ale wtedy będę mógł zajrzeć do tych zapisek i dosztukować wspomnienia przekształcone w słowo pisane.
Zaczynam coraz wiecej powtarzać i sprawia mi radość tworzenie dłuższych zdań z ciekawymi słowami. Ostatnio, kiedy siadaliśmy do śniadania mój tata uśmiał się do łez, kiedy zapytał imię o mój wybór.
- Karol. Co chcesz zjeść na śniadanie. Może być ryż?
- Nie - odpowiedziałem zawieszajac głos na 5 sekund - może, kluski?
To słowo "może" spowodowało, że tata się uśmiał i dał mi wielkiego buziaka. Chyba mnie mocno kocha.
wtorek, 10 września 2013
KAROL W AZJI - ZOO SINGAPUR
Ten dzień był już typowo wakacyjny, co dla mnie oznaczało robienie wszystkiego pode mnie. Nie wyłączając z tego jednego z tych procesów fizjologicznych, po których trzeba mnie całkowicie umyć. Tym razem jednak uznałem, że oszczędzę moich starszych i zawołam ich zanim rzeczywiście wyjdzie mi zrobienie tego pod siebie. To jest niesamowite jak bardzo dorośli fascynują się tymi tematami u dzieci, a dowodem tego jak bardzo jest to chore była reakcja taty, kiedy zakończyłem, bądź co bądź ciężki proces spointowany odgłosem spłuczki, na którą to reakcje składało się klaskanie i głośno eksplikowane wyrazy uznania. Jakbym na tej muszli conajmniej na księżyc poleciał. Fakt, że mi się dwa dni zbierało i można było, przy twardości tego towaru, szyby nim przycinać, ale żeby aplauz godny bramki w lidze mistrzów odstawiać? Tato, czy aby nie przesada?
To była poranna niespodzianka, po której poszliśmy na jedzenie. Już pisałem o jedzeniu w Singapurze, że nie ma takiego podniebienia, któremu to miasto by nie dogodziło. Ja jeszcze jestem młodocianych podróżnikiem i smakoszem, ale już wiem, że na kulinarnej mapie świata to miejsce zasługuje na poważne wyróżnienie.
Śniadanie tym razem zjadłem z rodzicami we francuskiej bagieterii, chrupiąc świeże pieczywo z łososiem. W planie tego dnia było Zoo, ale ponieważ bardzo późno wyszliśmy z domu, zacząłem się robić niespokojny, bo wiedziałem, iż na dole budynku, w którym mieszkaliśmy jest basen i plac zabaw. A niestety znam tempo moich ukochanych rodziców i wiem, że jak nie zadbać o siebie to będą mnie wozić po mieście oglądając piękne rzeczy, piękne dla tych, którzy wiedzą co można z nimi zrobić. Bo jak się bawić świątynią, w której siedzi Budda, czy ulicą pełną Chińczyków. Oczywiście mogę się zgubić w tłumie albo zrzucić buddzie czapkę ale boję się, że to nie końca to, co powinno się robić w takich sytuacjach. Dlatego w sobie tylko znany sposób zachęciłem rodziców do powrotu do mieszkania, założenia kąpielówek, strojów i zanurzenia się w otchłani z jacuzzi. To rozumiem i to robić lubię. Szczczególnie, że są wakacje. A w wakacje lubię robić to, co sprawia mi radość. Na szczęście moi rodzice są potencjalnie dobrymi uczniami tej zasady i mam nadzieję, iż po skończeniu wycieczki będą wiedzieli, że każdy dzień w podróży muszą zaplanować tak, żeby i oni i ja mieli z tego dnia radość.
Na dowód tego, że chyba zrozumieli o czym rozmyślałem obiecali mi, że po śniadaniu wrócimy do domu i na plac zabaw, a potem dopiero pojedziemy do Little India skąd po zjedzeniu obfitego obiadu w stylu "mister, mister, very good price, very good food" udamy się do ZOO na nocne zwiedzanie. To był własnie układ, o którym wczesniej pisałem. Trochę dla mnie trochę dla nich.
Basen mnie wciągnął, więc kiedy czas był już iść na górę w celu ubrania i wyruszenia, zrobiłem małą awanturkę, która jednak szybko się skończyła, jako że obiecano mi zobaczenie tygrysa i słonia.
Zaczałem odpływać i już przy wyjściu z domu słaniałem się jak Gołota przed Knock-outem, a kiedy dotarliśmy do metra spałem snem sprawiedliwego pochrapując co chwil kilka.
Kiedy się ocknąłem było już po wizycie w hinduskiej dzielnicy, a jedyne wspomnienie fantastycznej wg relacji taty restauracji, zmaterializowane było w plastikowym pudełku w postaci ryżu z sosem z soczewicy. Zjadłem tę potrawę na chwilę przed wejściem na pokład kolejki, o której zaraz.
Zoo w Singapurze to przedsięwzięcie klasy światowej. Ma 40 lat, ale nie wyglada na tyle. Nie ma tam krat, nie ma zbyt dużego dystansu pomiędzy dziećmi a zwierzętami, ale mimo wszystko jest to miejsce bezpieczne. Kiedy tam dojechaliśmy była godzina około 19:00 i było już prawie ciemno. Tu robi się ciemno wcześnie przez cały rok, a jasno dość późno. Czyli dzień trwa od 7:00 do 19:00. ZOO, aby wykorzystać warunki pogodowe, bo ciepło jest dostatecznie, jest otwarte także w nocy. Nazywa się to Nocne safari i czerpie swoją wyższość nad innymi aktywnościami z faktu, że pewne zwierzaki dają się obejrzeć tylko po zmroku. Kolejka, o której wspominałem, zabrała nas sprzed wejścia i pojechaliśmy prawie nieoświetloną alejką, wokół której ciągnęły się obszary zamieszkałe przez kojoty, sarenki, wilki, hieny, tygrysy, słonie i inne nocne marki. Było cicho i ciemno, a zza każdego rogu pojawiało się nowe zwierzę. Tata robił zdjęcia, ale chyba szukał jakiegoś zwierza, którego tam w ogóle nie było bo ciągle powtarzał takie jedno słowo, które poprzedzone przedrostkiem 'o' świadczyło o tym chyba, że właśnie to ono miało być, ale się nie pojawiło. Potem dowiedziałem się, że to chodziło o to, iż było w tym parku za mało światła i obiektyw nie chciał ostrzyć. Tylko, że nadal nie wiem co to oznacza.
Kiedy już zobaczyłem wszystkich nocnych uczestników dżungli, dojechaliśmy z powrotem do wejścia - rodzice zabrali mnie na lody. Lody lubię. Lubię też ciocię Maję, o której obiecałem trochę napisać.
Ciocia Maja, to przyjaciółka mojej mamy jeszcze ze studiów. Kiedy Maja zapytała mamę, czy mogłaby z nami pojechać na wycieczkę, którą mama planowała już na trochę wcześniej, mama odrzekła, że to bardzo specyficzna wycieczka będzie, bo Karol, czyli ja, będzie powodował, iż regularności występujące na takich wyprawach ze 100% pewnością nie będą zachowane.
- Własnie o to mi chodzi - odpowiedziała Maja i poprosiła, aby kupić jej bilet samolotowe na ten sam lot co nasz.
I oto jest. Ciocia, której na początku nie chciałem podać rączki, której się trochę bałem, No bo jak to mamy być teraz we 4 osoby jak planowaliśmy 3. I to przez całe 3 tygodnie? A tu się okazuje, że ciocia to fantastyczny materiał na najlepszego przyjaciela i to nie tylko w podróży. I to nie są próżne słowa - prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. A Ona - oddała mi swój soczek, kiedy w desperacji wzywałem wszystkich obowiązujących Bogów na ziemi Singapurskiej, posprzątała mój orzeszkowy refluks z miejsca, gdzie nie powinienem pozostawić po sobie śladów, kupiła mi bułę, pływała ze mną w basenie i zna kilka szlagierów ruchowo-wokalnych takich jak: jedzie, jedzie pan, albo kosi kosi łapci. Dobra z niej ciocia, więc w pełni akceptowana jest brana pod uwagę podczas rundy wymuszania wzięcia mnie na ręcę. Już mówiłem o tym, że tatę ciągle bolą ręce, mamę plecy, a ciocia jeszcze chyba młoda jest, bo nic ją nie boli. Ale na ręce brać nie chce. A to peszek. I tak Ją lubię.
Z zoo wróciliśmy późno, ale to nie była nasza ostatnia w nim wizyta. Kiedy tylko słoneczko ogłosiło, iż skoczyła się noc, a zaczął poniedziałek, ruszyliśmy skoro świt, o 12:00 ( i dlatego lubię wakacje) ponownie do zoo. Tym razem w świetle dnia, choć może trochę zbyt dżdżystego. Ponieważ rano znów udało mi się wymusić basen, a ta aktywność jest niezmiernie wyczerpująca, już w autobusie zasnąłem i żeby długą opowieść zrobić krótką, przespałem większość zwierząt, ale widząc jaką radość sprawiła ta wizyta moim opiekunom, nie awanturowałem się o to, że mnie nie obudzili na tygrysa białego. Na szęście widziałem jednego w dniu poprzednim a wszystko wynagrodziły mi orangutany, które znam z jednej piosenki i bardzo je lubię, ale zupełnie nie miałem do tej pory pojęcia jak naprawdę wyglądają. Teraz już wiem. Są duże i ciemno rude. I bardzo śmieszne.
Wrażenie zrobił nam mnie także biały miś, który leżąc w sali o temperaturze bliskiej zeru lizał zamrożone w kosztach części ryb. Taki sorbet o smaku niesolonej flądry. Fuj!
Potem miś wyszedł na wybieg, zanurzył się w wodzie i podpływając do szyby, zza której można było go obserwować, szybko wynurzał się na powierzchnię mając z tego prawdopodobnie wiele radości.
Bardzo polecam to zoo bo jest wielkie, nie ma klatek i krat ( tylko te zwierzęta, które są niebezpieczne siedzą za grubą szybą z plexi lub dzieli je fosa, która chroni odwiedzających przed złym humorem takiego np lwa). Wszystko jest dla dzieci, wszędzie można z wózkiem. Zwierzęta są bardzo fajne i niektóre można dotykać
Kiedy wróciliśmy z zoo została nam chwila czasu na drobną toaletę i pojechaliśmy złapać autobus, który mial nas zawieść na północ Malezji. Do Kotan Bahru. 12 godzin w autobusie, ale podobno jest bazo pięknie tam, gdzie jedziemy. Oby.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





















































