niedziela, 18 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - IF YOU'RE GOING TO SAN FRANCISCO...
Moi Starzy są śmieszni. Okazało się, że dzielnica, w której mieszkamy jest kolebką wszystkich ruchów gejowskich i stamtąd wyszła rewolucja "coming-outowa" w US a potem dalej na całym świecie. Ulica Castro i przecznice od 17 do 19 to kolorowe i bardzo pozytywnie nastawione do reszty świata. A ponieważ my z rodzicami, jako świat jesteśmy bardzo pozytywnie nastawieni do wszystkich, więc czuliśmy się w tych okolicach proszonymi gośćmi. Kolorowe flagi na ulicach, kolorowe kafejki i sklepiki zapraszały do środka. Tłumek przetaczał się od miejsca do miejsca i mimo, iż była to środa to frekwencja w lokalach była bardzo przyzwoita. Szczerze mówiąc, gdybyśmy mieli wybierać gdzie spędzić wieczór - tu czy w centrum miasta - ewidentnie wybralibyśmy Castro Street. Nie tylko dlatego że jedzenie i picie wydawało się z najwyższej półki, ale także dlatego, że centrum miasta (którego kręgosłupem była ulica Market) szło spać z kurami i zamykało swoje podwoje tak zaraz po zachodzie słońca.
Co innego w dzień. Za dnia ulica Market to jak Oxford Street w Londynie, Jak 5th Avenue w NY czy jak Piotrkowska w Łodzi. Sklepy, ludzie, jedzenie i picie. Następnego dnia właśnie rodzice zabrali mnie do centrum, żeby zobaczyć jak wygląda to słynne, położone przy ulicach stromych jak wejście na Mount Everest, miasto.
Jechaliśmy tramwajem, nie tym najstarszym, ale takim żółtym, prawie tak samo starym i tak samo fajnym jak ten, do którego nie chciano nas wpuścić z wózkiem. Pan kierowca był najsympatyczniejszym kierowcą jakiego widziałem i dał nam miejsce z przodu tramwaju, co spowodowało, że mogłem do niego gadać i obserwować ulicę. Ponieważ ostrzeżenie nad głową Pana sympatycznego kierowcy mówiło, aby nie zagadywać prowadzącego pojazd specjalnie poruszałem tematy na tyle ogólne, żeby w razie jakieś kontroli nie musieć zapłacić kary i wyłgać się tym, że przecież mówiłem do reszty pasażerów.
Zabrałem także rodziców to starego budynku, w którym kiedyś był terminal portowy i tam mama znalazła, wśród innych tego typu przybytków, kafejkę, która podawała kanapki z Awokado. Ponieważ oczywiście nie dali mi spróbować tego specjału i obszedłem się tylko wyobrażeniem smaku tej kanapki, podzielę się z wami opisem potrawy, żebyście poczuli co czułem, kiedy nie dali mi jej spróbować.
Bułeczka, francuska, przekrojona na dwie połówki, posmarowana oliwą z oliwek a do tego rozmiażdżonym czosnkiem wsadzona do piekarnika na 3-4 minuty. Dzięki czemu nabiera ona koloru i chrupkości rzeczy niewyobrażalnie doskonałych. Na tę bułkę położone pół awokado pocięte w paski, ale tak że nie straciło bardzo wiele ze swojego kształtu, jedynie trochę się spłaszczyło. Na to wszystko świeżo zmielony pieprz i trochę gruboziarnistej soli morskiej. Może były tam jeszcze dwie, trzy krople oliwy na wierzch, ale rąk sobie za to uciąć nie dam. Ciepła podstawa z bułki i chłodne awokado na górze. Kiedy zęby wgryzają się w ten specjał górne jedynki (których, przypominam, jeszcze nie mam) czują chłód, a dolne ciepło. A kubeczki smakowe wariują...
Poszliśmy dalej wzdłuż linii brzegowej od jednego mostu ( Bay bridge) do drugiego ( Golden Gate) i napawaliśmy się atmosferą miasta. Ono jest inne niż NY. Tu jest trochę wolniej, jaśniej i mam wrażenie spokojniej. Krzemowa dolina, która jest 40 minut drogi od centrum, ściąga do SF ciekawych ludzi, którzy cenią sobie komfort życia, tempo pracy i spokój życia. Taki trochę luzacki hedonizm. I to się przekłada na wszystkich, to widać podczas lunchu na mieście, podczas którego, odmiennie od tego jak to się dzieje w NY, nikt się nie spieszy, słońce opala czoła jedzących przy stolikach biznesmenów, panie piją koktajle owocowe i jest lato.
Szliśmy dalej mijając tych szczęśliwych ludzi aż rodzice zrobili się głodni. Ja głodny nie byłem, bo mama dbając o mnie co i raz podstawiała bufecik z mleczkiem a ponieważ głodnieję szybko, rzucam się na ten naturalny pokarm jak rekin ludojad, sądząc, że zaraz potem przyjdzie kolej na jakąś fajną zupę, albo nawet kanapkę. I oczywiście się mylę, ale trudno. Przynajmniej głodny nie chodzę. Znaczy się, nie jeżdżę.
Małych bistro w stylu francuskim w San Francisco jest pełno, więc szybko znaleźliśmy miejsce, w którym podawano bardzo popularną, nie tylko nad oceanem, zupę Clam Chowder. To taki gęsty krem gotowany na małżach, z ziemniakami i dużą ilością śmietany. Smak jest na tyle delikatny, że nawet zdeklarowani przeciwnicy wywarów z omułków i innych głowonogów dają się zwieść i najpierw delikatnie próbują, a potem już pełną, że się tak wyrażę, gębą jedzą tę polewkę jakby ktoś miał im ją za chwilę wyjeść. Mama też się przekonała, ale dla oznaczenia swojego kulinarnego JA, zamówiła jednakowoż zupę z pomidorów.
Chodzenie po nabrzeżu to pestka w porównaniu do wędrówek przez centrum. Wszystko to za sprawą stromizn, jakie panują w okolicach. Oczywiście mógłbym powiedzieć, że jadącym w wózkach jest to w gruncie rzeczy obojętne, czy jest płasko czy stromo, ale widząc tatę pchającego mój pojazd, przydeptującego sobie język własnymi stopami i niemogącego wskrzesić z siebie ani słowa po 2 przecznicach jakoś tak mi się przykro zrobiło i uznałem, z całą stanowczością i wiarą w to, że moje intencje są czyste, iż tacie jest ciężko. Usiadłem więc wygodnie i przestałem na niego patrzeć. Moje dziecięce oczka nie potrafią znieść widoku kogoś w tak fatalnym stanie.
Szyldy sklepów tym razem były bardziej wielkomiejskie. Bo i Gap się trafił, i Abercrombie, i Paul Smith i nawet Camper. Ulica Market, bo o niej teraz mówię jest skarbnicą marek i to nie tylko amerykańskich, ale w ogóle wszelakich.
Do miasta nie pojechaliśmy samochodem, bo tata uznał, że nie będzie gdzie zaparkować, a poza tym jak zostawimy auto w jednym miejscu to trzeba będzie po nie wrócić. A tak mogliśmy sobie powędrować trochę gdzie nas oczy poniosły, trochę się zgubić w centrum a potem odnaleźć kierunek właściwy, napotkać ludzi, których nie spotkalibyśmy w naszym samochodzie (np 82 letniego byłego tancerza baletowego, który wiedział gdzie leży Polska, do dziś uczył młodych chłopców machać nóżkami i był niezwykle żywotnym człowiekiem), albo Panią, która siedziała przed nami na ławce w parku mając zamknięte oczy, skierowane w słońce płakała łzami wielkości grochu.
Bardzo lubię obserwować ludzi. Mogę to robić bezkarnie, bo ufność dziecka wyrażona właśnie patrzeniem na drugą osobę jest chyba na całym świecie, w każdej kulturze, postrzegana niezmiernie pozytywnie i przeważnie taki zabieg kończy się uśmiechem ze strony dorosłego skierowanym do mnie. Wzrok dziecka nie ma wstydu, nie boi się oceny i jest czysty. Dlatego obserwuję ludzi, ze specyficznej dla siebie perspektywy - czyli z dołu, i myślę co w nich się dzieje, że mają takie a nie inne miny. Kiedy czuję, że coś kogoś gnębi, męczy i człowiek zawija się we własne myśli, wysyłam mu bardzo soczysty uśmiech, połączony z lekkim pomrukiem (brzmiącym jak "ghyyy") i wtedy, choć na chwilę człowiek zapomina o swoich troskach i zwraca 100% uwagi na mnie. Gdyby zrobił to tata, choć wiem, że w dobrej wierze, ludzie potraktowali by go jak pensjonariusza z Tworek na zwolnieniu warunkowym, a mnie to nie tyle uchodzi na sucho, ale jeszcze ma efekt. Do pewnego momentu będę mógł tak robić, ale przyjdzie taki czas, że sam zacznę się wstydzić. To będzie moment początku końca takiego beztroskiego dzieciństwa. Ale póki co, wysyłam dziennie około 10 uśmiechów do obcych. Takie małe hobby.
Wracając jeszcze na chwilę do parkowania samochodu. To jest temat, który dla Polaka jest tak abstrakcyjny jak dla Moneta abstrakcyjna byłaby twórczość Piccasa. Na wszystkich ulicach napisane jest, że parkowanie nie jest dozwolone (co oczywiście było by naszych rodaków wstępem do rozmyślań nad wyjątkami od reguły i sytuacjami specjalnymi (jak zakup paczki Sportów), które by uprawomocniły ponad godzinny parking w tym miejscu) oraz mały podpis, że niedozwolone, owszem, ale w każdy na przykład czwartek od 8-10 rano. Wtedy Polak pomyślałby, co zrobić, żeby jednak zabrać samochód 8:07, a potem móc go jeszcze odstawić zaraz przed 10:00. Policja jednak wlepia mandaty bardzo nieliberalnie i może się okazać że nie będzie to czwartek, nie będzie to między 8 a 10, a samochód stanie kantem na zejściu dla niepełnosprawnym i już mandacik gotowy. Albo holowanko. Dlatego też poparłem tatę w pomyśle pojechania do centrum tramwajem.
Mosty w San Franciszku to poza Alcatraz, najbardziej znany element krajobrazu. Golden gate, który akurat wtedy kiedy chcieliśmy go zobaczyć nakrył się kołderką z chmur jest krótszy niż Bay Bridge, za to jest ładniejszy, malowany co roku przez tę samą rodzinę od dziesiątek lat i robi wrażenie strażnika miasta od strony północnego wschodu. Bardzo chcieliśmy go zobaczyć w całości z bliska, ale tego właśnie dnia chmury zdecydowały, że nie odpuszczą. Dlatego wszystko wyglądało, jakby ktoś wbił w torebkę foliową z mlekiem jakąś stalową, prostą w budowie konstrukcję. Kolor widoczny z takiego bliska na elementach mostu sprawiał wrażenie zbyt ciemnego, ale kiedy jego część zobaczyliśmy w pełnym słońcu zrozumieliśmy czemu nazwany został Golden Gate.
Mógłbym mieszkać w San Francisco. Spokojnie, w miarę cicho i fantastyczne jedzenie - to wszystko czego będzie mi trzeba, jak już będę starszym chłopakiem.
czwartek, 15 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - NA POŁUDNIE OD SAN FRANCISCO
Trasa do San Francisko była bardzo ładna, co z mojej perspektywy oznaczało szeroką, 5 pasmową autostradę, gdzie tata włączał stałą prędkość, nie było zbyt wiele zakrętów i hamowania, za oknem nie było nic ciekawego, więc mogłem spokojnie spać. To właśnie jest ładna trasa. Kiedy po 5 godzinach jazdy, w tym prawie 4 godzinach snu dojechaliśmy w końcu do wielkiego miasta, czekał na nas stary kolega taty, z którym razem studiowali. Miał na imię Norberto, ciemne włosy. I nie mówił po polsku. Jakoś się z nim jednak dogadałem. Dał mi duże łóżko, powiedział chyba, że jak chcę, to mogę też do niego przyjąć rodziców, nie chciałem, ale i tak się położyli obok mnie i poszliśmy spać. Rano, wg mamy mieliśmy jechać wzdłuż linii brzegowej Pacyfiku, która ciągnie się od Monterey (jakieś 150 km od San F) a potem do samego Big Sur. Tak też się stało. Po porannych zabawach, już tradycyjnie udałem się na przedpołudniową drzemkę i pozwoliłem rodzicom wsadzić się w fotelik, a następnie zawieźć na miejsce.
Podczas podróży odwiedziliśmy 3 miejsca, warte wspomnienia. Monterey - to miasteczko podobało się najbardziej tacie. Potem Carmel - tu ja byłem oczarowany, a potem park krajobrazowy Point Lobos - tu wszyscy mieliśmy dużo radości, następnie okolice Big Sur, to było ulubione miejsce mamy. A więc po kolei.
Monterey to spokojna jeszcze o tej porze roku mieścinka, do której normalnie przyjeżdżają turyści z dziećmi, aby zobaczyć Akwarium miejskie a w nim zebrane okazy fauny pacyficznej z okolicy. Poza tym kiedyś, ponad 100 lat temu, był to wielki ośrodek połowu sardynek i dzięki temu wzbogacił się potężnie budując doki, magazyny i fabryki. Dziś to wszystko poprzerabiane jest na kafejki restauracyjki i wspomniane już akwarium. Zjedliśmy w tym mieście śniadanie, ja mleko rodzice kanapki z kawą i niespieszczenie powędrowaliśmy nadbrzeżem. Niewielka ilość turystów i spokój spowodowały, że w uprzednio przez nas postrzeganym jako Mekka turystów z okolic mieście dojrzeliśmy spokój, powolność i wyciszenie. A słońce nie dawało za wygraną i podpatrywało nas przypalając przy okazji co bardziej nieosłonięte części ciała. Tata miał bluzkę bez rękawków. Ał...
Carmel to moje miasteczko. Po pierwsze, tata zabrał mnie na plażę i mogłem popatrzeć z bliska na ocean. Wiem, że było zimno i wiał wiatr, ale tak bardzo chciałem popływać w tej słonej wodzie, że ledwo mnie utrzymał na rękach. Po drugie, spacer w wózku przez strome uliczki pozwolił mi przyjrzeć się malutkim sklepikom, które nie były jakieś strasznie bazarowe. Wręcz przeciwnie, miały klasę maleńkich pawilonów, w których można było kupić wysokiej jakości biżuterię, czy ręcznie malowane obrazki, w niektórych napić się dobrej, mocnej kawy i zjeść wyśmienite, świeżo upieczone ciastko z owocem. Wszystkie miały także bardzo wymyślne szyldy nad drzwiami, a ponieważ z mojej perspektywy właśnie je było widać najlepiej zwróciłem na nie szczególną uwagę. Każdy sklepik miał swój szyld i każdy był inny. Drewniane, blaszane, malowane czy drukowane, podświetlane czy nie - zauroczyła mnie ich różnorodność i wymyślność. A poza wszystkim prawie każdy sklepik miał swój szyld.
Pojechaliśmy dalej. Droga nad brzegiem wiła się w górę i w dół, w prawo i lewo była ciekawa. Nie ładna, bo nie mogłem spać, ale ponieważ z jednej strony była woda, a z drugiej góry, patrzyłem się na to wszystko z wyciągniętą szyją jak jakaś żyrafa. Nie było tam co prawda żyraf, ale w Point Lobos mieliśmy okazję zobaczyć na żywo foki i lwy morskie. Wyobrażałem to sobie co prawda, tak, że jak my przyjedziemy to będą na nas czekały z kwiatami i butelką szampana rosyjskiego Igriskoje, potem zabrały by nas do swoich norek i pokazały jak żyją, gdzie gotują i jak jedzą, następnie ugościły nas skromnym poczęstunkiem ( jakieś owoce morza) a na końcu tradycyjna wymiana koszulek. A tu nic z tego. Spacer do miejsca, gdzie miały czekać foki był męczący ( pod górę i tata mnie niósł na brzuchu), potem wypatrywaliśmy tych uchatek w nota bene bardzo ładnej zatoczce, ale ich widu ani ich słychu aż w końcu na horyzoncie pokazała się jedna i do teraz nie jestem pewny czy wystawiła z wody głowę, czy może coś innego.
Następnie wypatrywaliśmy lwów morskich i te przynajmniej było słychać, wyły bardziej jak prosiaki niż lwy i były na tyle daleko, że gdyby to rzeczywiście okazały się świnie podrzucone przez kierownictwo parku z racji wakacji lwów morskich - śmiało moglibyśmy się na to nabrać. Wyły i marudziły, ale turyści się zachwycali. Wszystko za 10 dolarów. Gdyby na naszej wsi spokojnej można zorganizować taki event, żeby z daleka nad stawem oglądać lochy, które kwiczą jak w rzeźni a ludzie płaciliby żywą walutą, za to widowisko to PSL wygrałoby wybory i nie musiałoby tworzyć koalicji z nikim, a dotacje unijne na rolnictwo Unia dostawałaby od nas.
Tata próbował zrobić zdjęcie, ale ujęcie pokazywało jedynie skałę, na której co raz ruszał się jakiś cień. Lwi. Albo świński.
Big Sur - to ulubiona część wycieczki mamy. Same góry i ulica, a potem ocean. Bardzo malowniczo, bardzo uroczo tylko chmury, które cały czas szły od oceanu przesłaniały widok. A może tworzyły atmosferę? NIe wiem tego dokładnie, za mały jestem. Mamie się jednak podobało na tyle, że zajechali tak daleko z tatą, iż prawie się nam benzyna skończyła.
Kiedy wracaliśmy pomyślałem sobie, że jesteśmy fajną rodzinką. Bo spędzamy dużo czasu ze sobą, bo dużo rozmawiamy i uśmiechamy się do siebie, bo śpimy razem i mogę chodzić z rodzicami na spacery. To znaczy oni czasem popełniają błędy, ale któż jest bez wad. I tak was kocham, moi rodzice.
wtorek, 13 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - YOSEMITE
Pierwszy raz, kiedy usłyszałem tę nazwę, byłem przekonany, że rodzice parodiują czeski dubbing filmu o sympatycznym przybyszu z kosmosu Stevena Spielberga. Jo Sem E.T.. Tak jak "Jo sem nietoperek" w przypadku Batmana. A okazało się, że to bardzo przyjemny park narodowy, który najbardziej popularny jest z tego, że jest tam bardzo wiele tras do chodzenia po nich, kilka niezmiernie uroczych wodospadów i miejsc do piknikowania. Już o tym wspominałem, że Amerykanie lubią piknikować i ten park właśnie do tego się nadaje fantastycznie. Parkingi w okolicach najpiękniejszych miejsc do zwiedzania pozwalają dotrzeć do celu szybko a potem tylko trzeba rozłożyć jedzenie i chłonąć przyrodę. I jedzenie.
Oglądając mieszkańców i patrząc na to jak wyglądają sklepy i restauracje jasnym się staje, dlaczego w Stanach jest największy odsetek ludzi z nadwagą. Jakość taniego jedzenia jest tak słaba i napchane one są taką chemią, że jedzenie tego nie tylko zaspakaja głód, ale także wpływa negatywnie na wszelką przemianę wszelkiej materii z racji właśnie na tę chemię. Biorąc pod uwagę, że w bardzo popularnych tu hamburgerniach najtańszy hamburger kosztuje 1$, a w supermarkecie chleb z półki tych tanich można spłaszczyć do grubości placka ziemniaczanego jedną ręką - widać, że niedrogie jedzenie jest bardzo napompowane i dostępne wszędzie. Za to zwykła dla nas bagietka francuska kosztuje ponad 3 dolary. Oczywiście dla Amerykanów 3 dolary to nie jest pieniądz, ale skoro można kupić dmuchany chleb, który wytrzyma 2 tygodnie za 1,5$ to po co kupować bułkę, która po 3 dniach nie będzie już taka chrupiąca i smaczna.
W parku narodowym Yosemite widziałem piknikujące dzieci wcinające hamburgery i mimo iż sam jestem jeszcze licencjonowanym mlekopijem to jak poczułem zapach takiej kanapki z wołowiną, ślinianki dały znać o sobie. I wtedy zdałem sobie sprawę z faktu, że to jedzenie jest tak zdradliwe, bo jest smaczne i zawsze znajdą się jego fani. A dzieci przecież nie wiedzą co im szkodzi i jedzą to, na co im rodzice pozwalają. Moi rodzice, jak widzę, starają się dawać mi w miarę zdrowe jedzenie (oczywiście z wyjątkiem pizzy, jaką dostałem kilka dni temu) ale to jeszcze nie jest pełnia szczęścia, bo już jestem sześciomiesięcznikiem i chciałbym trochę więcej niż mleko a potem raz na 3 dni jabłuszko albo ryżyk. Mam tylko nadzieję, że chude miesiące miną i będę jadł dobrze i zdrowo. Z góry dziękuję.
niedziela, 11 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - WIELKIE SEKWOJE
Poranek był powolny. Ponieważ w nocy było trochę zimno, tata zapuścił nawiew, który podgrzewał powietrze do 90 F ', nie zależnie od tego ile to tak rzeczywiście jest. Jednak nawiew ten działał z gracją kosiarki spalinowej. To tak jakby chcieć zasnąć przy hodowli cykad, której właśnie powiedziano, że z racji cięć finasowych kolacji dziś nie będzie. Obudziłem się więc z wrzaskiem i starałem się powiedzieć rodzicom, że chętnie zasnę, ale niech najpierw wyłączą tę piekielną maszynę. Samo "Da" nie pomagało, więc musiałem krzyczeć. Dopiero po 15 minutach załapali, że to może dmuchawa. Efekt był natychmiastowy - po dwóch minutach spałem. To takie oczywiste. Dlatego poranek był powolny, bo to wszystko działo się około 1 w nocy i wybiłem ich ze snu.
Potem śniadanko (ależ oni się goszczą, po prostu rozpusta), dolewka kawki i dopiero około 11:30 wyjechaliśmy do parku Sekwoi.
Amerykanie mówią, że mają tam największe drzewo na świecie, a dopiero potem dodają, że chodzi o objętość a nie o wysokość. Może właśnie dlatego byłem trochę rozczarowany, bo liczyłem na bardzo wysokie drzewa. A te były wysokie, owszem, ale nie sięgały nieba, tak jak sobie to wcześniej wyobrażałem. Były za to bardzo grube. Tak grube, że spokojnie mógłbym sobie w nich wygrzebać norkę, zrobić domek i mieszkać w nim.
Mama nosiła mnie na brzuchu przez cały czas, więc wszystko widziałem. I widziałem dużo śniegu, co znowu nie było wartością oczekiwaną, bo to przecież Kalifornia, a ten stan kojarzy się raczej ze słońcem, pomarańczami i winnicami. Szczególnie mnie ten śnieg zadziwił, że zaraz przed wjazdem do Parku Narodowego rodzice kupili a potem zjedli chyba ze dwa kilo wielkich, słodkich, świeżo zerwanych z krzaczków truskawek. Oczywiście, wieczorem dostałem po tym lekkiej wysypki, ale widziałem jak mama bardzo chciała zjeść choć kilka tych pysznych owoców. Od ponad roku ich nie jadła, więc zrobiłem jej dziś mały prezent.
Co do samych drzew jeszcze - podobało mi się tam oczywiście, bo słoneczko świeciło, powietrze było takie czyste a rodzice byli blisko i cały czas się do mnie uśmiechali. To że miałem inne oczekiwania nie zmienia faktu, że mi się podobało.
Amerykanie zrobili coś, co jest warte podziwu, a mianowicie sprawili, iż wycieczki do parków narodowych w USA to zabawa, przyjemność i rzeczywisty odpoczynek rodzinny. Po pierwsze - można kupić roczny bilet wstępu do wszystkich parków, po drugie dzieci ( trochę starsze ode mnie oczywiście) mogą zbierać odznaki Rangera Juniora, ale tylko wtedy je dostają, jak wypełnią pewne zadania w danym parku, po trzecie w każdym z parków są specjalne miejsca na piknik - i nawet dziś, kiedy śniegu było po pachy, ludzie siedzieli z dziećmi i jedli kanapki i inne smakowitości. Zapewne popularność parków wśród dzieci spowodował Miś Yogi, który żyje w Yellowstone. Ranger dla dzieci to ktoś ważny, warty naśladowania i napewno bardzo mądry. Dlatego zwracają się do nich nie per "you" tylko per "ranger". Może i ja będę chciał zostać kiedyś rangerem? Takim jak Pani Ranger, która opowiedziała nam bardzo ciekawą historię dotyczącą pożarów i sekwoi.
- Czy wiecie, że sekwoje lubią ogień? - zagadnęła do nas Pani w mundurze koloru khaki i uśmiechnęła się przewrotnie. Miała długie siwawe włosy, około 50 lat i bardzo sympatyczną twarz. Nie była za duża, a może tak mi się tylko wydawało, w końcu stała obok największych drzew na Ziemi.
- Na prawdę. Od tysięcy lat drzewa te rosną nieprzerwanie i tylko dlatego przyspieszają swój przyrost, że ogień, który trawi wszystko dookoła nie ima się ich tak mocno jak otoczenia. Ich kora jest bardzo odporna na temperaturę i bardzo trudnopalna.
- Ale jak to się dzieje, że ogień przyspiesza ich wzrost - chciałem powiedzieć, jednak udało mi się wydusić "Da". Na szczęście tata przyszedł z pomocą i zadał to pytanie. Czy on potrafi czytać w myślach?
- Ogień pali ściółkę, która powoduje, że do ziemi oddawane są minerały potrzebne do wzrostu. Poza tym na kilka miesięcy, dopóki nie odnowi się poszycie sekwoje są jedynymi roślinami i mają monopol na wszystko, co się w ziemi znajduje. Udowodniono, że po pożarach lepiej pączkują, szybciej dostają nowych gałęzi i rosną znacznie prędzej. To jedyne drzewa, które lubią ogień.
- To bardzo ładnie, że Pani Ranger tak ślicznie nam to wszystko opisała. Chodźmy do samochodu już, please? - ale tata, jak to ma w swoim zwyczaju zaczął Panią zagadywać o dalsze szczegóły. Potem nastąpiło rytualne fotografowanie się (zdjęcie w stylu rodzina i Ranger na tle wielkich sekwoi) i może nawet do tego zdjęcia by nie doszło, ale jak zwykle w takiej sytuacji znalazł się bardzo miły Amerykaniń, który zaoferował swoje usługi jako operator aparatu.
Amerykanie tak mają. Są super uprzejmi i pomocni, przeważnie nie w tych momentach co trzeba. Bo gdyby tata chciał mieć zdjęcie z mamą i drzewem to pewnie by poprosił. A tak, jak już się ktoś zapytał, uśmiechnął z całym garniturem sztucznie białego uzębienia, to nie wypada mu odmówić. I wraz z całą rodzinką stajemy wtedy na zdjęciu, które można wsadzić do albumu pod tytułem " My i....". Tata nie lubi takich zdjęć i tu go akurat popieram. Taka pierwsza męska sztama.
czwartek, 8 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - PRZEMYŚLENIA W DRODZE
Dziś cały dzień jechaliśmy. Wieczorem już mi się to znudziło, ale rozumiem rodziców, którzy mają swój plan i chcą go wykonać. Jazda na tylnym siedzeniu, mimo iż bezpieczna i wygodna jest nudna, bo jak już wspominałem patrzenie na sufit przez cały dzień twórcze nie jest. Ale dziś wyjątkowo dałem im spokój do godziny 19:00 i zająłem się nowo nabytą zdolnością, czyli wypowiadaniem sylaby "da". Może się to wszystkim wydać prymitywne, dziecięce i nawet może infantylne, ale ponieważ los chciał, że narząd mowy jest daleko, daleko za moimi zdolnościami oratorskimi (to paradoks, zdaję sobie sprawę, ale ja wiem co mam powiedzieć, wiem w jakie słowa to ubrać, tylko po prostu jeszcze nie mogę - ergo zdolności oratorskie mam, tylko zwyczajnie nie mogę tego jeszcze udowodnić!). Wybrałem sobie głoskę da, nie bez powodu. Pa, lub Ba było by łatwiejsze, ale jakieś ambicje mimo wszystko mam. Ma umiem, ale jeszcze nie chcę mamy zbytnio zaskakiwać. Da jest przedniojęzykowo-zębowe, a ponieważ język jeden i dwa zęby mam, to uznałem, iż to będzie sposób na uczczenie moich dolnych jedynek. Poza tym od tej zgłoski zaczyna się słowo DAJ, a znając moje roszczeniowe nastawienie do reszty otoczenia, dobrze będzie sprawę od razu stawiać jasno. Już na początku.
Dlatego praktykowanie mówienia "da" na tysiąc sposobów zajęło mi dziś większość podróży, oczywiście poprzecinane to wszystko było około godzinnymi drzemkami. Taka mieszanka, czyli połączenia przyjemnego z pożytecznym dała mi cierpliwość do przetrzymania całej drogi. A droga była długa, bo zaczęliśmy w mieście o nazwie Beatty (mama miała dużo radości) a skończyliśmy w mieście Exeter, na terenie parku narodowego zwanego Sequoia. Droga była bardzo różnorodna i w sumie piękna, bo Death Valley, na terenie którego jest Beatty to ogromna dolina (na jej terenie znajduje się najwyższy i najniższy punkt w USA), wszystko jest albo zmrożone na górze, albo roztapia się na dole. Taki park kontrastów. Wokół roztacza się pustynia, która czasem przypomina Saharę (są tu wieeelkie wydmy i bardzo drobniutki piach) a czasem naszą pustynię Błędowską. Niekiedy zaś leżały tam tylko kamienie i rosły dziwne rośliny, które wyglądały jak skrzyżowanie wierzby polskiej z jeżozwierzem. Taki wypłosz. Tej roślinie chodziło chyba o to, aby tak rozśmieszyć turystów i innych agresorów, żeby ból mięśni brzucha skutecznie pozbawił ich sił do ataku. Na tę część piaskową pustyni mama wzięła mnie w nosidełku, stąd mogłem dokonać dokładnego opisu. Kształt drzewa, pokręta genetycznego, wykoncypowałem z przeplatanego rechotem opisu taty.
Żeby dostać się z Nevady do Kalifornii musieliśmy przejechać pasmo górskie Sierra Nevada. Te góry przypominają trochę Alpy, są podobnie spiętrzone i wygląda jakby były z podobnego kamienia. Może trochę czasem więcej piaskowca widać, ale nie będę się czepiał szczegółów. Droga pomiędzy szczytami była tak malownicza, że chwilowo podnosiłem głowę z fotelika, żeby nacieszyć oczy. Widziałem przynajmniej trzy różne krajobrazy. Nazwałem je następująco:
Alpejski - w miarę płaski teren, łąki i pasące się nich krówki, zapach świeżo ściętej trawy i maszyny rolnicze w pogotowiu, w zagrodach. Normalnie wiejska sielanka. Trochę jak w Austrii.
Irlandzko/Szkocki - nadal bardzo zielono, ale dużo pagórków, droga wąska i wijąca się niemożebnie, perspektywa widoku - kilkadziesiąt metrów, trochę pochmurnie, ale bardzo swojsko. Gdyby było więcej przestrzeni to wszystko wyglądało by jak Shire. Patrzeć tylko hobbitów zza krzaka...
Hopokowy - śnieg na trzy stopy, droga wyczyszczona, ale bandy po bokach nie pozwalają się zatrzymać, na drzewach białe czapy, na głowach wełniane czapy, na rękach rękawiczki i zimowe opony na kołach (choć tu chyba nikt ich nie używa). Rzekłbym, iż czułem się jak w sylwestra na Słowacji.
Oglądałem, gaworzyłem, rodzice się ze mnie śmiali (niedoczekanie ich - niech tylko wyćwiczę moje da, a potem pokazując palcem na czipsy, które oni będą jedli powiem "DA" i zrobię to w ten sposób, że wiadomo będzie, iż to nie przypadek tylko prośba. A nawet może groźba.), a potem zapadłem w dłuższy sen.
Lubię spać. Wszyscy myślą, że dziecko małe śpi, bo potrzebuje odpoczynku. Nic z tych rzeczy. Ja śpię, bo we śnie mogę dużo więcej niż w rzeczywistości. Potrafię chodzić, potrafię mówić, potrafię nawet zrozumieć rzecznika prasowego PISu. We śnie jestem tym, co umie moja głowa. A potrafi na prawdę wiele. I to nie jest tak, że tylko ja to mam. Mają tak wszystkie dzieci.
Kiedy my zapadamy w sen to kontynuujemy nasze codzienne życie, tylko jeszcze bardziej intensywnie, jeszcze mocniej i poważniej. Lubimy to, bo tam, po drugiej stronie powiek jesteśmy słuchani (znaczy rozumiani, bo potrafimy dokładnie powiedzieć o co nam chodzi) i traktowani poważniej. Oczywiście wynika to z faktu, że my kreujemy tę rzeczywistość, ale jakby nie patrzeć jest ona odzwierciedleniem tego, co do tej pory widzieliśmy lub słyszeliśmy.
Nie twierdzę, iż w realnym świecie nas się nie docenia. Owszem, ale to docenianie jest raczej za to że jesteśmy i to oczywiście jest naturalne, ale my chcielibyśmy być doceniani także za to, jacy jesteśmy. A ciężko nam to zaprezentować, jeżeli nie potrafimy jeszcze opowiedzieć tego, co nam siedzi w głowach. Dlatego zauważcie rodzice, że im więcej potrafimy powiedzieć, przekazać, tym mniej śpimy w dzień. Coraz mniej nam potrzeba naszych imaginacji i uciekania się w samemu stworzony świat bo dostajemy to, czego nam trzeba w rzeczywistości.
Z naszej perspektywy to się wydaje takie proste, a dla was rodzice, mimo żeście starsi i mądrzejsi, czasem to wydaje się tak niedostępne, że niemoc zmusza nas do płaczu. Wtedy mówicie, że dziecko rozpłakało się bez powodu, a wierzcie, że nie płaczemy, kiedy nie ma czemu. Niekiedy tylko powód jest tak głęboki, że nie uwierzylibyście, że o coś takiego w ogóle może chodzić.
Dojechaliśmy do motelu w Exeter, ja trochę popłakiwałem nad faktem, iż zaśmiecenie kosmosu niebawem będzie tak wielkie, że misje kosmiczne będą musiały dodatkowo się zabezpieczać przed kolizjami ze starymi satelitami, w powietrzu unosił się obłędny zapach kwitnących drzew pomarańczowych, a noc jeszcze była wczesna.
Jak poeta pociągnięty zniewalającym zapachem, jakby muza użyła podstępnie aromatu do natchnienia artysty aby chwycił za pióro, jak Mickiewicz na Krymie, jak Słowacki w Paryżu, jak Szopen po spotkaniu z George Sand - chciałem pisać, komponować, malować więc z racji nie posiadania innego wyjścia... natychmiast zasnąłem.
wtorek, 6 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - DEATH VALLEY
Dziś pada deszcz. I przyznam szczerze nie chce mi się pisać. Dlatego dziś tylko garść zdjęć z fantastycznego miejsca jakim jest właśnie death valley.
niedziela, 4 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - WIELKI KANION
Wielki Kanion nie na darmo nosi nazwę wielki, gdyż rzeczywiście jest wielki. Na mój mały rozumek to jest niewyobrażalne (choć jeszcze jest wiele rzeczy niewyobrażalnych, jak np dlaczego kuzynka Sophie mówi, a ja jej nie rozumiem, skoro mamę i tatę rozumiem?). Pojawił się trochę niespodziewanie, bo droga do niego jest w miarę płaska i nie zapowiadała dziury w ziemi o głębokości czasem nawet 2 kilometrów. Jedzie się tam spokojnie, przez okolicę nawet można rzecz wiejską, krowy, stacje benzynowe i kilka hotelików. Nic ciekawego.
Kiedy dojeżdża się do parkingu, nadal nie widać, tego po co wszyscy tu przyjeżdżają. Tak jakby miało być to dla wszystkich niespodzianką.
- No to dojechaliśmy - powiedział tata, który od rana był nakręcony tym wyjazdem, gdyż wcześniej ogłosił, że teraz są tylko trzy rzeczy, które chciałby zobaczyć podczas wyjazdu. Wielki Kanion, Sekwoje i winnice w Napa. Pierwszy punkt już za chwilę miał się wypełnić.
Załadowaliśmy się do mojej karocy, ułożyłem się jak turecki Basza i dałem się powieźć do wejścia. Nadal nie widziałem Kanionu, co spowodowało moje lekkie podejrzenia, bo skoro kanion jest jednym z niewielu naturalnych tworów widocznym z kosmosu, a ja wg wszystkich zapewnień rodziców byłem od niego jakieś 100 metrów, to nie tylko powinienem go widzieć, ale być częścią jego i też być widziany z kosmosu. A tu, zamiast kosmicznych wizji były krzaki i jakieś małe kamienie.
I dopiero po tym, jak tata z mamą pogadali z tym sympatycznym panem Rangersem (swoją drogą to dość śmieszne imię) spomiędzy krzaków wyłoniła nam się ogromna dziura w ziemi.
Pogoda była ładna, choć chłodna. Słoneczko świeciło od rana, nawet kiedy wyruszaliśmy z miasteczka Williams, zapowiadał się bardzo przyjemny dzień. Tata zrobił na pożegnanie kilka zdjęć tej małej mieścince na historycznej trasie 66 i ruszyliśmy pod słońce w stronę Wielkiej Dziury. I teraz staliśmy tam patrząc w dół i podobnie jak około 5 milionów ludzi rocznie otworzyliśmy paszcze w geście, którzy tutejsi ludzie werbalizują dźwiękiem "łaaaał".
Dobra, kanion jest wielki. I kolorowy. Strasznie głęboki, tak głęboki, że w tym miejscu gdzie pierwszy raz go zobaczyliśmy nie miał dna. Światło padało na kolorowe kamienie tworząc fantastyczną mozaikę odcieni ciepłych barw a ułożenie geologiczne, które jest warstwowe nadawało tego wszystkiemu takiego ładu i porządku. Mimo poszarpaności wzniesień i zawiłości koryta rzeki Kolorado było w tym wszystkim takie poukładanie. Ciężko opisać dokładnie jak to wyglądało bo rzeczywiście takiego cuda jeszcze nie widziałem, z resztą nie tylko ja nie wiedziałem co powiedzieć. Wiele osób po prostu stało patrząc w dół w dal i nie mówiło nic. Siedząc tak w wózku i patrząc na ciągnący się po horyzont wąwóz zrozumiałem dlaczego nie widziałem go zza krzaków na parkingu. Dlaczego krzaki zasłaniały go w 100%. Wielki Kanion zaczyna się od poziomu chodnika i schodzi w dół, więc wystarczy się położyć na ziemi i już go nie widać. Więc krzaki swobodnie go zasłaniały. Trochę mi ten kanion przypominał góry, tylko tak jakby ktoś je odwrócił do góry nogami (to jest śmieszne, bo przecież góry nie mają nóg) a potem ukradł całą ich zawartość. I oglądanie Kanionu to tak jak stanie u podnóża pasma gór i patrzenie na szczyty, tylko w dół. W końcu prawie 2000 metrów to różnica pomiędzy podstawą a szczytem ( w tym wypadku dnem). Tak patrzyłem na to wszystko i mimo tego, iż to cud natury wiem, że jak będę starszy nie będę pamiętał nawet najmniejszego kamyczka z tej wycieczki, nawet jednej chmurki z obłędnego nieba, jakie górowało nad Kanionem. Dlatego z tych całych emocji i rozedrgania emocjonalnego zmusiłem mamę do nakarmienia mnie i ułożyłem się do snu w wózeczku. Spałem smacznie, aż to nagle obudził mnie dźwięk padającego deszczu i gradu. Pomyślałem sobie wtedy, że porównanie do gór wcale nie było takie nietrafne. Tu też pogoda potrafiła się zmienić z chwili na chwilę.
Naoglądałem się już tego dnia przepaści. To za wiele jak na moje 6 miesięczne zmysły. Sen przyniósł ukojenie. Przyśnił mi się co prawda wielki Kanion, ale ten był całkowicie mój i był zrobiony miąższu owoców mango, więc nie tylko mogłem go oglądać ale także trochę zjeść. Fajny ten kanion był.
czwartek, 1 sierpnia 2013
RETROSPEKTYWA PODRÓŻNICZA - TAMA HOOVERA
Najbardziej chyba kiczowate miasto na świecie - Las Vegas - ma swoje miejsce w centrum pustyni, dokąd prowadzi droga przez okolice, w których nie chciałbym mieszkać. Kamienie, jakieś rośliny głównie bez liści i wielkie przestrzenie. Stacji benzynowej nie było przez 50 kilometrów co najmniej.
Obudziliśmy się rano i od samego początku wiedziałem, że to nie będzie mój dzień. Chyba wstałem lewą nogą, choć spało mi się bardzo dobrze. I długo. 6:00 jak co dzień, otworzyłem oczy a rodzice cały czas jeszcze spali. Zacząłem powoli się dobijać do nich, a ponieważ mieliśmy osobne łóżka, nie mogłem ich podrapać choćby za uszkiem to rozpocząłem poranne gaworzenie. Zbyt długo im zajęło budzenie, więc moje gadanie zamieniło się w delikatny jęk.
Potem w samochodzie było mi jakoś za ciasno i za gorąco. O ile pierwsze półtorej godziny udało mi się przespać o tyle potem musiałem dać znać. Może właśnie dzięki temu tata zdecydował się zjechać z trasy, a najbliższym postojem była Tama Hoovera (na początku myślałem, że chodzi o odkurzacze) ale okazało się, iż to miejsce ma znaczenie decydujące o życiu miast i wiosek w okręgu kilkuset kilometrów. Wielka, ogromna tama, która dzieli rzekę na dwie części. Pierwsza - na poziomie przypuszczalnie kilkadziesiąt, a może nawet powyżej 100 metrów wyżej, dzięki czemu stworzono ogromny zbiornik wodny zwany Lake Mead, oraz druga, wąska z perspektywy tamy rzeczka, która wypływa z wielkich turbin prądotwórczych i wije się dalej przez pustynię.
Ten twór, od dziesiątek lat zaopatruje pustynię w wodę pitną oraz prąd. Bez niego, ląd ten byłby nieużyteczny i omijany, a tak stał się celem podróży masy turystów każdego roku. Nad tamą góruje most zbudowany 2010 roku jako jej bypass. Wszystko to świadczy o wielkim kunszcie inżynierskim ludzi tu pracujących i robi niesamowite wrażenie. Wielki Kanion to było coś, bo był ogromny i naturalny, ale to co widzieliśmy tu, było tak samo zapierające dech w piersiach. Uspokoiłem się trochę, bo nie musiałem siedzieć w gorącym samochodzie i patrzeć na podsufitkę. Tama Hoovera spełniła moje oczekiwania. Ponieważ nie są one zbyt wygórowane (porcja mleka raz na 3 godziny, zabawa ze mną, podrzucanie mnie, nie nazywanie mnie paluszkiem, trzymanie mnie blisko siebie kiedy nie śpię i przerwy w podróży raz na 2 godziny) i właściwie zatrzymanie się w lesie na polanie miało by wystarczający skutek. A tu miałem przestrzeń. Lubię przestrzeń bo wtedy w zaokrągleniu wszyscy są tak samo mali, więc nie czuję się najmniejszy.
Przez całą drogę staram się moim rodzicom dać do zruzumienia, że jestem tak samo pełnoprawnym członkiem wycieczki i że muszą zważać na to, czego potrzebuję a zapewnienie tego, o czym mówię spowodowało by, że mieli by ze mną spokój. Powoli zaczynają to rozumieć, ale czasem muszę im o tym przypominać. Tak jak dziś. Ale myślę, że na tyle ich zmęczyłem, iż zwolnią tempo. Ja wiem, że oni wcześniej ( znaczy w erze przede mną ) podróżowali bardzo szybko, jakkolwiek i w bardzo dziwne miejsca, ale dopóki nie osiągnę wieku samobieżnego muszą brać pod uwagę (jeżeli chcą, abym był ich towarzyszem) że mam inną wytrzymałość, inne potrzeby i oczywiście pójde im na rękę, ale jak będę zmęczony to nie będą mieli ze mną łatwo.
Tama Hoovera i spacer po niej uspokoił mnie na kilka godzin. Good job!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































